Przepis na klęskę emerytalną
Ostatnia zmiana wysokości składki przekazywanej do II filaru systemu emerytalnego wywołała żywą dyskusję. Niestety, mało kto zwrócił uwagę na fakt, iż samo istnienie Otwartych Funduszy Emerytalnych jest ekonomicznym nonsensem.
W czasie wprowadzania reformy systemu emerytalnego w 1999 roku wmówiono ludziom, że II filar doprowadzi do znacznego wzrostu wysokości wypłacanych emerytur i poprawi sytuację finansów publicznych, obniżając ukryty dług. Nasza emerytura po wprowadzeniu tej jakże zbawiennej reformy miała być zależna od tego, jak dużo wpłacimy w okresie aktywności zawodowej. Zamiana systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki miała nas ochronić (przynajmniej w teorii) przed skutkami niekorzystnych zmian demograficznych, czyli znaczną obniżką wysokości świadczeń emerytalnych wypłacanych przez państwo.
Miraż pod palmami
Nie da się nie zauważyć, jak mylne były te optymistyczne prognozy, które przewidywały stworzenie emerytalnego raju na ziemi za pośrednictwem cudownego II filaru, inwestującego nasze oszczędności na rynku kapitałowym. Z raportu NIK opublikowanego w 2003 roku wynika, iż stopa zastąpienia (będąca procentową relacją całkowitej emerytury netto do ostatniej płacy netto) wyniesie ok. 44 proc. dla mężczyzn i ok. 34 proc. dla kobiet przy obecnym poziomie 60 proc., niezależnie od płci. Wpływ na to ma między innymi wysoka prowizja pobierana w chwili, gdy OFE otrzymują pieniądze, wynosząca 3,5 proc. otrzymanej składki (do 2009 roku było to aż 7 proc.) oraz roczna opłata za zarządzanie naszymi pieniędzmi, która wynosi około 1 proc. zarządzanej sumy. Wbrew dość powszechnej opinii o ZUS-ie, nazywanym często nieefektywnym molochem, jego roczne koszty administracyjne wynoszą tylko 2,7 proc. składek, które do niego wpływają. Do niskiej wysokości świadczeń przyczyni się także nieskuteczność OFE w kwestii inwestowania powierzonych im środków. Jak pokazują dane, instytucje te nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Przykładowo, w 2006 roku WIG wzrósł o 42 proc. W tym samym czasie OFE odnotowały wzrost wartości jednostki rozliczeniowej średnio w wysokości 17 proc. Dla porównania, w tym samym okresie Fundusz Rezerwy Demograficznej, zarządzany przez ZUS, zarobił 40 proc., co jest dość dobitnym dowodem na niewłaściwe obracanie przez OFE powierzonymi im pieniędzmi, i to pomimo pobierania horrendalnie wysokich prowizji za wykonywane usługi.
W 2006 roku WiG wzrósł o 42 proc., podczas gdy OFE w tym czasie odnotowały wzrost średnio o 17 proc.
Nie zwracając uwagi na te, co najmniej mierne, krótkookresowe wyniki, zwolennicy II filaru wskazują na ogromne możliwości zarobków z inwestycji w akcje w długim okresie. Doskonałym przykładem obalającym to, jakże optymistyczne twierdzenie jest Nikkei czyli indeks akcji spółek notowanych na giełdzie tokijskiej. W 1990 roku osiągnął on poziom bliski 40 tys. punktów, zaś obecnie (po przeszło 30 latach!) znajduje się na poziomie ledwo przekraczającym 9 tys. punktów. Wynik ten zmusza do zastanowienia się, tym bardziej iż tak samo może spaść zamiast wzrosnąć, wartość naszych aktywów będących w rękach OFE. Straty podczas ostatniego kryzysu wyniosły około 40 proc. wartości akcji. Przejście na emeryturę w takiej sytuacji może oznaczać, że z naszych oszczędności wpłacanych do funduszy emerytalnych niewiele zostało, gdyż wartość posiadanych przez nas aktywów gwałtownie się skurczyła. Następstwem będzie fakt, że zamiast emerytury pod palmami czeka nas starość na granicy minimum egzystencji. Jest to tym bardziej realny scenariusz, iż pęknięcie w ciągu ostatnich 10 lat dwóch ogromnych baniek finansowych w bastionie kapitalizmu, jakim bez wątpienia jest USA, wskazuje na kryzys postępującego procesu finansjeryzacji gospodarki.
Ratunek dla finansów publicznych?
Inną korzyść z wprowadzenia II filaru miało stanowić zmniejszenie deficytu budżetowego możliwe dzięki temu, że ciężar wypłacania emerytur miał przejść z państwa, które dokonywało tego za pośrednictwem ZUS, na OFE, w przypadku których wysokość emerytury ściśle zależy od naszych zarobków, a nie od hojności polityków. W praktyce OFE i tak uzależniają nasze emerytury od państwa, lokując 60 proc. środków w obligacje. Co więcej, konieczność pokrycia przez państwo tej części składki, która jest przekazywana przez ZUS do OFE, wymusza emisję kolejnych obligacji, które w dużej mierze są potem nabywane przez te Fundusze. Efektem tego jest bezsensowne krążenie środków, co tylko zwiększa szanse na znalezienie się w sytuacji podobnej do tej, którą mogliśmy zaobserwować w Grecji. A wtedy bez wątpienia nie ma co liczyć na wykup obligacji nabytych wcześniej przez OFE.
Zapowiadany spadek deficytu niestety nie nastąpił – wręcz przeciwnie – obecny system emerytalny powoduje nieustanny wzrost zadłużenia o około 2 proc. PKB rocznie. Oznacza to, że gdyby nie wprowadzono tego systemu, dług publiczny zbliżałby się nie do 55 proc. PKB tylko do 40 proc., czyli nie groziłoby nam przekroczenie ustawowych progów oszczędnościowych, które wymuszają cięcia budżetowe praktycznie na oślep. Mniejszy dług oznaczałby też mniejszy deficyt bieżący, gdyż umożliwiłoby to państwu zaciąganie niżej oprocentowanych pożyczek, co z kolei znacząco zmniejszyłoby koszty obsługi długu, wynoszące obecnie około 12 proc. budżetu.
Oznacza to, że OFE nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Jedyne, do czego doprowadziły, to drastyczne pogorszenie się nie tylko sytuacji materialnej emerytów, ale także perspektyw ludzi młodych. Wyłania się z tego konkluzja, iż chcąc ratować naszą przyszłość powinniśmy jak najszybciej zlikwidować bardzo kosztowną pomyłkę, jaką są Otwarte Fundusze Emerytalne.

Komentarze