Highway to Hel

Jest to bez wątpienia jedno z najczęściej wybieranych przez polskich turystów miejsc na spędzenie wakacji. I nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy znajdzie tam coś dla siebie, a niedawne otwarcie ścieżki rowerowej przez całą jego długość jest doskonałym powodem, aby poznać go bliżej. Zapraszam na rowerową wycieczkę po wakacyjnym Półwyspie Helskim.

Choć Władysławowo nie leży na samym półwyspie, to właśnie tam zaczynamy naszą wycieczkę. Jest to miasto typowo turystyczne, do którego zjeżdżają się przede wszystkim rodziny z dziećmi i to w przeogromnej liczbie. Jeśli mamy ochotę na plażowanie, ale nie chce nam się przychodzić na miejską plażę przed wschodem słońca, to zostaną już same miejsca stojące. Na głównych ulicach przemieszczanie się jest możliwe tylko w rzekach ludzi płynących pomiędzy straganami z pamiątkami a budkami z goframi, lodami, kebabami i inną tanią gastronomią. Nocne życie także nie zachwyca, głównie przez spotykane w tutejszych klubach nieciekawe towarzystwo nazywane „dresiarnią”. Choć pewne smutne wydarzenie, o którym napiszę później, może w tym sezonie zupełnie zmienić tę sytuację.

Oczywiście są miejsca we „Władku”, do których warto zajrzeć. Bardziej sportowo nastawieni mogą skorzystać z usług Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Cetniewie ze świetnym basenem. Głodomorom polecam słynną już na całą Polskę Gospodę u Chłopa, która mieści się zaraz przy porcie i z knajpy dla rybaków przekształciła się w ostatnich latach w klimatyczną, turystyczną restaurację z fantastyczną rybą i stosunkowo tanimi zestawami obiadowymi. Przed opuszczeniem miasta warto jeszcze rzucić okiem na cel naszej podróży ze szczytu wieży widokowej przy Domu Rybaka. Przy dobrej widoczności widać z niej cały półwysep, Zatokę Pucką, a nawet nieśmiało wychylający się kawałek Gdyni w postaci Sea Towers.

Chałupy welcome to
Zaraz po wyjeździe z miasta może nas zadziwić liczba pieszych na ścieżce. Są to mieszkańcy jednego z ośmiu pól namiotowych pomiędzy Chałupami a Władysławowem, którzy wybierają się do Biedronki uzupełnić swoje zapasy jedzenia… i picia. Co roku na ten pięciokilometrowy fragment półwyspu, wypchany po brzegi namiotami i przyczepami campingowymi, przybywają tysiące ludzi. Do przyjazdu w to piękne miejsce zachęcają ich najlepsze w Europie warunki do nauki sportów wodnych, takich jak windsurfing i kitesurfing. Woda jest tu ciepła, wiatr umiarkowany, słońca dużo, a co najważniejsze, jest płytko. Spadając z deski pół kilometra od brzegu, możemy ze zdumieniem odkryć, że woda sięga nam zaledwie do pasa. Ma to ogromne znaczenie szczególnie dla początkujących surferów, których często wywiewa daleko od bazy. Zawsze mogą wrócić na swój camping po prostu na piechotę, brodząc w zatoce.

Skoro już mamy w naszym kraju tak fantastyczne warunki do nauki „winda” i „kite’a”, to czemu by nie spróbować? Godzina na windsurfingu z instruktorem kosztuje od 60 do nawet 100 zł i aby poznać podstawy tego sportu potrzebujemy minimum kilka takich godzin. Dla bardziej zapalonych sportowców lepszą opcją wydaje się kurs tygodniowy, który kosztuje od 700 do ponad 1200 zł w zależności od terminu i wybranej szkółki. Wystarcza on, by swobodnie czuć się na desce w niezbyt trudnych warunkach i pokochać ten piękny sport. Dodatkową zachętą niech będzie fakt, że Polska jest w windsurfingu potęgą i pierwsze dwa miejsca w ostatnich Mistrzostwach Świata w tej dyscyplinie w olimpijskiej klasie RS:X przypadły Piotrowi Myszce i Przemkowi Miarczyńskiemu.
Jeśli chodzi o kitesurfing, to jest to wynalazek stosunkowo młody. Także tutaj deska jest napędzana siłą wiatru, ale nie za pośrednictwem żagla, lecz zawieszonego wysoko w powietrzu latawca. Umożliwia to wysokie skoki i widowiskowe akrobacje. Jest to już jednak znacznie droższa impreza i 12-godzinny kurs IKO 3, który wystarcza do zgłębienia tajników „kite’a”, kosztuje od 900 do nawet 1900 zł w zależności od wybranej szkółki.

Oczywiście życie campingowe na sportach wodnych się nie kończy. Gdy wiatr nie dopisuje, zawsze można iść na pełnomorską stronę półwyspu i powylegiwać się na szerokiej plaży, na której jest dość miejsca na rozłożenie nie tylko ręcznika, ale nawet boiska do siatkówki plażowej. Krajobrazy półwyspu cechują się niepowtarzalnymi walorami przyrodniczymi i zostały objęte programem ochrony Natura 2000. Właśnie to było główną przyczyną tego, że w tym roku nie zostanie otwarty Beach Bar na Solarze, na czym bardzo ucierpi imprezowa atrakcyjność całego półwyspu.

Tradycyjnie sportowo
Za Chałupami ścieżka biegnie najbardziej malowniczym fragmentem zaledwie kilka metrów od brzegu Zatoki, który ciągnie się tak przez dobre kilka kilometrów, by doprowadzić nas do kolejnej miejscowości na naszej drodze. Kuźnica to niewielka dzielnica Jastarni o zdecydowanie najmniejszym nastawieniu na turystykę na całym Helu. Sporo ludzi wciąż żyje tu z rybołówstwa, dlatego przejeżdżając obok wielu domów, zobaczymy suszące się sieci. Warto wspomnieć, że leży ona w najwęższym miejscu półwyspu, liczącym zaledwie 150 metrów szerokości. Nie znajdziemy wielu powodów, by zatrzymać się tam na dłużej. Do najlepszych należy możliwość skorzystania z usług wypożyczalni skuterów wodnych, co będzie świetnym zastrzykiem adrenaliny przed dalszą podróżą.
Dalsza droga wiedzie znów biegiem morza, następnie przez niewielki lasek i koło campingu Maszoperia, który pod wieloma względami przypomina te z Chałup, ale jest nastawiony zdecydowanie mniej imprezowo. W końcu dojeżdżamy do Jastarni, która będąc drugą największą miejscowością na Helu, pod wieloma względami bardzo przypomina Władysławowo. Jest tam jednak coś, czego nie ma u nasady półwyspu, a mianowicie liczne kawiarnie z bardzo malowniczymi ogródkami, w których niektórym zdarza się leniwie przesiadywać całymi godzinami.

Oczywiście tak jak i na całym półwyspie, także tutaj można udać się na molo i zakosztować sportów wodnych. Poza standardowym sprzętem do windsurfingu można także wypożyczyć katamaran, co może się okazać świetną zabawą dla choć trochę doświadczonych żeglarzy. Ciekawa wydaje się możliwość nurkowania na Rewie Mew, gdzie oglądać można wraki okrętów z czasów drugiej wojny światowej.

Kolejnym naszym przystankiem jest Jurata, miejscowość godna polecenia każdemu, kto cierpi na nadmiar gotówki. Wydać ją możemy w jednym z licznych butików, kawiarni i barków. Jeśli jednak nie mamy tak poważnych problemów, możemy zadowolić się wizytą na molo lub wspinaczką na wieżę widokową, z której rozpościera się piękny widok na morze. Później pozostaje nam już tylko pożegnać się z płaską jak stół ścieżką rowerową z kostki brukowej i wyruszyć w dalszą drogę przez ubity, leśny szlak.

Spotkanie z historią
Turyści opisujący swoje wrażenia z Helu zwykle są bardzo zgodni. Nic ciekawego, może poza zdjęciem foki, z której wyciągnęli kilkaset kilo monet – mówią. Zapominają jednak, że największe miasto na półwyspie to nie tylko fokarium. Nawet jeśli ktoś nie jest fanem militariów, to zdecydowanie warto zwiedzić system fortyfikacji z 1939 roku. I nie chodzi tu bynajmniej o kilka stanowisk artyleryjskich dostępnych w samym mieście, tylko ogromne kompleksy bunkrów rozsiane po lasach na północ od niego. Co prawda nie są one opisane, więc dotarcie do nich może sprawiać wiele kłopotu, ale już samo szukanie może się okazać świetną zabawą. A jeśli już je znajdziemy, to mogą nas zaskoczyć rozmiary konstrukcji i to, jak wielkie labirynty korytarzy skrywają podziemia. W końcu to nie przypadek, że Hel podczas Kampanii Wrześniowej bronił się najdłużej.

Odwiedzając miasto w połowie sierpnia, możemy być świadkami niecodziennych sytuacji. Oto w kawiarni przy stoliku obok siada grupka mężczyzn w mundurach Wehrmachtu wykrzykujących niemieckie przyśpiewki. Chwilę potem uliczką przejeżdża amerykański czołg typu Sherman, z którego wyskakują Rangersi i zasiadają w tej samej kawiarni, przyjaźnie witając się z „Niemcami”. Relaksują się oni po corocznym Hel D-Day, organizowanej przez Discovery Historia rekonstrukcji inwazji na Normandię z 1944 roku. Biorą w niej udział grupy rekonstrukcyjne i kolekcjonerzy militariów z całej Polski, dla których jest to świetna okazja na wspólne spotkanie i wyjście ze swoją pasją do ludzi.

Cała wycieczka rowerem z Władysławowa do Helu zajmuje około dwóch godzin, nie jest więc zbyt wymagająca ani męcząca. Warto jednak nieco ją przeciągnąć, aby lepiej poznać Hel i zasmakować półwyspowego życia. Doskonałym zwieńczeniem wycieczki z pewnością będzie morska podróż tramwajem wodnym do Gdyni. W miarę oddalania się od brzegu możemy zobaczyć trasę naszej wycieczki w całej okazałości.

No votes yet.
Please wait...