Autorytarna twarz bratanka
Deficyty budżetowe i towarzyszące im reformy to główne problemy Europy w minionym roku. Na Węgrzech zmagania z dziurą budżetową wywołały spore kontrowersje. Co więcej, władza jawnie pokazuje, że ma spore zapędy autorytarne.
W maju zeszłego roku na Węgrzech skończyły się 8-letnie rządy skorumpowanej partii socjalistycznej. Nowo wybrany, centroprawicowy Fidesz zastał gospodarkę w opłakanym stanie – Węgry mają najniższy wskaźnik zatrudnienia w Unii Europejskiej (55 proc.), a co trzeci obywatel żyje poniżej lub na granicy ubóstwa. Dług publiczny zaś w 2010 roku sięgał 78 proc.
Nacjonalizacja emerytur
Trudno nie zgadnąć, że nowy premier, Victor Orban, rozpoczął rządy od obietnic lepszego życia i odbudowy gospodarki. Fidesz chce obciąć podatki i zmniejszyć liczbę stanowisk w urzędach. W 2013 roku 17-proc. CIT, a od stycznia 2011 roku 32-proc. PIT, zostaną zastąpione przez 16-proc. podatek liniowy. Na tym jednak koniec liberalnych reform, bowiem do spłaty deficytu posłuży nacjonalizacja prywatnych oszczędności emerytalnych.
Ich wartość szacowana jest na ok. 14 mld dolarów. Są one zgromadzone w tzw. II filarze (działającym analogiczne do polskich OFE). Oficjalnie upaństwowione fundusze będą przypisane do indywidualnych kont, jednak nie będą zabezpieczone żadnymi papierami wartościowymi. Jedną z przyczyn tak radykalnej reformy jest to, że duża część kapitału z II filaru była zgromadzona w obligacjach skarbowych Węgier. Dzięki przejęciu tych aktywów rząd stał się posiadaczem własnego długu – przyszli emeryci nie będą teraz mogli odmówić pożyczania mu pieniędzy.
Premier złożył Węgrom propozycję nie do odrzucenia. Na tych, którzy nie będą chcieli podporządkować się nowemu prawu, czekają kary. Stracą prawo do państwowej emerytury, ale nadal będą musieli płacić składki. Wszyscy będą zatem w praktyce przeniesieni do I filaru i zmuszeni do uczestniczenia w systemie repartycyjnym (pay-as-you-go). Okazuje się zatem, że oszczędności zgromadzone w II filarze nie będą miały praktycznie żadnej ochrony.
Z jednej strony nie są zupełnie prywatne, bo obywatele mają przymus wpłacania składek na fundusz i nie mogą ich wycofać. Z drugiej jednak, nie dysponuje nimi państwo, lecz inwestowane są na rynku finansowym. W sytuacji narastającego deficytu budżetowego rząd czuje się usprawiedliwiony użyć takich funduszy w celu ocalenia kraju. Na ten pomysł wpadły nie tylko Węgry – rząd Bułgarii przedstawił podobny projekt, chcąc przeznaczyć 300 mln dolarów z II filaru na ratowanie państwowego sektora emerytalnego. Ten plan jednak nie wejdzie w życie wskutek protestów tamtejszych związków zawodowych(!).
Oprócz oszczędności emerytalnych, do spłaty deficytu rządowi posłuży nowy podatek nałożony na banki, firmy telekomunikacyjne, energetyczne i handel detaliczny. Zaszkodzi to relacjom z inwestorami zagranicznymi. 2/3 firm sektora bankowego, jak i duża część przedsiębiorstw telekomunikacyjnych i energetycznych, ma właścicieli poza granicami Węgier.
Kontrola mediów
Bardziej jednak od nacjonalizacji prywatnych funduszy emerytalnych Zachód niepokoi niedawno uchwalona na Węgrzech ustawa medialna, która może znacznie ograniczyć tam wolność słowa. W myśl nowych przepisów Rada ds. Mediów będzie w całości obsadzona partyjnymi nominatami, uprawnionymi do nakładania sporych kar. Jeśli jakaś wypowiedź lub artykuł będzie „politycznie niezrównoważony”, Rada może nałożyć grzywnę do 200 mln forintów (700 tys. euro) na stacje telewizyjne i radiowe lub do 25 mln forintów w przypadku publikacji w prasie lub w Internecie. Co więcej, rząd Węgier decyduje o ramówce mediów tradycyjnych, np. nakazując rozgłośniom przeznaczać 35 proc. czasu poświęconego muzyce na wykonania węgierskich artystów.
Po uchwaleniu ustawy na Węgrzech zawrzało – dzienniki i magazyny wydały puste pierwsze strony w ramach protestu. 25 grudnia półtora tysiąca osób, które zorganizowały się za pośrednictwem Facebooka, zgromadziło się przed węgierskim parlamentem w akcji protestacyjnej. Chciały one wywrzeć nacisk na posłów, którzy w tym dniu głosowali nad drugą częścią ustawy medialnej. Wiele organizacji węgierskich i międzynarodowych mocno skrytykowało takie posunięcie Orbana. Zastrzeżenia odnośnie naruszania wolności słowa zgłaszała m.in. OBWE.
Premier ma zamiar uzależnić od rządu nie tylko media. Kompetencje Sądu Konstytucyjnego w kwestiach finansowych zostały ograniczone. Rada Fiskalna, która stanowiła niezależne ciało opiniujące budżet państwa, została zlikwidowana. Bank Centralny, który pozostaje jedyną niezależną instytucją państwową, również jest na celowniku Fideszu. Jego szef, Andras Simor, pozostał na stanowisku, mimo wielu sugestii ze strony rządu do złożenia dymisji i sporego cięcia pensji. Oprócz tego, prezes banku centralnego nie będzie już mógł mianować dwóch spośród siedmiu członków Rady Polityki Pieniężnej. Teraz Fidesz będzie mógł mianować czterech członków, co da mu większość w Radzie i zdolność do ustanawiania stóp procentowych.
W każdym publicznym budynku zostanie wywieszona tzw. Deklaracja narodowej współpracy. Ma ona przypominać Węgrom o łączących ich wartościach i głosi, że zwycięstwo Fideszu było rewolucją poprzez urny wyborcze. Nietrudno skojarzyć taką propagandę z praktyką systemu sprzed dwudziestu lat.
Co dalej?
W styczniu 2011 Węgry obejmują przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. Nie wygląda jednak na to, by miało to zmienić priorytety rządu Victora Orbana, który dostał mandat na ważne reformy. Rzeczywiście, chęci do dużych zmian Orbanowi nie brak. W latach 1998-2002, kiedy był po raz pierwszy premierem Węgier, spadło bezrobocie i inflacja, a wzrosły płace. Stało się to jednak kosztem powstania dziury budżetowej. I tym razem ma wzrosnąć zatrudnienie, ale sprawą pierwszorzędną są finanse publiczne. Według prognoz, dzięki wprowadzonym zmianom w 2011 roku deficyt ma obniżyć się do 2,94 proc a wzrost gospodarczy szacowany jest na 3 proc. PKB.
Kontrowersje budzi jednak fakt, że duże obniżki podatków idą w parze z interwencją, jaką jest nacjonalizacja oszczędności emerytalnych. Rządy silnej ręki Victora Orbana ograniczają wolność słowa na Węgrzech i nawiązują do tradycji autorytarnych. I pomyśleć, że w 2002 roku, kiedy Fidesz przegrał wybory z socjalistami, odchodzący premier stwierdził, że Rząd nie powinien odgrywać najważniejszej roli w życiu społeczeństwa. Ważniejsze są ruchy obywatelskie, które, kiedy trzeba, kłócą się z rządem lub go wspierają. Jak widać, pogląd Victora Orbana na społeczeństwo dość szybko się zmienił.

Komentarze