Na krańcu świata

12 miesięcy, 20 krajów, niezliczona ilość przygód i wspomnień. Jak sobie poradzić, gdy atakuje cię facet z maczetą? Co zrobić, gdy znajdujesz się w środku tundry z łysą oponą i niedźwiedziami dookoła? l jak ustrzec się przed nieświadomym przemytem narkotyków – tego wszystkiego możesz się dowiedzieć, wykupując bilet dookoła świata. Tak, jak zrobił to absolwent SGH – Piotr Poźniak.

MAGIEL: Zwiedziłeś podczas tego roku 20 krajów. Który z nich wywarł na Tobie największe wrażenie?

Piotr Późniak: Wszyscy mnie o to pytają, ale nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Najpiękniejsze widoki były zdecydowanie na Alasce. Najsympatyczniejsi ludzie w Brazylii i Indonezji. To były jedyne takie miejsca, gdzie kierowcy w autobusach sami pilnowali, gdzie mam wysiąść albo wręcz zatrzymywali się specjalnie dla mnie tam, gdzie chciałem, a nie tam, gdzie był przystanek.

Jaki kraj poleciłbyś studentom na wymianę? Dla kogo co?

Dla każdego studenta? Argentyna. Tam jest najtańsze i najlepsze piwo. Dla imprezowicza zdecydowanie Brazylia, dla trampa kochającego wędrówki po górach i połoninach – Argentyna lub Chile, dla miłośnika orientu – Malezja, Tajlandia.

W którym kraju Polacy mogą przeżyć największy szok kulturowy?

W Indiach. Gdybym pojechał tam prosto z Polski, to naprawdę mogłoby mi się nieźle zakręcić w głowie. Indie są piękne, brudne, śmierdzące, obrzydliwe i jeszcze raz piękne. Ldzie są kolorowo ubrani, radośni, uśmiechnięci. Co dzień rano piękne, młode kobiety w kolorowych sari sprzedają świeże owoce. Kiedy stragany się zamykają, wszechobecne święte krowy wyjadają resztki niesprzedanego towaru. Wieczorem biedacy wyciągają (nie mam pojęcia skąd) łóżka, stawiają je na środku drogi i tam śpią. W Indiach jest wszystko, co możesz sobie wyobrazić. W jednym miejscu wszystko jest takie skupione, wymieszane.

Gdzie spotkałeś się z największym niebezpieczeństwem?

Słyszałem mnóstwo historii o napadach i kradzieżach w Ameryce Południowej. Dlatego zawsze do zamieszkania starałem się wybierać bezpieczne dzielnice. Pewnego razu w Limie, młody mężczyzna uprawiający jogging spytał się mnie, która godzina. Ucięliśmy sobie przemiłą pogawędkę, dopytywał jak mi się podoba, skąd jestem itd. Nagle wyciągnął coś z kieszeni spodni. Okazało się, że to maczeta wielkości mojej ręki! Zdębiałem zupełnie. On krzyczał: Give me your camera! Your camera! Ja nie wiedziałem, co robić. Napastnik zaczął wyrywać mi aparat, który zawsze nosiłem obwiązany kilkukrotnie do nadgarstka. I wtedy przypomniała mi się rada pewnego Anglika. Jego też zaatakował jakiś facet z nożem i kazał oddać aparat, a ten z zimną krwią zaczął go dźgać statywem! Wystraszony napastnik uciekł. Ja statywu nie miałem, ale gwałtowne ruchy rąk i soczyste polskie przekleństwa wystarczyły. On się zdziwił wtedy jeszcze bardziej niż ja. Nie wiem, czy to była odwaga, czy lekkomyślność z mojej strony, ale najwyższe dobro dla podróżnika, aparat, został przy mnie.

Czy spotkałeś się jeszcze z innymi objawami wrogości czy nieuczciwości?

W Argentynie jest taki bardzo popularny sposób okradania turystów. Argentyńczycy ochlapują twoje ubranie lub plecak mleczkiem do opalania, a potem, chcąc być niezwykle pomocnym i uczynnym, proponują, żebyś położył rzeczy na chodniku, a oni pomogą ci się wytrzeć. Od razu po przylocie do Buenos Aires mogłem właśnie w ten sposób stracić swoje najcenniejsze rzeczy. Nie znałem jeszcze tej sztuczki i bardzo łatwo dałem się nabrać. Na szczęście w ostatnim momencie doświadczyłem jakiegoś przebłysku zdrowego rozsądku i odmówiłem ,,pomocy’’ przesympatycznej staruszki. Dwa tygodnie później w innym argentyńskim mieście spotkałem zapłakaną Holenderkę, która miała identyczną sytuację. Ona jednak uwierzyła przemiłemu mężczyźnie i postawiła swoją podręczną torebkę na ziemi. W tym czasie przebiegł przez ulicę jakiś młody chłopak, chwycił torbę i uciekł. Miliony turystów tracą w ten sposób pieniądze, aparaty, telefony, pamiątki… Mnie na szczęście się udało.

Czy po takich przygodach w Ameryce Południowej to właśnie kradzieży obawiałeś się tam najbardziej?

Zdecydowanie nie. Jest taka rzecz, o której od wielu słyszałem, nieraz czytałem i przez którą mógłbym spędzić całe życie w więzieniu. Mianowicie bałem się, że ktoś może mi podrzucić narkotyki, żebym je nieświadomie przemycił albo żebym zapłacił horrendalną łapówkę celnikom. Oczywiście druga opcja jest w tym wypadku dużo korzystniejsza. Już w Polsce zastanawiałem się, jak się przed tym uchronić. W jednym markecie budowlanym kupiłem zatem dwa opakowania opasek zaciskowych do kabli elektrycznych, które można ścisnąć tylko w jedną stronę. Zaplanowałem, że za każdym razem jak będę przekraczał granicę będę tym spinał suwaki mojego plecaka. Gdy zobaczę przy odbiorze bagażu że opaski są przecięte to będzie oznaczało, że coś jest nie tak. Dzięki temu, że kupiłem to sprytne urządzenie w Polsce, miałem większą pewność, że w Ameryce Południowej nikt nie znajdzie identycznego zapięcia.

Jak udało Ci się sfinansować swoje marzenie okrążenia świata?

Po prostu zdecydowałem się wydać wszystkie oszczędności. Wszystko, co zarobiłem przez 3 lata, przeznaczyłem na ten cel. Cały czas mieszkałem z rodzicami, nic nie wynajmowałem. Odkąd podjąłem decyzję o wyjeździe, oszczędzałem jak mogłem. Ale też swój plan podróży ułożyłem dość sprytnie. Zacząłem swoją podróż dookoła świata od krajów najdroższych. I choć w Stanach wydałem mnóstwo kasy, to mogłem spokojnie tyle samo zaoszczędzić w krajach biedniejszych, głównie azjatyckich. W Tajlandii, śpiąc w tanim hotelu i jedząc w najlepszej restauracji w wiosce, można spokojnie przeżyć za 10zł dziennie. Wszyscy mnie straszyli, że w Japonii będzie najdrożej, ale i tam sobie poradziłem. Na obiad kupowałem sobie zawsze sushi na wieczornych wyprzedażach w supermarkecie. Pudełko z dziesięcioma kawałkami można było dostać za jednego dolara.

Jak przez ten czas kontaktowałeś się z rodziną, przyjaciółmi?

Co ciekawe, z Polski wyjechałem bez komputera ani nawet telefonu. Dlaczego? To proste. A kto płaciłby przez rok moje rachunki? Cztery lata temu byłem w Chinach i na każdym rogu były kafejki internetowe, w których godzina kosztowała 1 centa. Byłem może trochę naiwny, ale spodziewałem się, że teraz są takie już na całym świecie. Okazało się jednak, że np. w Stanach kafejek praktycznie nie ma. W hotelu, w którym mieszkałem, godzina korzystania z Internetu kosztowała $10. Z drugiej strony Amerykanie oferują darmowe Wi-Fi, ale ja bez laptopa czy nawet komórki i tak nie mogłem nic zrobić. Ze zgrozą patrzyłem na swoje limity w budżecie. Na początku chodziłem do publicznych bibliotek, gdzie pierwsza godzina była za darmo. Ale wpadłem na lepszy pomysł. Gdy jechałem do Kalifornii, zatrzymałem się na chwilę w Alabamie, gdzie jest najniższy w USA podatek od sprzedaży. Kupiłem sobie tam małego netbooka w Walmarcie. Kosztował $200, czyli jakieś 20h w kafejce internetowej. Jak się później okazało, na całym świecie (oprócz Laosu i Nowej Zelandii) Wi-Fi było darmowe. Więc to była wspaniała inwestycja.

Podczas swojej podróży musiałeś nauczyć się liczyć tylko na siebie. Miałeś taki problem, który rozwiązałeś tylko dzięki swojej kreatywności?

Daleka północ Kanady, ok. 100km od koła podbiegunowego, jechałem wtedy na Alaskę. Mogłem wybrać albo równą, asfaltową Alaska Highway, albo mniej więcej równoległą szutrową drogę przez prawdziwą tundrę. Dla podróżnika liczy się, aby było jak najbardziej malowniczo i dziko. Bez wahania wybrałem zatem drugą opcję. I faktycznie, droga była piękna, ale też bardzo nierówna. Po przejechaniu 100 mil złapałem gumę. Zmieniłem koło. Po kolejnych 50 milach sytuacja się powtórzyła. Tylko że tym razem nie miałem już koła zapasowego. Byłem jakieś 150 mil za miasteczkiem, z którego wyjechałem i jakieś 200 przed tym, do którego jechałem. Wokół mnie żywej duszy, żadnej stacji benzynowej, sklepu. Ja bez komórki. Zbliżał się wieczór, a przez cały dzień minąłem się może z 2-3 samochodami. Na lunch zjadłem sobie tuńczyka z puszki. Opierałem się wtedy o maskę samochodu i nieostrożnie trochę ryby wylało mi się na maskę. W okolicy były niedźwiedzie. Panikowałem, że jeśli zostanę na noc in the middle of nowhere, to te niedźwiedzie zjedzą samochód razem ze mną. Musiałem się stamtąd jak najszybciej wydostać. Co robić? Jechałem przez chwilę na zupełnie sflaczałej oponie, ale to było bez sensu. Więc co zrobiłem? Przez dwie godziny wypychałem dziury w oponie liśćmi, trawą i gałązkami, które znalazłem na poboczu. Kilkadziesiąt mil później z pomocą przyszedł młody Indianin z zestawem do łatania opon. Jakoś się udało.

Aż trudno uwierzyć, że można wpaść na taki pomysł.

Faktycznie, to był dla mnie duży egzamin z kreatywności. Jednak generalnie jak podróżujesz samotnie, zwłaszcza w takich miejscach, gdzie możesz liczyć tylko na siebie, to twoje zmysły są maksymalnie wyostrzone, a adrenalina na niebezpiecznie wysokim poziomie. Wtedy jesteś w stanie poradzić sobie ze wszystkim. To tylko wygląda na coś niemożliwego. Wszyscy, którzy czytają mojego bloga za biurkiem w pracy, myślą sobie: ja bym nie zrobił czegoś takiego, nie umiałbym sobie poradzić. Ale gdyby taka osoba znalazła się w podobnej sytuacji, to wyszłaby bez żadnego problemu z każdej opresji. Tak działa ludzki mózg.

Twoim ulubionym cytatem jest: Do not go where the path may lead, go instead where there is no path and leave a trail. (Ralph Waldo Emmerson) Uważasz, że tak zrobiłeś?

Ten cytat pierwszy raz zobaczyłem napisany kredą w pewnej kawiarni na szczycie Victoria Peak w Hong-Kongu. To były ostatnie dni mojej pierwszej dużej wyprawy. Pojechałem wtedy do Australii, mając tylko bilet Warszawa-Sydney, Sydney-Warszawa z przesiadką w Hong Kongu właśnie. Nic nie było zaplanowane. Nie wiedziałem nawet, co chcę zwiedzić, co zobaczyć. Szczerze mówiąc to czysty przypadek, że ja się tam w ogóle znalazłem. Był akurat niski kurs dolara, mnie trafiły się wakacje bez żadnych poprawek. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Pomyślałem – jak juz gdzieś jechać, to na koniec świata! Tak się składa, że według mapy koniec świata względem Polski to akurat Australia. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. I tak właśnie zacząłem chodzić tam, gdzie nie ma wydeptanej ścieżki.

Dla większości ludzi ten pierwszy krok jest najtrudniejszy. Choć marzą o wspaniałych, dalekich podróżach, wydaje im się to szalonym, nierealistycznym pomysłem. Przed wyjazdem pracowałeś 3 lata dla Carrefoura jako logistyk. Rzuciłeś pracę bez żadnych wątpliwości ani wyrzutów sumienia?

Po pierwsze, nie rzuciłem pracy. Miałem tyle szczęścia, że dostałem czternastomiesięczny urlop bezpłatny. Po drugie, to nie było moje marzenie, tylko plan. Mówiąc „marzenie”, dystansujesz się od zamiarów. Pragnąłem zobaczyć Alaskę taką, jaką widziałem w programie Google Earth, chciałem pojechać do tych miejsc, które mama pokazywała mi w kolorowych albumach, kiedy byłem mały. Zebrałem pieniądze, zdobyłem wszystkie wizy i pojechałem. Wszystko.

Jesteś już pół roku w Polsce. Twoje życie na pewno wygląda zupełnie inaczej. Lepiej czy gorzej?

Przez pierwsze miesiące nie mogłem się odnaleźć w polskiej rzeczywistości. Budziłem się rano zlany potem i wyskakiwałem z łóżka z przeświadczeniem, że spóźniłem się na jakiś autobus do innego miasta. Po chwili dopiero uświadamiałem sobie, że jestem w Warszawie i nigdzie na razie nie wyjeżdżam. Ale już zaczynam marzyć o Iranie, Tybecie – miejscach, które bardzo chcę zwiedzić, a w których jeszcze nie byłem. Pewnie wyjadę znowu na jakieś parę miesięcy. Obawiam się tylko, że jak moja dziewczyna przeczyta ten fragment wywiadu, to się zbuntuje [śmiech].

Komentarze