Żyć albo nie żyć?

O Sali Samobójców można powiedzieć wiele. Jednak pewne jest tylko jedno – budzi mnóstwo kontrowersji.

Adrian Szorc

Sala Samobójców, film który ukazuje się w czasie dla siebie idealnym. Najstarsi górale już bowiem zaczęli zapominać o czymś takim jak dobry polski film w kinie. I trudno im się dziwić, gdy na co dzień jesteśmy raczeni różnymi wersjami tej samej, przeżutej komedii romantycznej, na dodatek wciąż w prawie identycznej obsadzie. W takich warunkach  każdego, kto zapragnąłby nakręcić ambitny, a zarazem przystępny widzowi film witalibyśmy szeroko otwartymi ramionami, żeby nie powiedzieć, że chlebem i solą.

Tymczasem nie jest to byle „każdy”, a Jan Komasa, reżyser młodego pokolenia, który już zdążył zostać okrzyknięty nadzieją polskiego kina. Również temat, o którym miał traktować film jest z pewnością ciekawy – obraz młodego, kształtowanego przez Internet pokolenia Polaków. Miał być on przedstawiony w sposób świeży, odważny. Wysokie nadzieje rokowała również nominacja do Panorama Special w ramach Berlinare.

Niestety, pomimo licznych zachwytów części publiczności, moim zdaniem film zdecydowanie nie spełnia pokładanych w nim nadziei na solidne polskie kino z przekazem. Dostajemy owszem solidne kino, ale wyłącznie jeśli chodzi o aspekt czysto techniczny. Oglądając film możemy podziwiać naprawdę dobrze wykonaną robotę. Od bardzo przyjemnej, trójwymiarowej grafiki, poprzez montaż i zdjęcia, a na ciekawej ścieżce muzycznej kończąc. Czego w takim razie zabrakło?
Ano właśnie, zabrakło tego co tworzy nie tyle arcydzieło, a dobry film – historii, bohaterów, przekazu. Pod całą fasadą zręcznej realizacji widzimy bowiem pretensjonalną historię rozpuszczonego nastolatka z bogatego domu. Dominik, dusza swojego bananowego towarzystwa na wskutek własnej głupoty staje się pośmiewiskiem wśród znajomych. Upokorzenie jest tak wielkie, że zamyka się w sobie, a konkretniej we własnym pokoju (przeniesienie popularnego w Japonii zjawiska hikikomori na polskie realia). Tam poprzez odpowiednik Second Life’a nawiązuje kontakt z Salą Samobójców – najprawdopodobniej również grupą nastolatków, których hobby jest przesiadywanie w Internecie i kontemplacja samobójstwa. Grupa jest dowodzona przez Sylwię, która od dłuższego już czasu siedzi zamknięta w pokoju, tnie się żyletką i marzy o zakończeniu swego życia.
I tu właśnie objawia się główna słabość fabuły, Dominik u progu matury po prostu tchórzy. Na złość rodzicom przybiera pozę ofiary, okazuję się kompletnie nieprzygotowany do życia. Na wskutek kpin zamieszczonych na serwisie społecznościowym traci cały sens życia. Jedyną pozytywną emocją, jaką widz może z siebie wykrzesać w jego kierunku, jest współczucie, bo z pewnością nie sympatia.

Film ponadto irytuje przejaskrawionym stereotypowym spojrzeniem na cyfrową młodzież. Jest ona przedstawiona w sposób iście groteskowy. Jedynymi wartościami są pieniądze i lans, zaś portale społecznościowe są jądrem interakcji. Jednocześnie każda z postaci zachowuje się w sposób iście karykaturalny – zaczynając od ojca Dominika, który nie jest w stanie otworzyć drzwi do pokoju syna, czy matki, która zaślepiona  miłością do syna nie widzi, że działa na jego szkodę. Również relacje pomiędzy bohaterami są płaskie i jednowymiarowe, całości dopełniają pełne banałów, sztampowe dialogi. Punktem kulminacyjnym jest zaś Sylwia, postać o psychice zbuntowanej 13-latki, która od 3 lat siedzi zamknięta we własnym pokoju myśląc o śmierci (Co robią rodzice?!).

Dlatego moim zdaniem, Sala Samobójców okazała się rozczarowaniem. Ciężko ogląda się film, gdzie jedyną postacią, która zachowuje się „normalnie” jest kierowca, reagujący ze stoickim spokojem na obelgi uważającego się za centrum wszechświata gówniarza. Obserwacja działań pozostałych bohaterów prowadzi jedynie do kręcenia głową z niedowierzaniem.

 

Ania Pawełek

Ostatnimi czasy rynek polskiego kina został do tego stopnia zdominowany przez niskogatunkowe komedie, że to podaż zaczęła kształtować popyt. Całe szczęście pojawiła się Sala samobójców, która w oszałamiającym tempie przyciąga do kin nowych widzów, tym samym rzucając coraz to większy cień na pozostałe produkcje. Co jest przyczyną owego (myślę, że śmiało można już używać tego słowa) sukcesu?

Jan Komasa intryguje. Tworzy film pełen paradoksów, w którym główny bohater ma wszystko: przyjaciół, rodzinę, powodzenie, pieniądze − jednak odczuwa ogromną pustkę. Pod wpływem kompromitującego wydarzenia postanawia uciec ze świata realnego w wirtualny, pełen zakłamań i przeinaczeń. Z braku laku dobry kit. Tym bardziej, jeśli jest w niego umiejętnie wciskany przez tajemniczą dziewczynę w masce, która wreszcie wysłucha, zrozumie, porozmawia. Sylwia wprowadza bohatera do Sali samobójców i wywiera na niego coraz to większy wpływ. Chłopak przestaje komunikować się z ludźmi w „realu” i zatrzaskuje się przed nimi w swoim pokoju.

Kino nie jest więc lekkie i przyjemne, ale to można stwierdzić już po samym tytule. Na pewno nie należy się jednak zniechęcać, bo konstruktywne myślenie nie boli, a do niego właśnie zmusza reżyser. Pokazuje obraz dzisiejszego świata, z całą pewnością nie patrząc nań przez różowe okulary i tym samym ostrzega, że w czasach Facebooka, Skype’a i paru innych wynalazków prawo dżungli nie straciło na aktualności. W pierwszej kolejności odpadają słabsi − czyli wrażliwsi.

Myślę, że każdy ma wśród znajomych, bliżej bądź dalej, swojego „Dominika”. Tu kolejny ewenement: za pomocą jednego, uniwersalnego środka Komasa przekazuje każdemu z osobna rodzaj prywatnej wiadomości. W zależności od tego, na ile damy się wciągnąć prezentowanej przez niego historii, będziemy różnie reagować. Stąd rozbieżności w opiniach i zażarte dyskusje na wielu portalach internetowych.

Jeśli po przeczytaniu opisu nadal nie jesteś do końca przekonany, czy historia o zagubionym emo chłopaku jest w stanie do Ciebie przemówić, polecam mimo wszystko obejrzenie filmu w celu podbudowania sobie opinii o polskiej kinematografii. Od strony technicznej nie można mieć bowiem większych zastrzeżeń: wątek fabularny bardzo sprytnie i płynnie przenika się z elementami grafiki, a zdjęcia i montaż zrobione są z dużą precyzją. Atutem jest też dobrze dobrana, budująca nastrój muzyka Michała Macaszka. I mimo że momentami gra aktorska wydaje się być sztuczna, cały przekaz pozostaje mocno wiarygodny. 0

Komentarze