W cieniu kolumn

Starożytne Ateny od lat kuszą Akropolem i Stadionem Olimpijskim. Niezliczone wycieczki w skwarnym słońcu południa wdrapują się na szczyt wzgórza, by podziwiać marmury sprzed wieków. Warto jednak zboczyć z tradycyjnych tras i poznać miasto z nieco innej strony.

Mimo całego medialnego szumu, Grecja nie jest państwem anarchistycznym, gdzie leniwi ignoranci nie starają się w żaden sposób poprawić sytuacji własnej i kraju. Ekonomia zwyczajnie nie leży w centrum ich zainteresowań. Wierząc cały czas w bogów olimpijskich, wolą pielęgnować starożytną tradycję. Jednak jako kraj zajmujący na mapie miejsce pomiędzy Europą, Azją a Afryką, Grecja jest wrażliwa na różnorodne wpływy, co coraz mocniej daje znać o sobie – przede wszystkim w Atenach, które mienią się kontrastowymi barwami.

Spacerem na szczyt

Jeśli akurat nie strajkują kontrolerzy lotów, celnicy, kierowcy taksówek czy autobusów, pracownicy metra i nie odbywa się żadna demonstracja, miejscem, na które przeciętny turysta dociera w pierwszej kolejności, jest centralny plac miasta – Sintagma. To tam znajduje się budynek parlamentu, to tam odbywają się strajki i to tam krąży niezliczona ilość wypasionych bezdomnych psów, które „cywilizowanym” Europejczykom mogą wydawać się czymś niedopuszczalnym. Są jednak całkiem sympatyczne i nieagresywne.

Poza watahą psów, na uwagę zasługują dwaj bardzo poważni panowie bez włochatych czapek, za to w grubych wełnianych rajtuzach – ewzoni, którzy pełnią wartę przed Parlamentem. Ciekawym wydarzeniem jest coniedzielna uroczysta zmiana – w towarzystwie orkiestry dętej z patosem maszeruje cała kolumna mundurowych. Kiedy po takiej paradzie uda się uwolnić z tłumu uzbrojonego w aparaty i kamery, warto jeszcze raz rozejrzeć się dokoła i ruszyć w dół ulicą Ermou.

Witryny sklepów, w których biedny polski student raczej nie mógłby pozwolić sobie na zakupy, kuszą kolorami po obu stronach tego najpopularniejszego deptaka. Jednak są tam też cwani czarnoskórzy kupcy, u których podaż produktów jest skrajnie elastyczna, a ceny niewygórowane. Stale oferują torebki, portfele i zegarki od najznamienitszych projektantów, w razie deszczu parasole, w przypadku mocnego słońca okulary i napoje, a na plaży kostiumy, koraliki i tatuaże z henny. Są przygotowani na każdą ewentualność, także na nieoczekiwaną kontrolę policji – cały swój towar prezentują na skromnym prześcieradle, które w ułamku sekundy może stać się workiem pełnym „kosztowności” w rękach uciekającego handlarza. Tych zmyślnych przedsiębiorców możemy spotkać w Atenach niemal wszędzie, a trzeba przyznać, że „kujonki” za 5€ cieszą tak samo jak oryginalne.

Kolorowa ulica Ermou prowadzi na Monastiraki – dzielnicę pełną sklepów i straganów, na których można odnaleźć wszystko, od tandetnych pamiątek, przez skórzane rzymianki, oliwki, ikony, gigantyczne truskawki i stare telefony, po przedmioty, których przeznaczenia nie sposób określić. W bocznej uliczce znajduje się nawet budyneczek, w drzwiach którego wita nas przylepiony uśmiech pana Donalda, a miła pani w środku po polsku odpowie na każde pytanie dotyczące miasta. Wieczorem Monastiraki wypełnia się ludźmi, którzy chcą spędzić wieczór patrząc na Akropol przy karafce rakomelo i inomelo – ciepłych greckich drinków, które rozgrzewają duszę, ciało i atmosferę – z mocą zbliżoną do ulicznych cyrkowców, którzy niczym smok zioną ogniem, zachęcając zafascynowanych turystów do samodzielnej próby.

Mijając tak puby, tawerny i restauracje, przecinając dzielnicę Thissio, dotrzeć można aż do podnóży Akropolu. Nie da się ukryć, że widok kolumn Partenonu czy Kariatyd podtrzymujących sklepienie Świątyni Nike robi ogromne wrażenie. A najlepszym miejscem do podziwiania majestatu starożytnych budowli jest Aeropag – nagie skały wyrastające tuż pod szczytem Akropolu. Kiedy zapadnie tam zmrok, odpoczynek z greckim winem w ręku jest pięknym zwieńczeniem dnia – na dodatek całkowicie legalnym.

Jeszcze więcej szczytów

Ateny położone są na górzystym terenie, także nietrudno porządnie zmęczyć się, poznając główne atrakcje miasta, jak i boczne uliczki. Jednak widoki, jakie roztaczają się z lokalnych szczytów, są warte wszelkich wysiłków.

Wzgórze Lykabettus to obok Akropolu jeden z najważniejszych punktów wycieczek po mieście. Choć niemal do samego szczytu można dojechać samochodem lub autobusem, znacznie przyjemniej drogę pokonać pieszo, podziwiając zaciszne uliczki porośnięte drzewami pomarańczy i cytryn, aby w końcu dotrzeć do maleńkiej i przytulnej kaplicy św. Jerzego, górującej nad okolicą. Ze wzgórza rozpościera się widok na całe miasto aż po Morze Egejskie. Nie sposób też nie westchnąć zazdrośnie, widząc baseny na dachach mieszkań. Podobne widoki można podziwiać z Philopappou, które to wzgórze ma postać na wpół dzikiego parku, gdzie ścieżki wyznacza z osobna każdy turysta. Aby tam dotrzeć wystarczy tylko odwrócić się plecami do Akropolu i wejść między drzewka oliwne.

Jednak najciekawsza może się okazać wycieczka z pozoru najbardziej niebezpieczna – trzeba wedrzeć się do pszczelego ulu. Kipseli, bo o tej dzielnicy mowa, pełna jest imigrantów i wąskich uliczek zapchanych samochodami. Wszystkie budynki wydają się takie same i bardzo łatwo zabłądzić. Ale taki spacer po okolicy, choć męczący, urzeka. A kiedy już uda się wdrapać na Lofos Elikonos, trzeba zaczerpnąć powietrza i rozejrzeć się dokoła. Prócz miasta można podziwiać rozpościerające się na północ od Aten góry Parnitha i światła domostw wspinające się na zbocza, a także poczuć się jak kibic w loży VIP-ów, gdyż tuż pod wzniesieniem znajduje się boisko zawsze pełne rozkrzyczanych Greków.

Daj się skusić!

Pełne najprawdziwszych i najgłośniejszych wrzasków są jednak targi – mięsny i rybny. Panowie w zakrwawionych fartuchach, w hali, gdzie zapach może wywołać torsje, z szerokim uśmiechem na twarzy zachwalają swoje produkty i niemal siłą namawiają do kupna, prawiąc komplementy potencjalnym klientom. Sprawiają wrażenie zmartwionych, kiedy zainteresowania nie wywołuje barani łeb lub świńskie wnętrzności… I choć smak zakupionego tam mięsa czy ryby rzeczywiście jest doskonały, to targ jest idealny przede wszystkim dla kobiet, które chcą podbudować swoje ego.

Naprzeciwko znajduje się targ owocowo-warzywny, gdzie sprzedawcy już nie są tak natrętni – ale czy reklamy potrzebują piękne, czarne, duże oliwki, niemal czarne, błyszczące czereśnie lub aromatyczne mandarynki? Tanie owoce dostępne przez cały rok bardzo cieszą podniebienie turysty. Cieszą także etykiety „kiszone ogorki” lub „kielbasa podwawelska”, zapisane z uroczym błędem, na które można natknąć się, węsząc po targu. Znajduje się tam jeden z wielu obecnych w Atenach polskich sklepów, które pozwalają kupić polędwicę sopocką, pasztecik, „Kubusia” czy wiśniówkę, poczuć się jak w domu i pochwalić tradycyjnymi przysmakami.

A kiedy tęsknota za rodzinnym krajem naprawdę da się we znaki, czas na wizytę w rejonie zdominowanym przez rodaków, zajmującym znaczną część dzielnicy Victoria. Pełna jest Polaków, polskich sklepów, cukierni, wypożyczalni DVD, fryzjerek, kosmetyczek, a na klatkach budynków można natknąć się na uprzejme prośby o zachowywanie ciszy i niepicie na klatce – rzecz jasna w ojczystym języku. Kiedy natomiast przyjdzie potrzeba duchowa, polski katolicki kościół chętnie służy wiernym. Niestety jest to okolica dosyć niebezpieczna, gdzie oprócz naszych rodaków pełno i innych mniejszości, a spacer po zmroku może dostarczyć dużej dawki adrenaliny lub nawet skończyć się nieprzyjemnie.

Ciemna strona miasta

Uciekając z Victorii, przebiegając przez ulicę Patision, trzeba uważać na trolejbusy! Warto też zatrzymać się, by rzucić okiem dookoła. Na każdym budynku wypisane są anarchistyczne lub socjalistyczne hasła, a tereny akademickie są „ozdobione” ogromnymi transparentami wzywającymi do walki. Widok sierpa i młota na początku dziwi, a nawet trochę razi, choć znajdą się i tacy, których ten widok zachwyci.

Po drugiej stronie ulicy rozpościera się Exarchia – dzielnica pełna lokali, których nie da się określić jednym słowem. Można tam zwyczajnie napić się frappe lub czegoś mocniejszego, ale można też zagrać w grę planszową, pograć na różnych instrumentach i pospierać się na tematy ideologiczne. Okolica uważana jest za miejsce pełne anarchistów i osób o skrajnych poglądach, które nie boją się o tym mówić. Laik i ignorant polityczny mogą poczuć się tam nieswojo, choć klimat tych zaułków jest niepowtarzalny. Niestety czasem też przerażający i smutny. Widok strzykawek porozrzucanych po chodnikach, mnóstwo samarek i bezdomni przykryci kartonami psują urok tego miejsca.

I coś na deser

Prawdziwa „imprezownia”, gdzie po godzinie 23 spotkasz tylko inne rozbawione młode twarze, to Ghazi. Dzielnica pełna przeróżnych lokali, gdzie można zjeść, napić się i potańczyć. Z każdego miejsca do uszu dociera inny rodzaj muzyki, co jest ogromną zaletą tego miejsca. Co ważne, w centralnym punkcie, tuż obok stacji metra Karameikos, stoi niepozorny kiosk, który 24 godziny na dobę oferuje piwo i drinki w przystępnej cenie. Obowiązkowym punktem imprezowania w Ghazi, najczęściej finałowym, jest wczesne śniadanie w tamtejszym pita barze – nigdzie nie znajdziesz lepszej! Nawet najlepszy polski kebab nie ma szans przy prawdziwej pysznej greckiej picie.

A że następny dzień może być wyzwaniem dla ciała i duszy, warto przeznaczyć go na odpoczynek w cieniu palm w Ogrodach Narodowych. Park rozpościerający się między Parlamentem, galerią Zappeion i starożytnym stadionem olimpijskim jest wymarzonym miejscem na niedzielne lenistwo. Pokonując niespiesznie alejki parku można podziwiać zarówno florę, jak i faunę – kolorowe papugi, hasające kozice i żółwie wodne, które momentami wyglądają jak martwe, by po chwili popłynąć żwawo, wywołując radosny okrzyk zaskoczonych turystów.

Warto wziąć przykład z owych żółwi i tak jak one, bez żadnego napięcia, a z błogim uśmiechem poddać się spokojnemu tempu, przysiąść na tamtejszej ławce i spojrzeć na świat bez pośpiechu.

Komentarze