Polityczna trybuna

Piłka nożna – prosta gra w której 22 zawodników usiłuje wepchnąć piłkę do bramki przeciwnika więcej razy niż on, stała się na przestrzeni XX w. zjawiskiem masowym. Popularne rozgrywki szybko padły łupem specyficznego stylu uprawiania polityki. Wystarczy wspomnieć gen. Francisco Franco, który w 1960 r. zademonstrował całemu światu swój antykomunizm blokując wjazd Dynama Moskwa do Hiszpanii, co poskutkowało porażką Realu Madryt walkowerem w walce o Puchar Europy.

Piłka nożna, prosta gra, w której 22 zawodników usiłuje wepchnąć piłkę do bramki przeciwnika więcej razy niż on, stała się na przestrzeni XX w. zjawiskiem masowym. Popularne rozgrywki szybko padły łupem specyficznego stylu uprawiania polityki. Wystarczy wspomnieć gen. Francisco Franco, który w 1960r. zademonstrował całemu światu swój antykomunizm blokując wjazd Dynama Moskwa do Hiszpanii, co poskutkowało porażką Realu Madryt walkowerem w walce o Puchar Europy.

Również polskie władze szybko odkryły propagandową potęgę futbolu. Szeroko znane są przykłady wymuszania transferów najbardziej utalentowanych piłkarzy do klubów policyjnych albo wojskowych. Tak władze wspierały m.in.  Legię Warszawa, Wisłę Kraków czy Gwardię Białystok.

Trudno dziwić się zainteresowaniu autorytarnej władzy sportem. Ogromne stadiony sportowe były jednymi z niewielu miejsc, gdzie prosty człowiek mógł spotkać setki podobnych sobie i nie obawiał się czujnego ucha bezpieki. Polacy tłumnie gromadzili się na meczach i wkrótce trybuny stały się miejscem wyrażania poglądów politycznych. Stadiony stały się jednymi
z nielicznych enklaw wolności. Paradoksalnie, bo przecież sport służyć miał propagandzie sukcesu, a heroiczne wyczyny naszych idoli miały świadczyć o potędze i słuszności polityki rządzących. Pozostawienie trybun kibicowskich bez ścisłej kontroli stało się jednym z gwoździ do trumny PZPR. Skandowanie antykomunistycznych haseł i obelgi pod adresem aparatczyków zmuszały radio i telewizję do przerywania transmisji. Nagle okazało się, że przeciętny Kowalski nie jest samotny w swoich przekonaniach, że podobnych jemu jest więcej, oraz że razem można więcej. W takiej atmosferze kształtowało się również szczególne poczucie przynależności do wspólnoty. Określenie „mój klub” zaczęło oznaczać dumę, nazywało coś, czego nie było w stanie dać socjalistyczne państwo.

Wielu szalikowców brało wtedy udział w demonstracjach i potyczkach z oddziałami prewencji. Szybko odkryto, że gruby, klubowy szalik doskonale maskuje i chroni przed gazem łzawiącym. Zaangażowanych w antypaństwowe inicjatywy szalikowców można było dostrzec m.in. w Gdańsku, Wrocławiu, Krakowie i Szczecinie. Od Bałtyku do Tatr kibice stawiali bierny i aktywny opór.

Zamiast liści

Nie było w latach osiemdziesiątych bardziej upolitycznionego stadionu niż ten przy ulicy Traugutta w Gdańsku. Obiekt, na którym codziennie grała Lechia, stał się obok kościoła Św. Brygidy i Stoczni bastionem Solidarności. Miejscem, na którym regularnie, tydzień w tydzień, manifestowano antypaństwowe poglądy i negowano otaczającą rzeczywistość. Na Traugutta przenikały się przeróżne środowiska antykomunistyczne z przeciwnych krańców frontu. Inteligencja z robotnikami, anarchiści z ultraprawicą wspólnie zdzierali gardła. Legenda głosi, iż sam Donald Tusk ułożył słowa piosenki Masz marsz marsz do boju marsz, zwycięstwo czeka nas, do boju Lechia Gdańsk. Pamiętnym przykładem postawy biało-zielonych był dwumecz z Juventusem Turyn
w Pucharze Zdobywców Pucharów w 1983 r. Pierwsze spotkanie na wyjeździe, zakończyło się porażką 0:7. Rewanż, mimo dużo lepszej postawy Lechii zakończył się porażką 2:3. Wynik nie był zaskakujący. Ze sportowego punktu widzenia mecz Lechii z Juventusem w I rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów nie miał prawa nikogo emocjonować. Debiutujący w europejskich pucharach beniaminek polskiej II ligi kontra jeden z najbardziej utytułowanych włoskich klubów, z pięcioma mistrzami świata oraz Michelem Platinim i Zbigniewem Bońkiem w składzie. Spotkanie miało jednak znaczenie
z innego powodu. W trakcie przerwy na stadionie podniosła się wrzawa. Na trybunach zasiadał sam Lech Wałęsa. Kibice przez kilkanaście minut skandowali przed kamerami zachodnich stacji telewizyjnych solidarnościowe hasła.

Sektor pijarowców

Obecnie trybuny nie są już miejscem tak żarliwego wyrażania dezaprobaty wobec władz. Polityka to nie jest już tak gorąca sprawa jak niegdyś. Teraz mecze drużyn piłkarskich zamiast odstraszać, przyciągają polityków. Na jednym
z meczów Lechii Gdańsk pojawili się premier Donald Tusk oraz europoseł Jacek Kurski siedząc zaledwie kilka metrów od siebie.

Politycy często nie kryją przywiązania do barw klubowych. Jednakże w przypadku niektórych z nich ich sympatia wzrasta w okresie przedwyborczym, chcąc tym samym zdobyć głosy kibiców. Ten czysto wizerunkowy zabieg dostrzegany jest przez społeczność miłośników piłki kopanej. Tworzą oni tzw. “czarne listy kibiców”, na której oprócz osób nieprzychylnych swojemu klubowi (szczególnie politycy lokalni działający na jego niekorzyść) umieszczani są również tacy, którzy używają nazwy klubów do celów własnych. Bo kibic to pamiętliwe i mściwe stworzenie. Jeśli wejdziesz mu w drogę, nie zapomni, ale za dobro odpłaci nawet bardziej sowicie.

Komentarze