AntyOFEnsywa rządu
Zmniejszając pierwszego maja składkę na Otwarte Fundusze Emerytalne do symbolicznego 2,3 proc., rząd ostatecznie zburzył nadzieje na budowę kapitałowego systemu emerytalnego w naszym kraju. Czy narastający dług publiczny może usprawiedliwić tak radykalne posunięcie?
W obliczu trudnej sytuacji budżetowej rząd sięgnął po fundusze w II filarze, tłumacząc to tym, że OFE generują dług publiczny. Reforma z 1999, która dzieliła obowiązkową składkę na 12,22 proc. dochodów do ZUS-u i 7,3 proc. do OFE, okazała się wyjątkowo kosztowna dla ówczesnego systemu. ZUS pozostawszy z mniejszymi środkami musiał wypłacać emerytury dla tej samej liczby emerytów. Twórcy reformy założyli, że źródłem finansowania składek będą fundusze z prywatyzacji. Rzeczywiście, środki te mogłyby pokryć koszty systemu repartycyjnego, jednak zostały przeznaczone na bieżące wydatki państwa, a jednocześnie rząd zaciągnął dług na wypłacanie składek z ZUS-u.
Obligacje vs ZUS
W związku z nieprzestrzeganiem założeń reformy, rząd postanowił zmniejszyć składkę do II filaru i tym samym ukrócić proceder finansowania ZUS-u z długu publicznego. Ma to być dla budżetu tańszym rozwiązaniem, jednak kiedy prześledzi się stopy zwrotu z obligacji i z I filaru, okazuje się, że wypłacanie emerytur kosztuje państwo tyle samo co zobowiązania z obligacji, w które inwestuje się aż 60 proc. środków ulokowanych w OFE. Od 1999 do 2011 roku państwo płaciło średnio 6,96 proc. w ramach obligacji, natomiast średnioroczna waloryzacja w ZUS wynosiła 6,92 proc. Jeśli rząd chce zaoszczędzić na reformie, będzie musiał zrezygnować z takiego tempa waloryzacji składek. To z kolei spowoduje straty dla emerytów, którzy otrzymają mniejsze świadczenia. Drugim argumentem, który minister Rostowski podkreślał, była znikoma różnica między obligacjami w OFE a kontem w ZUS. Skoro podatnicy muszą płacić sporą prowizję dla funduszy emerytalnych, aby te potem kupowały obligacje, nie lepiej od razu przelać środki do ZUS-u? Między tymi dwoma papierami jest jednak ogromna różnica jakościowa. Rząd nie może „tak po prostu” nie wywiązać się ze zobowiązań, ponieważ straciłyby wtedy też podmioty za granicą. Oznaczałoby to ogromny spadek zaufania do rządu polskiego, który musiałby znacznie podwyższyć oprocentowanie obligacji. Na razie papiery te mają rating A+, co oznacza, że cieszą się dużym zaufaniem wierzycieli. Natomiast konto w ZUS to obietnica państwa, że za kilkadziesiąt lat inny rząd wypłaci nam emeryturę. Trudno nazwać taką sytuację dobrym zabezpieczeniem na przyszłość.
ZUS nie tak tani
Jednak to raczej OFE uznaje się za ryzykowne, dlatego że są zależne od sytuacji na rynkach finansowych. Przeniesienie składki do I filaru motywuje się mało imponującymi wynikami OFE, które w roku 2008 odniosły nawet straty. A jednak w okresie 1999-2010 uzyskały one średnio wyższe stopy zwrotu (9,59 proc.) niż ZUS (7,15 proc.). Tak mała różnica wynika z kryzysu finansowego, jak i sporej waloryzacji w ramach ZUS-u w 2007 i 2008 roku (w ciągu dwóch lat 31 proc.). Może II filar osiągnąłby jeszcze lepsze wyniki, gdyby nie ograniczenia nałożone ze strony państwa, takie jak zakaz inwestowania za granicą. Poza tym wątpliwości budzi też prowizja, jaką biorą fundusze za obsługę składek (7 proc. do 2010 roku, potem 3,5 proc.).
Jednym z głównych argumentów za wprowadzeniem systemu trójfilarowego było starzejące się społeczeństwo. System ten miał uniezależnić emerytury od demografii, która ma znikome znaczenie, kiedy inwestujemy składki na rynku. Poza tym, w systemie repartycyjnym, gdzie jest coraz więcej emerytów i obowiązkowe składki, które stanowią lwią część płacy, dodatkowo ubywa siły roboczej. Ludzie wyjeżdżają za granicę, gdzie mogą pracować i płacić korzystniejsze składki emerytalne.
Chile – know-how
Gdyby Polski nie dotknął niż demograficzny, teoretycznie ZUS nie miałby takich problemów. Jednak narody dzisiejszej Europy kurczą się, zostawiając coraz większą liczbę emerytów na utrzymaniu pracowników. W jednym kraju na świecie niż demograficzny nie sprawia takich kłopotów. W Chile w 1980 roku przeprowadzono reformę, która umożliwiała pracownikom całkowitą rezygnację z państwowego systemu emerytalnego i przekazanie dotychczasowego podatku od wynagrodzeń (10 proc.) na osobiste konto emerytalne w prywatnej firmie. Tak radykalny przeskok z systemu repartycyjnego do kapitałowego był bardzo kosztowny i wymagał starannych przygotowań. Finansowaniu reformy miała służyć nadwyżka budżetowa wypracowana w latach 70., a także środki z prywatyzacji.
Chilijska reforma uzyskała dobre wyniki – średnio stopa zwrotu wynosiła 10 pkt. proc. powyżej inflacji, a emerytury są o 50-100 proc. wyższe niż przed zmianami.
Po dwudziestu latach od reformy w kapitałowym systemie emerytalnym uczestniczy 95 proc. pracowników. Mogą oni przejść na emeryturę właściwie w dowolnym momencie, jeśli pozwala im na to wielkość zgromadzonych środków. Alternatywę stanowi świadczenie od państwa po uzyskaniu wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn). Chilijczyk może też skorzystać z państwowej emerytury, jeśli okaże się, że środki przez niego zebrane w prywatnym funduszu nie starczają na utrzymanie.
Chilijski system uzyskał dobre wyniki – średnio stopa zwrotu wynosiła 10 pkt. proc. powyżej inflacji, a emerytury są o 50-100 proc. wyższe niż przed zmianami. Niestety, odważny pomysł z Chile jest w tej chwili nie do pomyślenia w pogrążonej w długach Europie.
W Polsce ustawa o OFE przeszła bez większego sprzeciwu ze strony społeczeństwa, ponieważ dla przeciętnego Polaka jest trudna do zrozumienia. Nawet poseł PO, Jarosław Gowin, w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim przyznał, że zupełnie nie rozumie problemu OFE. Poza tym rząd nie był otwarty na rzeczową debatę, a drugą stronę sporu obarczano zarzutami, że jest „finansowana przez fundusze”. Szkoda, że z powodów politycznych po raz kolejny zrezygnowano ze skutecznego rozwiązania, które przyniosłoby utworzenie kapitałowego systemu emerytalnego.

Komentarze