Mówta, co chceta

Węgry, Wikileaks, Marsz Niepodległości, czyż można wyobrazić sobie lepszy pretekst do podjęcia dyskusji na temat wolności słowa? Smutnym jest jednak fakt, że w tak kluczowej dla demokratycznych społeczeństw kwestii potrzebne są jakiekolwiek preteksty.

Przed paroma laty dwóch starych przyjaciół – Adam Michnik i Vaclav Havel – stoczyło zażarty spór na temat wolności słowa. Pretekstem był artykuł Havla, w którym zwrócił on uwagę na konieczność podjęcia dyskusji dotyczącej granic wolności. Spotkało się to z ripostą Michnika, który stwierdził, że w pierwszej kolejności trzeba zapewnić elementarne prawa we wszystkich krajach, a taka dyskusja wcześniej byłaby niebezpieczna. Który z nich miał rację? Moim zdaniem obaj.

Prywatność państwa

Racje Vaclava Havla zostały brutalnie obnażone przez sprawę wycieków na portalu Wikileaks. Afera ta de facto spełniła jego żądanie, oczywiście dopiero po ujawnieniu przez portal internetowy poufnych informacji. Ludzi domagających się pełnej transparentności jest wielu i rzadko zastanawiają się oni nad moralną odpowiedzialnością w sprawie wypowiadanych słów. Szkoda tylko, że powstałą dyskusję ogranicza się najczęściej do kwestii tajemnic państwowych, podczas gdy można by ją rozszerzyć także o ochronę prywatności obywateli. Kwestię tę podchwycili (niezawodni jak zawsze) internauci: pojawiły się kpiące pogłoski, jakoby kolejną tajemnicą ujawnioną na portalu miała być tożsamość „Anonimowych”, członków grupy hakerów, którzy „woluntarystycznie” bronią serwerów Wikileaks. Najlepszym dowodem kontrowersji, jakie wywołuje ta historia, jest wycofanie kandydatury Juliana Assange’a z walki o tytuł Człowieka Roku tygodnika „Time”. Trzeba jednak stwierdzić, że dotychczas nikt nie podał sensownej odpowiedzi na pytanie, jak pogodzić ideę wolności słowa z ideą ochrony prywatności.

Freiheit über alles

Na czym polega z kolei trafność osądu Michnika? Słynnemu francuskiemu filozofowi Wolterowi przypisuje się (niesłusznie zresztą) słowa: Nie zgadzam się z tobą, ale zawsze bronił będę twego prawa do posiadania własnego zdania. Nie będzie wiele przesady w stwierdzeniu, że słowa te są bliskie Michnikowi jak mało komu. Broniąc prawa do istnienia w przestrzeni publicznej wszystkich, „zapracował” on sobie na łatkę „obrońcy komunistów”. Stał się w ten sposób bardzo wygodnym celem ataków, pomimo iż nietrudno dostrzec spójność jego działań – niedawno zadeklarował chęć zatrudnienia w „Gazecie Wyborczej” Pawła Lisickiego, wcześniej bronił wolności słowa w różnych krajach europejskich, wreszcie, przed paroma laty był jednym z czołowych europejskich obrońców Oriany Fallaci, włoskiej dziennikarki ściganej przez sąd po publikacji książki Wściekłość i duma. Książki tak radykalnie antyislamskiej, że nie powstydziliby jej się publicyści Radia Maryja (gwoli ścisłości: Polaków wśród obrońców Fallaci było wyjątkowo wielu, co akurat dobrze świadczy o polskim przywiązaniu do wolności słowa).

Ostatnim polem walki o wolność słowa okazały się Węgry, gdzie centroprawicowy rząd Viktora Orbána wprowadził ustawę umożliwiającą nakładanie na media rujnujących grzywien za „niepoprawne” publikacje (np. propagujące przemoc, pornografię lub niewyważone osądy). Jednak w słusznym oburzeniu na tę praktykę należy pamiętać, że przepis nakazujący przedstawianie racji każdej ze stron istniał w kolebce wolności, Stanach Zjednoczonych, aż do prezydentury Ronalda Reagana, a podobne uprawnienia do karania redakcji ma także polska Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Oczywiście, zakres przewinień, za które może ukarać KRRiTv, jest zdecydowanie mniejszy, jednak zaskakujące jest, jak rzadko zwraca się uwagę na uznaniowość jej werdyktów.

Wszyscy, ale nie wszyscy

Prawo do głoszenia własnych poglądów przez każdego człowieka, w myśl słów Woltera, jest dużo bardziej kontrowersyjne, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. 11 listopada zeszłego roku, w rocznicę odzyskania niepodległości, kilka prawicowych organizacji zorganizowało Marsz Niepodległości. Wydarzenie to wzbudziło zainteresowanie całej Warszawy (nawet jeśli najczęściej było to zainteresowanie pt.: Wybiją mi szybę?), ale też niemałe kontrowersje. Spór toczył się o rolę organizacji skrajnych (zwłaszcza ONR), o domniemaną promocję faszyzmu, panowała jednak dziwna zgoda co do tego, że faszyści prawa głosu mieć nie powinni.

Ograniczenie wolności (w przeciwieństwie do ich rozszerzania) ma taką dziwną tendencję do zwiększania swojego zasięgu. W latach 70. grupa kanadyjskich feministek wywalczyła sądowy zakaz rozpowszechniania pornografii. Kilka lat później ten sam zapis posłużył do delegalizacji organizacji feministycznych. Podobnie łatwo można sobie wyobrazić rząd, który definicję organizacji faszystowskiej rozszerzy na organizacje nacjonalistyczne czy nawet konserwatywne. Może być i odwrotnie. Wystarczy, że prawicowa partia zrówna (jakże słusznie!) komunistów z faszystami, by wykorzystać to do delegalizacji socjalistów czy nawet socjaldemokratów.

Oprócz tego zakazy w tej materii prawie nigdy nie są skuteczne. Gdy rząd Izraela zaczął walkę ze stosunkowo ugodowym Fatahem, parę lat później w wyborach zwyciężył radykalny Hamas. Nielegalne organizacje w podziemiu radykalizują się w każdym zakątku globu. Z drugiej strony, złu można się przeciwstawiać werbalnie, a niekoniecznie legislacyjnie. Jedyne, co uzyskali ludzie, którzy próbowali zatrzymać fizycznie Marsz Niepodległości, to łatka zadymiarzy. Gdyby jednak obok ONR-owców przeszła manifestacja, której celem byłoby nie „zatrzymanie” czy zagłuszenie, lecz prezentacja dowodów szkodliwości poglądów faszystowskich – skutek byłby o wiele lepszy.

Prawo do NIE

Być może powinno to pozostać sekretem Redakcji, ale gdyby nie bohaterska wolta Karola Olszewskiego (pozdrawiam!), każdy felieton w nowej makiecie MAGLA opatrzony byłby zdjęciem autora. Karol słusznie zauważył, że nie każdy może sobie tego życzyć. Powodów może być wiele – strach przed staniem się tarczą do rzutek czy też „lans na Kaczkowskiego” – istotny jest tylko fakt, iż nie powinno być takiego nakazu.

Prof. Wojciech Sadurski napisał niedawno na swoim blogu, że podstawowym prawem towarzyszącym wolności słowa jest prawo do niesłuchania. To niezwykle celne spostrzeżenie można rozszerzyć na prawo do milczenia, do nieujawniania własnej prywatności. Wydaje się, że to właśnie brak prawa do NIE doprowadził do sprawy Wikileaks i to on powinien być kolejnym krokiem walki liberałów o wolne społeczeństwo. Oczywiście, po uprzednim uporaniu się z prawem do głoszenia poglądów.

***

Dylematy dotyczące wolności słowa to „zasługa” postępu technologicznego. W epokach przed nowożytnością niemożliwa była ani kontrola publikacji, ani zdobywanie tajnych informacji, jak w przypadku Wikileaks. Ale istniała wtedy także metoda walki z pomówieniami i oszczerstwami – pojedynki. Dziś skutecznej metody nie ma. Gdy spojrzy się jednak na trumny zabitych w pojedynkach Alexandra Hamiltona czy Aleksandra Puszkina, powstaje pytanie – czy naprawdę warto jej szukać?

Komentarze