Emo is dead

Emo wielokrotnie odgrażało się popełnieniem samobójstwa. Ostatecznie odeszło śmiercią naturalną.

Mogłoby się wydawać, że w zeszłej dekadzie połowa nastolatków miała depresję. Charakterystyczny ubiór, styl bycia czy sposób zachowania miały uzewnętrzniać duchowe cierpienie jednostek odbierających świat intensywniej od pozostałej masy. Głębokie przesłania i wzniosłe idee odeszły jednak wraz ze zmianą kolekcji w H&M. O ile włosy można przefarbować, a ubrania oddać do PCK, o tyle trudniej jest zmienić gatunek muzyczny, jaki się wykonuje. Co się więc stało z zespołami, które w zeszłej dekadzie wpisały się w modny wówczas nurt?

Polsko-kanadyjskie inspiracje

Ponad rok temu w warszawskiej Stodole Kanadyjczycy z Billy Talent zagrali swój drugi koncert w Polsce. Wokalista zadedykował utwór Nothing to lose Jankowi Komasie, polskiemu reżyserowi, który zainspirowany piosenką postanowił nakręcić film traktujący o problemie samobójstw wśród nastolatków. Patrząc na dokonania zespołu, można odnieść wrażenie, że największy sukces odniósł ich drugi krążek z 2006 roku(Billy Talent II), podczas gdy teledyski do utworów z ostatniej, wydanej w roku 2009 płyty (Billy Talent III), już rzadziej gościły na playlistach MTV2. Trzeci krążek nie był rewolucyjny i wciąż był to ten sam Billy Talent, tym razem współpracujący jedynie z legendarnym producentem Brendanem O’Brienem (Pearl Jam, Rage Against the Machine, AC/DC). Jednak nawet tak znany twórca nie pomógł powtórzyć sukcesu poprzedniego albumu. Gorszych wyników sprzedaży trzeciej płyty nie można przecież tłumaczyć przejściem na jaśniejszą (indie) stronę życia ich fanów. To raczej brak wpadających w ucho hitów, takich jak Devil in the Midnight Mass czy Red Flag przyczynił się do mniejszego sukcesu ostatniego wydawnictwa.

The Black Parade to Battery City

Sam Brendan O’Brien był również odpowiedzialny za pierwszą wersję najnowszego albumu My Chemical Romance, która niemalże w całości została odrzucona. Przy drugim podejściu do nagrania Danger Days zespół postanowił powrócić do współpracy z Robem Cavallo, który wyprodukował w 2006 roku ich krążek The Black Parade. Koncept album opowiadający historię młodego mężczyzny umierającego na raka wywindował grupę na szczyty list przebojów i zdobył uznanie sceptyków ich wcześniejszej twórczości. Po nagraniu tak przełomowej płyty zespół ma zazwyczaj dwa wyjścia: postawić poprzeczkę jeszcze wyżej albo nagrać płytę eksperymentalną, spełniającą oczekiwania grupy, a nie fanów. Wybierając drugą opcję, My Chemical Romance nagrało album z jednej strony prosty, melodyjny i lekki, a z drugiej emocjonalny, barwny, ale nie banalny. Noszenie trumien postanowili zamienić  na strzelanie z laserowych pistoletów, a tytuł pierwszego singla sprowadzili do minimum, czyli chwytliwego Na, Na, Na. Była to zmiana zdecydowanie pozytywna, ale czy przypadkiem niepodyktowana jedynie nowymi trendami w sferze subkultur, a co za tym idzie również rynku muzycznego?

Zamknięta szuflada

2005 roku My Chemical Romance połączyło siły z innym zespołem zaszufladkowanym w kategoriach: emo, screamo i post-hardcore – The Used. Nie tylko udali się razem w trasę koncertową (podczas której pojawiły się plotki o rzekomym romansie wokalistów obu zespołów (sic!), ale również nagrali swoją wersję utworu Under Pressure. Samo The Used stało się w Polsce szerzej znane dzięki stacji 4Fun.tv, która jeszcze kilka lat temu nałogowo emitowała teledysk do utworu All That I’ve Got z albumu In Love and Death (2004 r.). Przy pracy nad ostatnim wydawnictwem – Artwork z 2009 roku – zespół postanowił wprowadzić zmiany i zakończyć współpracę z producentem ich poprzednich krążków – Johnem Geldmannem, by następnie rozpocząć nagrania z Mattem Squirem, odpowiedzialnym za brzmienie m.in. Panic! At The Disco, HIM, czy 3OH!3. Jak sami tłumaczyli, chcieli  tym samym pozbyć się „popowej wrażliwości”, którą wplatali we wszystkie swoje ówczesne kompozycje. Nowa płyta miała być „cięższa, brutalniejsza i głośniejsza” od poprzedniczek. Niestety skończyło się na obietnicach, a nowy materiał był jedynie powieleniem wypracowanego na poprzednich krążkach stylu. Są artyści, którzy nigdy nie eksperymentują, nagrywają te same płyty w ciągu całej swojej kariery i właśnie takim zespołem jest też The Used. Z jednej strony można ich chwalić za grzeczne siedzenie i nie wychylanie się z szufladki z napisem „emo, post-hardcore” pomimo przemijającej mody, a z drugiej strony karcić za brak odwagi spróbowania czegoś nowego.

Ostateczne cięcie

Zespoły reprezentujące emo w większości potrafiły dostosować się do zmian społeczno-kulturowych. Taka elastyczność świadczy nie tylko o żądzy osiągnięcia sukcesu, ale również o świadomości własnych umiejętności i możliwości. Ci, którzy zmienili nie tylko stylistę i fryzjera, ale również styl grania przetrwali, a ich nowe wydawnictwa zdobywają przyzwoite recenzje. Takie zespoły jak AFI czy  Panic! At The Disco grają obecnie muzykę, która jest przyjemna w odbiorze dla szerszego grona słuchaczy. Oderwanie się od panujących trendów okazało się jedynym sposobem na przetrwanie zespołów w przeszłości reprezentujących emo.

Komentarze