Polska za sterem Europy

Po siedmiu latach członkostwa w Unii Europejskiej nadszedł czas, kiedy to Polska podczas swojej prezydencji będzie wyznaczać kierunek prac Rady (Unii Europejskiej). Jednak ster, za którym zasiądzie nasza załoga złożona z ministrów i urzędników, ostatnimi czasy zdaje się być tylko atrapą…

W mediach od kilku miesięcy, spośród wielu spraw codzienności i tematów zastępczych, co jakiś czas na wierzch przebijają się informacje na temat zbliżającej się wielkimi krokami polskiej Prezydencji w Radzie. Jednakże dzieje się to zazwyczaj jedynie w kontekście planowanego terminu wyborów parlamentarnych i jej ewentualnego wpływu na wynik, pozostawiając na boku merytoryczny aspekt wydarzenia. Dlatego okazuje się, że wiele osób nie wie, czym jest Prezydencja oraz jakie realne możliwości niesie dla naszego kraju.

Jak to było kiedyś
Wszystko zaczęło się 25 marca 1957 roku w Palazzo dei Conservatori na Kapitolu w Rzymie, gdzie szefowie Państw Założycielskich, tworząc Wspólnoty Europejskie, ustanowili obowiązek i zaszczyt sprawowania sześciomiesięcznych Prezydencji przez państwa członkowskie. Kolejność jest z góry ustalona decyzją Rady, na podstawie artykułu 16 Traktatu o Unii Europejskiej. Do czasu wejścia w życie Traktatu z Lizbony zadanie to było ściśle związane z przewodniczeniem w Radzie Europejskiej oraz w Radzie we wszystkich jej konfiguracjach. Praktycznie oznaczało to, że w okresie półrocznym jeden z krajów członkowskich ustalał agendy spotkań i kierował pracami poszczególnych grup roboczych. Jednak najważniejszym obowiązkiem państwa sprawującego Prezydencję było uzgadnianie decyzji Rady. Wielokrotnie w mediach mogliśmy usłyszeć o wielkich staraniach państw członkowskich o to, aby to właśnie podczas ich przewodnictwa udało się wypracować kompromisy, które pokazałyby światu wielkie talenty organizacyjne i negocjatorskie ich przedstawicieli. W przypadku legislacji polegającej na współdecydowaniu, Prezydencja reprezentowała Radę wobec Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej. Ponadto państwo przewodniczące miało liczne obowiązki wynikające z konieczności reprezentowania Unii na zewnątrz oraz przedstawiania jej stanowiska na forum organizacji międzynarodowych. Tak nakreślony zakres działań był dodatkowo uzupełniany o zadania z dziedziny promocji kultury narodowej w obrębie państw członkowskich oraz promowania Unii na świecie.

Atrapa władzy
Wprowadzenie w życie postanowień z Traktatu Lizbońskiego drastycznie obniżyło prestiż i możliwości Prezydencji, sprowadzając ją jedynie do okrojonego przewodniczenia Radzie. Stało się tak z powodu utworzenia dwóch nowych stanowisk w strukturach Unii, które przejmując liczne kompetencje, całkowicie zmieniły poprzedni model organizacyjny. Pierwszym z nich jest urząd Przewodniczącego Rady Europejskiej, do którego zadań należą m.in. określanie agendy posiedzeń Rady Europejskiej czy przygotowanie oraz kontrola prac forum decyzyjnego nadającego Unii kierunek rozwoju. Przekazanie powyższych obowiązków w ręce jednej osoby doprowadziło do sytuacji, w której wpływ Prezydencji na priorytety pracy Rady Europejskiej ogranicza się jedynie do możliwości skonsultowania ich z Przewodniczącym. Z kolei ustanowienie stanowiska Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa odebrało krajowi sprawującemu Prezydencję prawo do przewodniczenia w pracach Rady w dziedzinie spraw zagranicznych oraz reprezentowania Unii na arenie międzynarodowej. Dodatkowo, zgodnie z postanowieniami Traktatu Lizbońskiego, Prezydencję sprawują uprzednio ustalone grupy trzech państw członkowskich przez okres 18 miesięcy. Każdy członek grupy kolejno przewodniczy przez pół roku, a pozostali wspierają ów kraj we wszystkich jego obowiązkach na podstawie wspólnego programu. Umożliwia to realizowanie długoterminowych strategii, osłabiając jednocześnie indywidualny wpływ poszczególnych państw na rozwój Unii.

Trzech kapitanów na pokładzie
Pomimo tego, że polska Prezydencja rozpocznie się dopiero 1 lipca 2011 roku, nasz kraj już trzy lata temu wraz Danią oraz Cyprem rozpoczął współpracę w ramach swojego Tria. Po licznych spotkaniach i rundach negocjacji, zgodnie z kalendarzem prac przygotowawczych, na początku marca strona polska oraz pozostali partnerzy przekazali Sekretariatowi Generalnemu Rady projekt wspólnego Programu Prezydencji. Jego ostateczna wersja zostanie opublikowana w czerwcu 2011 roku, jednak sądząc po dokumentach wysłanych do Brukseli, nie powinniśmy spodziewać się żadnych drastycznych zmian polityki.

Trzy główne priorytety otwierające dokument, czyli Integracja europejska jako źródło wzrostu, Bezpieczna Europa oraz Europa korzystająca na otwartości, u części osób mogą wzbudzić wątpliwości, czy Rząd ma zamiar zrobić cokolwiek konkretnego w ciągu nadchodzącego przewodnictwa. Dalsza część projektu Programu niestety nie ratuje sytuacji, mnożąc kolejne ogólne zadania, zarówno w dziedzinach polityki gospodarczej, społecznej, jak i współpracy międzynarodowej. Dodatkowo sam minister Mikołaj Dowgielewicz, Pełnomocnik Rządu ds. Przewodnictwa w Radzie UE na stronie internetowej polskiej Prezydencji bardzo ogólnie wypowiada się na temat naszych planów pisząc: Do głównych zadań będzie zatem należało wyznaczenie priorytetów odpowiadających strategicznym celom polskiej polityki, kształtowanie europejskiego procesu decyzyjnego, gospodarowanie zasobami ludzkimi, a także promowanie naszego kraju, jego kultury, gospodarki i walorów turystycznych.

Niebezpieczna neutralność
Chociaż może wydawać się, że Rząd nie postawił sobie wysoko poprzeczki, to i tak pewne zadania nas nie ominą. Poza wciąż napiętą sytuacją polityczną w Afryce Północnej oraz nierozwiązanym problemem bezpieczeństwa energetycznego, z całą pewnością najważniejszym zadaniem Polski będzie pokierowanie powoli wracającą na ścieżkę wzrostu Europą, walka z kryzysem w strefie Euro, a także negocjacje wieloletnich ram finansowych na lata 2014-2020. Podczas prac nad tym ostatnim elementem możemy jednak wiele stracić, ponieważ Polska, jako kraj przewodniczący Prezydencji, musi zachować tutaj neutralność, co utrudni nam walkę o jak największą część unijnego budżetu.

Zbliżająca się Prezydencja to bardzo ważny czas dla Polski. Jest ona nie tylko ukoronowaniem naszej siedmioletniej obecności w Unii, ale także sprawdzianem naszej politycznej dojrzałości i umiejętności przewodzenia. To właśnie teraz, gdy światła całej Europy zwrócone są na nas, mamy szansę udowodnić, że jesteśmy dobrym liderem, który znając swoją wartość, potrafi wypracować rozwiązania w kluczowych dla Unii kwestiach. Pomimo Traktatu z Lizbony, który znacząco obniżył kompetencje Prezydencji, istnieją jeszcze realne szanse prowadzenia skutecznej polityki. Jednakże aby je wykorzystać musimy odznaczyć się wysokimi umiejętnościami negocjacji. Będzie to bardzo trudne, ponieważ wiele wskazuje na to, że sami nie wiemy, co chcemy osiągnąć, a ciągłe spory na polskiej scenie politycznej nie ukazują nas jako wiarygodnego partnera do rozmów.

Komentarze