Radiohead – The King Of Limbs
Radiohead jest jednym z niewielu alternatywnych zespołów wczesnych lat 90., który czerpiąc inspirację z pierwszych albumów U2, wykorzystał majestatyczny charakter tzw. „arena rock”, przekształcając go na swój własny sposób w liryczne opowieści o alienacji i strachu.
Melancholijne teksty Toma Yorke’a były ożywiane poprzez trio gitarowe, zaś wszystko opierało się na rozbudowanej strukturze muzycznej, nie wirtuozerii poszczególnych muzyków. Od swego debiutu w 1993 (Pablo Honey) budowali oni markę pionierów wyznaczających trendy i zmieniających oblicze muzyki alternatywnej.
Dzisiaj ich albumy należą do najbardziej wyczekiwanych światowych premier. Zaskakują nie tylko muzycznie, ale również jeśli chodzi o formę wydania – In Rainbows był dostępny na stronie zespołu do ściągnięcia za darmo, a słuchacze płacili jedynie „co łaska”. Premiera ta okazała się ogromnym sukcesem, a wszyscy ponownie zachwycili się skutecznością działań brytyjskiej grupy. Tym razem zaoferowali nam kolejną niespodziankę. O płycie dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili. Również ona ukazała się dzień przed planowaną premierą na stronie zespołu. Niestety, pomimo iż wyszła znienacka, muzycznie nie zaskakuje.
Materiał jest podzielony na 8 utworów i trwa niespełna 40 minut. Można powiedzieć, że długość jest w tym przypadku zaletą, gdyż przy dłuższym obcowaniu płyta robi się po prostu męcząca. Zapewne muzycy mieli świetną zabawę podczas jej nagrywania, jednak słuchaczowi z tej radości przypada niewiele. Zwłaszcza przez pierwsze pół albumu, gdzie słyszymy głównie dziwne rytmy perkusyjne przeplatane porwanymi samplami i loopami. Gitary zostały całkowicie zepchnięte na drugi plan. W takiej sytuacji specyficzny wokal Yorke’a zaczyna wręcz drażnić, a warstwa muzyczna brzmi jak przypadkowa zabawa dźwiękiem. Sytuację nieco ratują dalsze utwory: Codex – melancholijna ballada, Give up the host (jeszcze bardziej melancholijna ballada) czy kończący płytę Separator.
Nowa płyta Radiohead nie ustanawia żadnego przełomu, a jednak wzbudza dyskusję i nie pozostawia ani przeciętnego słuchacza, ani krytyka w obojętności. Jedni powiedzą, że nie da się jej słuchać, drudzy zaś nie będą mogli się od niej oderwać, wskazując te same cechy, które ci pierwsi określili wadami, jako zalety. Dlatego, jak zawsze, najlepiej ocenić samodzielnie. Inną sprawą jest to, że z uwagi na szkaradność okładki raczej tylko fani zespołu lub kiczu sięgną po ten album ze sklepowej półki.
Ocena redakcji: 2/5

Komentarze