Sen o Warszawie

Warszawa jest nudna, intrygująca, brudna, fascynująca, głośna, szybka, egocentryczna, ma potencjał, nie ma klimatu, nikt nie chce tu mieszkać, ale i tak większość chce tu zostać. Największemu polskiemu miastu, toczącemu się tu życiu, mieszkającym tu studentom, ich postrzeganiu Warszawy i ewentualnych planach migracji postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej.

Od rozpoczęcia studiów przez nowe pokolenie esgiehowców mija właśnie pół roku.  Tylko co czwarty nowoprzyjęty ukończył liceum w Warszawie. Pójście na studia ograniczało się dla niego do znanego schematu zmiany podstawówki na gimnazjum czy gimnazjum na szkołę średnią – trochę nowych znajomych, trochę więcej nauki, nowe wymagania merytoryczne i nieco inna droga dojazdu. Dla pozostałych podjęcie nauki na Uczelni wiązało się z przeprowadzką, usamodzielnieniem się i rozpoczęciem nowego życia w innym mieście.  Przeważnie oczekiwali zastać tu koszmarny brud, nieznośny hałas, nieskończone możliwości kulturalne, wielki biznes i zawistnych, zapatrzonych w samych siebie ludzi.

Oto warszawka

W świadomości Polaków Warszawa funkcjonuje niezaprzeczalnie jako miasto stołeczne, ale zamieszkałe niestety przez grupę ludzi, z którymi inni niekoniecznie chcieliby się utożsamiać. Warszawski styl bycia, warszawska mentalność, warszawska wyniosłość. Na przeróżnych forach internetowych ostrzega się przed miejscowościami rokrocznie szturmowanymi przez tłumy stołecznych turystów, głośnych, bezczelnych i zarozumiałych. Portale turystyczne zachęcają wszystkich, którzy chcą spędzić spokojne wakacje, do omijania okolic Krakowa, Zakopanego czy Mikołajek w okolicach ferii, wakacji i długich weekendów. Na początku lipca obowiązkowym punktem programu dla warszawki jest Trójmiasto (warto się pokazać na największym w kraju festiwalu muzycznym) oraz Półwysep Helski (sporty wodne i imprezy albo też w odwrotnej kolejności).Trudno powiedzieć, czym konkretnie jest warszawka. Grupą społeczną? Mentalnością? Stylem bycia? Stylem życia? –Przed przyjściem na studia wyobrażałam sobie warszawiaków jako społeczność dość hermetyczną, raczej niesłusznie przekonaną o swojej wyższości – wspomina Ola z drugiego roku. Nie ona jedna jest takiego zdania – w przeprowadzonej przez nas ankiecie pojawiały się liczne głosy, że w stolicy trzeba umieć się korzystnie prezentować, dobrze się sprzedać, rozpychać łokciami i udowadniać, że nie jest się gorszym.Zdarza się jednak także spotkać interpretację warszawki jako szeroko pojętych środowisk twórczych – malarzy, grafików, fotografów, pisarzy, muzyków. Grupa intelektualistów zaangażowanych społecznie, tworzących współczesne elity oraz wprowadzających nowe trendy. Bywa też, że warszawka to młodzi ludzie z zasobnym portfelem, którego część bezboleśnie może zostać przeznaczona na intensywne życie towarzyskie i swobodnie interpretowany lans.Im szczególnie przypisywany jest manieryzm i egocentryzm. Zwalczaniu tego stereotypu niespecjalnie służą sytuacje, gdy Robert Gawliński schodząc ze sceny po koncercie w Opolu krzyczy: Cześć, cześć, Warszawa żegna wieś.

Nie mówię szeptem, gdy mówię skąd jestem

Warszawiacy z reguły nie mają tendencji wyrzekania się swojej małej ojczyzny. Są patriotami lokalnymi, a swoje docelowe miejsce zamieszkania widzą albo w stolicy, albo za granicą. Do szarości i betonu są przyzwyczajeni, nie znają innego niż tutejsze tempa życia, nie mają kompleksów na punkcie pochodzenia. Z unikatowości tutejszego życia raczej nie zdają sobie sprawy.–  Nigdy szczególnie nie interesowały mnie bieżące ekspozycje w muzeach czy odbywające się właśnie festiwale filmowe. – wyznaje Karol z czwartego roku. Skończył jedno z renomowanych liceów w Warszawie, mieszka tu od urodzenia. – Interesujących wydarzeń kulturalnych jest za dużo, żeby ogarnąć je umysłem, więc po prostu przestałem do tego aspirować. Podobne nastawienie mają inni warszawiacy.  Liczba ciekawych opcji spędzania czasu przyprawia czasami o zawrót głowy.Co ich denerwuje? Przyjezdni, którzy tu mieszkają, pracują, studiują, zarabiają, niekiedy płacą tu podatki, głosują w wyborach, a przy tym są ze wszystkiego wielce niezadowoleni. Agata z pierwszego roku zauważa: – Wiele przyjeżdżających osób narzeka, na co tylko się da. Na korki, pośpiech, na to, że jest tu: brudno/ śmierdząco/ za dużo spalin / samochodów / za mało drzew / za drogo (niepotrzebne skreślić). Nie to co u nich! I tu zaczynają się komplementy pod adresem własnego miasta. A ja się pytam, po co w takim razie ci ludzie siedzą w Warszawie, nikt tu ich nie trzyma siłą. Jak tak im źle, mogą przecież wrócić.

Złe dobrego początki?

– Smuciło mnie i irytowało zarazem, kiedy musiałam tłumaczyć swoim nowym przyjaciołom ze stolicy, że mój dom nie znajduje się w Warszawie.– wspomina Marzena z Sandomierza, z drugiego roku studiów licencjackich. Przyjazd do stolicy z mniejszych miejscowości, a także samo SGH, potęgują wrażenie, że w Warszawie nikt ci nie pomoże, a liczyć można tylko na siebie. Wojtek z niewielkiej miejscowości na Kaszubach, z drugiego roku studiów licencjackich był przytłoczony tym, że w stolicy wszystko ma większe rozmiary: – Na początku zostałem przytłoczony wielkością stolicy. Podobne wrażenie miałem, kiedy po raz pierwszy wszedłem do budynku G i zobaczyłem Aulę Spadochronową. Było dla mnie rzeczą nienaturalną, że w obrębie jednej miejscowości mogą być takie duże odległości między różnymi punktami. Kasia z drugiego roku natomiast opowiedziała nam o tym, jak bardzo obco czuła się po przyjeździe ze swojego Ostrowca Świętokrzyskiego do Warszawy. – Na pierwszym roku nikogo tu nie znałam, a brak stałych grup wykładowych na Uczelni nie ułatwiał integracji. Jednak mimo wszystko, na początku częściej niż teraz chodziłam na  imprezy i różne spotkania,  ponieważ ludzie się jeszcze dobrze nie znali i bawili ze wszystkimi.  Z  czasem jednak zaczęły wyodrębniać się grupki, które ciągle trzymały się razem i raczej nie chciały wpuszczać „nowych” osób do  swojego grona. Ile osób z innych miast, tyle pomysłów na adaptację w stolicy pełnej nowych wyzwań. Paweł z Augustowa, z drugiego roku studiów magisterskich już na samym początku wiedział, że chce zamieszkać w akademiku. – Jeszcze przed rozpoczęciem nauki w SGH nie wiedziałem, że jest tu tyle organizacji studenckich, w których mógłbym znaleźć dobrych znajomych. Dlatego akademik wydawał mi się idealnym miejscem, aby nie czuć się w Warszawie samotnym. Marzena natomiast na samym początku była aktywna w bardzo wielu organizacjach. – Sprawiało mi radość, że rozpoznaję tak wiele osób na korytarzu. Dopiero później przekonałam się, że nie da się być aisecowcem, samorządowcem, inwestorem, maglowiczem itd. W Sandomierzu dałabym radę, ale nie tu, tu doba przemija trzy razy szybciej.  Nie wszyscy jednak od razu wybrali taki sposób aklimatyzowania się w Warszawie. Kasia dopiero kiedy zorientowała się, że relacje z ludźmi, z którymi się chodzi jedynie na kolejne zajęcia, są zbyt płytkie i powierzchowne, zaczęła szukać organizacji dla siebie. –W miarę upływu czasu pomyślałam o dołączeniu do jednej z organizacji studenckich: kiedy już wyklarowało mi się, co chcę robić i gdzie się realizować, mogłam gdzieś przystąpić. Zrobiłam to również dlatego, że w takich organizacjach istnieje możliwość nawiązania trwałych więzi z jakąś grupą ludzi.

Wyobrażałam sobie warszawiaków jako społeczność dość hermetyczną, raczej niesłusznie przekonaną o swojej wyższości.

Szara, brudna, a jednak do niej przyjechałem/am

Ciężkie powietrze – to chyba najgorsze, co może cię spotkać w Warszawie, bo moje rodzinne miasto (Białystok) jest zielone, wszędzie są drzewa i powietrze w centrum jest o „niebo” czystsze niż w jakimkolwiek miejscu w stolicy, nawet na jej obrzeżach – opowiada Agnieszka z pierwszego roku studiów licencjackich. – Pamiętam, jak po informatyce w Budynku F z radością wyszłam na zewnątrz, żeby w końcu zaczerpnąć świeżego powietrza, ale że był to czas największego ruchu na al. Niepodległości, to byłam w ogromnym szoku, kiedy poczułam jedynie spaliny. Tomek ze Śląska na samym początku oczarowany dobrze funkcjonującą komunikacją miejską, bogatym programem kulturalnym, ale również dostrzegł pewne wady stolicy. – Ciągły hałas, tłumy ludzi, w metrze i na ulicach, brak czasu na cokolwiek i szybkie tempo. Co po lepszej ofercie kulturalnej skoro nie ma kiedy z niej korzystać? Zawiodłem się także na sklepach. Oczywiście jest ich więcej, ale ceny w osiedlowych sklepikach są horrendalnie wysokie, a na dojazd do najbliższego marketu, a później stanie w kolejce, trzeba poświęcić jednak nieco czasu. W rozmowach z przyjezdnymi studentami padają nie tylko opinie o samym mieście, ale także o jego mieszkańcach. Kasia komentuje powszechną opinię o wyścigu szczurów: – Myślę, że pogląd o wyścigu szczurów to nie tylko stereotyp. W Warszawie ludzie dążą do sukcesu i robią to, co przynosi im wymierne korzyści. Jest to widoczne wszędzie: w warszawskich korporacjach, organizacjach, uczelniach. Jeśli chodzi o samych warszawiaków to nie zauważyłam wprawdzie, żeby byli jakoś specjalnie wyniośli czy uprzedzeni do osób z mniejszych miast, ale widać pewne różnice w ich sposobie bycia. Wydaje mi się, że są pewniejsi siebie. Często, choć mają zagwarantowaną już jakąś pozycję, chcą wybić się jeszcze bardziej, są przygotowani do tego, żeby piąć się coraz  wyżej i umieją walczyć o swoje. Agnieszka natomiast stwierdza: –W życiu nie spotkałam tylu egoistów, zapatrzonych w siebie osób, nieustannie zadzierających nosa. Z drugiej strony nie poznałam też tylu ciekawych, „innych” osób, które mają dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Megamieszanka. Wszyscy jednak jednoznacznie przyznają, że podoba im się wielkomiejska anonimowość. – Lubię to, że jestem tu prawie anonimowy. Nie muszę zwracać uwagi na to, czy przechodząc obok kogoś na ulicy nie powinienem powiedzieć „dzień dobry” – mówi Kuba z Mazur, z pierwszego roku studiów licencjackich. W końcu i Agnieszka przyznaje, że Warszawa ma też swoje ogromne zalety. – Po pierwsze Warszawa kojarzy mi się ze swojego rodzaju „wolnością”. Nie mieszkam z rodzicami, więc mam wolną rękę i praktycznie mogę robić to, co dusza zapragnie. Bez spowiadania się co, gdzie, kiedy i o której wrócę. Jest to bardzo przyjemne. Michał z Kielc, absolwent studiów licencjackich docenia natomiast historyczną stronę Warszawy. – Jeżeli człowiek zainteresuje się bliżej tym, jak historyczni mieszkańcy stolicy bronili swojego miasta, jak dzieci biegały z pistoletami, ile ludzi tu zginęło i jaki był wymiar tej tragedii, to w obliczu tych faktów nabiera szacunku do Warszawy, rozumie panujący tu chaos, poznaje duszę tego miasta. Na wielu uliczkach na Mokotowie są tabliczki upamiętniające zabitych. To się czuje na każdym kroku.

Teraz to już też jestem z Warszawy

Paulina z czwartego roku w rodzinnym Płońsku musiała się uczyć niemieckiego, ponieważ w żadnej ze szkół, do których chodziła, nie prowadzono zajęć z hiszpańskiego. Agata z drugiego roku, gdyby chciała uczęszczać na lekcje tańca w Zamościu, musiałaby wybierać między tańcem towarzyskim a ludowym. Chociaż dziewczyny zgodnie stwierdzają, że sytuacja w ich miastach zmienia się na plus, zdają sobie sprawę, że do możliwości stolicy zawsze będzie daleko. Czy dostrzegalne są jakiekolwiek różnice między studentami z Warszawy i spoza? Na to pytanie jedynie czterdziestu spośród zapytanych przez nas stu esgiehowców odpowiedziało przecząco. Pozostali albo te różnice widzieli jedynie na początku studiów, albo widzą je nadal. Agata uważa, że Warszawą trzeba nasiąknąć, dopiero wtedy człowiek przestaje się tu wyróżniać. Paulinie w oczy rzucił się przede wszystkim pośpiech. – W Płońsku nie zobaczysz ludzi biegnących po ulicy, w Warszawie ciągle. Biegną złapać autobus, do tramwaju, przez ulicę. Ale po bliższym przyjrzeniu się zauważysz, że biorą także udział w wyścigu po stanowiska i pogoni za pieniędzmi. Istotnie, warszawiacy postrzegani są jako bardziej „korporacyjni”. Co to właściwie oznacza? Od początku skoncentrowani są na karierze, nie zawracają sobie głowy robieniem czegoś za darmo. Rzadziej też udzielają się w organizacjach studenckich. Mają już znajomych, nie potrzebują poznawać nowych. Z drugiej strony to właśnie oni są grupą nienarażoną na zachłyśnięcie się wielkomiejskością. Nie starają się za wszelką cenę nadrobić wyimaginowanych zaległości, nie przechodzą nagłych konwersji pochodzenia. Paweł o Augustowie nie mówi i nie myśli już „moje miasto”. Widoczny tam rozwój komentuje: – Cieszę się, że widoczny jest postęp, a władze lokalne solidnie wykonują swoją pracę. Dobrze, że ludziom w Augustowie wybudowali nowe centrum handlowe. Nie mówi, że wybudowali nam. Wybudowali ludziom w Augustowie.

Po co w takim razie ci ludzie siedzą w Warszawie, nikt tu ich nie trzyma siłą.

Powrócisz tu?

Dopiero liczby wyraźnie mówią o skali zjawiska drenażu mózgów ludzi z mniejszych miejscowości. Zapytani przez nas studenci w 95 proc. nie chcą wracać w rodzinne strony. Oczywiście nie wszyscy chcą zostać w stolicy, część swoją przyszłość widzi w innym dużym mieście albo za granicą. Jako przyczyny najczęściej podają brak perspektyw, brak miejsc pracy oraz strukturę zatrudnienia, w której dyplom SGH na niewiele się przyda. Tworzy się błędne koło, bo regiony nie rozwiną się bez kapitału intelektualnego. – Zastanawia mnie, czy ludzie, którzy coś osiągnęli w wielkim mieście, robią coś dla swoich miejscowości. Czy wspierają kluby sportowe, przenoszą część swojej działalności gospodarczej – mówi Michał, absolwent studium licencjackiego. – Nie jest to przecież takie trudne. Jeżeli ktoś otwiera sklep internetowy, to lokalizacja magazynu czy punktu wysyłkowego w rodzinnym mieście jest przeważnie kwestią wyboru. Sam chciałby w przyszłości otworzyć własną firmę, a następnie przynajmniej jedną filię w Kielcach, by w ten sposób wspierać lokalny rynek. Nawet jeżeli ta część działalności nie przynosiłaby zysków. O powrocie na stałe raczej nie wspomina.Studenci SGH jako potencjalne bodźce do powrotu wskazują najczęściej zgodne z wykształceniem stanowisko pracy. Nie widzą sensu przez pięć lat starać się o tytuł magistra, jeżeli potem mieliby pełnić co najwyżej obowiązki kierownika sieciowego sklepu dyskontowego. Druga w kolejności jest trudna sytuacja rodzinna, a także korzystne warunki założenia własnej firmy. Dla Kasi sprawa jest prosta. – W Ostrowcu nie ma perspektyw na dobrą pracę, a przede wszystkim nie mogłabym się tam rozwijać w mojej specjalizacji. Pomijam już fakt, że oprócz kina, paru galerii i muzeum nie ma tam żadnych kulturalnych rozrywek. Będę mogła wrócić, kiedy będę zmęczona wielkomiejskim życiem i będę potrzebowała trochę spokoju.– Jasne, że chciałbym wrócić, ale się nie da – Andrzej z trzeciego roku, w Jastrzębiu Zdroju widzi dla siebie perspektywy jedynie na stanowisku dyrektora spółki węglowej. – Alternatywnie chciałbym mieć domek w Bieszczadach albo Beskidzie Żywieckim. Jednak mieszkać będę tam, gdzie jest praca.Paulina odnosi wrażenie, że na powroty ludzie decydują się dopiero w pewnym wieku. – Nikt nie myśli o tym na studiach, każdy czuje zapach wielkich pieniędzy. Po pewnym czasie przychodzi jednak taki moment, kiedy człowiek chce odpocząć. Koło mnie wybudowano ostatnio kilka domków jednorodzinnych. Większość z ludzi, którzy tam mieszkają, wraca do Płońska po latach. Inni przyjeżdżający nigdy nie mieli z nim nic wspólnego. Dla nich Płońsk wydaje się być dobrą i spokojną „sypialnią”.

Zasada wcześniejszego zaangażowania

Kilka lat temu przeprowadzono badanie na temat pochodzenia studentów warszawskich uczelni. Okazało się, że w porównaniu z innymi uczelniami w SGH większość stanowią osoby przyjezdne, których przynajmniej jedno z rodziców ma wyższe wykształcenie. Na innych uczelniach przeważają warszawiacy. – Na zajęciach, podczas których analizujemy czym różni się symbol od niesymbolu, rysuję syrenkę warszawską i disnejowską, a później z ciekawości rzucam pytanie: „Kto jest z Warszawy?” Rękę podnosi ok. ¼ studentów.– opowiada w rozmowie z MAGLEM pani dr Katarzyna Górak-Sosnowska, która z socjologicznego punktu widzenia wyjaśnia pewne zjawiska. – Zauważam taką prawidłowość, że studenci relatywnie rzadko chcą mówić w kontekście konkretnej miejscowości, z której pochodzą. Jeżeli już, to używają takiego typu sformułowań: „gdzieś tam w mojej miejscowości”. A gdy ktoś zapyta skąd dokładnie, odpowiadają: „a nieważne” . Pani doktor twierdzi, że takie zachowanie może wynikać z różnych przyczyn. – Niektórzy nie chcą przyznać się do tego, że ich miejscowość jest tak mała, że nikt nie kojarzy jej nazwy. Często z tego powodu rodzą się niepotrzebne kompleksy. Jednak to, co najbardziej daje się zauważyć, to że Warszawa stanowi dla nich pewnego rodzaju „skocznię” do kariery, ustabilizowania się czy też po prostu podniesienia swojego statutu społecznego. Przyznanie się do pochodzenia z mniejszej miejscowości w żadnym razie nie przystoi do ich idealnego „ja”. Kto to widział, żeby prezes był ze wsi z Podlasia?  Częstym zjawiskiem społecznym w ostatnich latach jest wzrost liczby osób, którzy stają się tzw. „starymi” warszawiakami po krótkim okresie pobytu w stolicy. – Po przyjeździe do Warszawy studenci nabierają różnego rodzaju wartości właściwych dla warszawiaka. Bowiem aby osiągnąć sukces, nie pasuje pochodzenie od pucybuta do milionera. „Stary warszawiak” już po prostu musi znać warszawskie symbole, konotacje: „Jak to nie wiesz, co to jest Zachęta?”. Jednak Warszawa to nie Nowy Jork. Nie ma takiej rozbieżności między nią a innymi miejscami w Polsce, dlatego jest relatywnie przyjazna dla przyjezdnych. – dodaje dr Górak-SosnowskaNiestety wśród studentów wciąż pokutuje stereotypowe myślenie o Warszawie. Spowodowane to może być faktem, że ludzie przyjeżdżają do Warszawy w konkretnym celu i cel ten jest na tyle ważny, że potrafią znieść rzeczy, które w stolicy im się nie podobają. Zapytaliśmy także panią doktor o to, dlaczego studenci nie chcą wracać do swoich małych ojczyzn. – W Warszawie studenci zaczynają swoje pierwsze doświadczenia zawodowe, zawierają przyjaźnie, znajdują miłości. Obowiązuje tu tzw. zasada wcześniejszego zaangażowania: „Jeżeli tyle lat wyrzeczeń, pracy, włożyłem/łam w to, żeby przejść przez te wszystkie lata studiów w SGH, zdobyć pracę, zdobyć doświadczenie, udzielać się w organizacjach, poznawać tą Warszawę, przysposabiać się do tego, że ja już jestem tym warszawiakiem, to nie będę skłonny/a z tego tak po prostu zrezygnować i wrócić do swojej miejscowości. Zachęcić do powrotu mogłoby może lokalne stanowisko kierownicze bądź rodzinna firma.

Sen o Warszawie

Doświadczenie pokazuje, że niezależnie od nastawienia do stolicy, absolwenci SGH w większości i tak w niej pozostają. Znośne stają się i korki, i spaliny, i hałas, i wysokie ceny, i niedosyt zieleni. Kasia, mimo że krytykuje wszechobecny wyścig szczurów zapewne sama będzie musiała stawić jemu czoła. Marzena jest pewna, że Warszawa wzmocni jej odporność psychiczną. Paulina pozostanie płońszczanką, ale do Płońska z powrotem się nie wybiera. Agata równie dobrze mogłaby mieszkać w Krakowie czy we Wrocławiu. Michał nie wie. Póki co większość z nich o stolicy mówi, że to „moje miasto”. A w nim? Najpiękniejszy mój świat.

Komentarze