Bić słabszych

9 maja 2010. Godzina 16:00 czasu Greenwich. Ostatnia kolejka angielskiej Premier League. Ważą się losy tytułu mistrzowskiego. Oczy całego piłkarskiego świata zwracają się na jedną drużynę: Wigan Athletic.

Chyba tylko najzagorzalszych fanów drużyny z 300-tysięcznego miasta mogło interesować to, na którym z jednakowo nieistotnych miejsc 14-17 zakończy ona rozgrywki. Liczyło się tylko to, czy Wigan zdoła uchylić Manchesterowi United drzwi do tytułu, nie dając się pokonać Chelsea. Czerwone Diabły musiały jedynie pokonać Stoke City. Najlepiej grając z zaciśniętymi kciukami.

Ustalony rok wcześniej terminarz uczynił postawę Wigan kluczową niewiadomą w korespondencyjnym pojedynku gigantów. Nikt nie wierzył w egzotyczny scenariusz, w którym żaden z pretendentów do tytułu nie zdobyłby 3 punktów. Wiadomo było, że na stadionie Chelsea czekać będą najcięższe działa. Zagadką było to, czy grające w zasadzie o pietruszkę Wigan zdoła im się przeciwstawić. Nie zdołało. Cztery bramki wbite Stoke City nie mogły osłodzić kibicom w manchesterskich pubach widoku Mike’a Pollitta wyciągającego w 90 minucie piłkę z siatki Wigan po raz ósmy. Trofeum pojechało do Londynu.

Mecz meczowi równy
Rozgrywki ligowe, choć w większości krajów nie mniej prestiżowe niż europejskie puchary, różnią się od nich kompletnie. Tu nikt nie odpada w trakcie. Nie ma też finału przyciągającego przed telewizory miliony widzów niezainteresowanych na co dzień futbolem. Jest za to trzydzieści kilka meczów, z których w każdym można zdobyć 3 punkty.
Boleśnie przekonało się o tym rok temu Burnley. Beniaminek pokonał między innymi Manchester United i Tottenham. Z siedmiu drużyn, które zajęły w tabeli miejsca premiowane grą w europejskich pucharach, tylko Chelsea i Liverpool nie oddały mu ani jednego punktu. Mimo to Burnley powróciło do niższej klasy rozgrywkowej. Dlaczego? Bo choć w sercach i pamięci kibiców pokonanie dwóch drużyn grających obecnie w ćwierćfinale Ligi Mistrzów warte było co najmniej 12 punktów, w tabeli zapisano tylko 6. Dokładnie tyle, ile za znacznie mniej pamiętne zwycięstwa nad Hull i West Hamem.

Przegrać zimą, wygrać wiosną
Kiedy polscy piłkarze zajadają się karpiem, angielska Premier League nabiera największego rozpędu. Boże Narodzenie Bożym Narodzeniem, Sylwester Sylwestrem, ale piłka sama się nie pokopie. Właśnie na przełomie roku drużyny Premier League rozgrywają kilka spotkań w półtygodniowych odstępach. Zimą nie da się jednak wygrać mistrzostwa Anglii. Można je za to w tym pracowitym okresie bardzo łatwo przegrać, tracąc kilka punktów i skazując się na morderczy, beznadziejny pościg za rywalami.
Tej wiosny walka o mistrzostwo Anglii rozegra się między Manchesterem United a Arsenalem. Pozostałe zespoły wielkiej czwórki (której istnienie i skład są coraz częściej kwestionowane) pozbawiły się szans na tytuł znacznie wcześniej. Liverpool już jesienią za sprawą odwiecznej impotencji wyjazdowej Roya Hodgsona (menedżer, zanim został zwolniony, zdołał wygrać tylko raz podczas dziesięciu wizyt na stadionach rywali). Chelsea szans na obronę tytułu pozbawiła się właśnie po świętach, kiedy to 29 grudnia odnotowała szósty ligowy mecz z rzędu bez zwycięstwa, trwoniąc przewagę z początku sezonu.

Remis jak porażka
Cofnijmy się jeszcze o sezon do roku 2009. Wtedy o mistrzostwo biły się dwa najbardziej utytułowane angielskie kluby. Manchester United walczył o osiemnasty tytuł, aby wyrównać osiągnięcie swojego odwiecznego rywala – Liverpoolu. Aby temu zapobiec, The Reds rozegrali z Czerwonymi Diabłami jeden ze stojących na najwyższym poziomie wyścigów o mistrzostwo w najnowszej historii brytyjskiej piłki.

Nie pomogło odnotowanie najmniejszej liczby porażek w lidze. Nie pomogło 10 zwycięstw w ostatnich 11 spotkaniach. Nie pomogły też zwycięstwa w meczach bezpośrednich. Na Anfield Liverpool wygrał 2:1, a w marcu uciszył Teatr Marzeń, miażdżąc rywala 1:4. Zadecydowały mecze, które dziś już dawno popadły w niepamięć. Remisy. Gdyby The Reds odnieśli o dwa mniej, nie doszłoby do jeszcze jednego – w ilości tytułów mistrzowskich. W walce o ligowe trofea remis to nie zdobycz jednego punktu. To strata dwóch.

Korespondencyjne Gran Derbi
Wniosek jest oczywisty: liczą się tylko zwycięstwa. W Anglii, gdzie ligowy średniak jest wyjątkowo silny, ich regularne odnoszenie jest szczególnie trudne. Wzorem do naśladowania jest hiszpańskie Gran Derbi. Nie to, które odbywa się dwa razy w roku, przyciągając uwagę całego świata, lecz to korespondencyjne, które rozgrywa się przez pozostałe 36 kolejek La Liga. Rzut oka na tabelę ligi hiszpańskiej nie pozostawia wątpliwości, że tam liczy się nie kilka drużyn jak w Anglii (od 3 do 6, zależnie od wypowiadającego się eksperta). Liga hiszpańska to Barcelona i Real, długo, długo nic, a potem 18 pozostałych drużyn, które w konfrontacji z nimi przypominają nieuzbrojonych kowbojów. Niekiedy ujdą z życiem, ba, z rzadka nawet zwyciężą, ale generalnie kończą brutalnie rozstrzelani. W tym sezonie Barcelona w 29 spotkaniach przegrała raz, a zremisowała tylko trzykrotnie. Średni wynik jej spotkań (2,8:0,5) sugeruje, że Duma Katalonii jest tak skuteczna, bo nie skąpi amunicji nawet na już leżących.

Zero litości
Premier League nie rozstrzygnie się, gdy 1 maja na Emirates Stadium przyjedzie Manchester United, a La Liga 17 kwietnia, gdy na Santiago Bernabéu gościć będzie Barcelona. Te i inne nawiązujące do dresiarskiej tradycji bicia słabszych zawody, zwane rozgrywkami ligowymi, rozstrzygną się poza blaskiem najmocniejszych reflektorów. W fascynujących igrzyskach zwyciężą najlepiej przystosowani gladiatorzy. Ci, którzy z największą konsekwencją będą bić słabszych.

Komentarze