Świat według Billa Cosby’ego

Niewiele elementów studenckiego życia pasuje do siebie tak idealnie jak sesja i sitcomy. Jest to nieodłączna część przedegzaminowej prokrastynacji. Każdy z nas to zna i sam najlepiej wie, co oglądać w psychicznym przygotowaniu do nauki, jak i w kluczowych dla całego procesu przerwach.

Dla tych jednak, którzy chcą spróbować czegoś innego niż nowości ze świata humoru, mamy kilka nieco bardziej retro i nieco mniej znanych sitcomów. Trzeba jednak pamiętać, że stare seriale różniły się znacznie od współczesnych. Przygotowaliśmy więc dla was opis 4 charakterystycznych cech starych sitcomów z adekwatnymi przykładami. Do każdego z nich załączamy komentarz koleżanki, która ogląda je po raz pierwszy, abyście wiedzieli, czego się spodziewać.

Bajer w Bel-Air
(The Fresh Prince of Bel-Air)

W starych serialach możemy spotkać gwiazdy, które dzisiaj dobrze znamy i kochamy z wielkich kinowych produkcji, jako młodych i początkujących aktorów. Tak zaczynała Jennifer Aniston w Przyjaciołach, ale także, co wiadome mniejszej liczbie osób, przykładowo Leonardo DiCaprio, który grał w serialu Dzieciaki, kłopoty i my. Naszą propozycją jest sitcom z młodym Willem Smithem, mówiący o losach nastolatka, który przenosi się do bogatego wujostwa. Serial z pozoru lekki, porusza jednak dość ważne kwestie.

Komentarz: Jeśli planujecie spróbować obejrzeć ten serial, spokojnie możecie zrobić sobie gorącą herbatę bez obaw, że przez nagłe ataki śmiechu oblejecie się wrzątkiem. Jedyny element mogący wywołać tak tragiczne skutki, to widok Willa Smitha z młodzieńczym wąsikiem. Aktor, choć miał już 22 lata, gdy zaczynał prace przy serialu nie miał problemu, aby odnaleźć się w skórze wyluzowanego, wydurniającego się nastolatka. Polecam więc jako dowód na to, że poważna kariera może mieć bardzo niepoważne początki.

Kocham Lucy
(I Love Lucy)

Postać Lucy, młodej gospodyni domowej, jest celowo przejaskrawiona, tak aby sitcom za pomocą dowcipu, w sposób podobny do współczesnego Seksu w wielkim mieście, przemawiał do kobiet i przedstawiał problemy życia codziennego, z którymi mogą się identyfikować. Nie jest to jednak dokładnie to samo, bo tematów tabu sześćdziesiąt lat temu było znacznie więcej, a to, co wydaje się dziecinne i banalne dzisiaj, kiedyś było szokujące.

Komentarz: I love Lucy rozpoczęło modę na sitcomy w tak dobrym stylu jak Pół żartem, pół serio i triumfalnie zainicjowało popularność filmów komediowych. W serialu tym można zakochać się już od pierwszych scen. Lucy za wszelką cenę pragnie sprzeciwić się panującym wówczas schematom i pójść do pracy. Poza tym, jak to kobieta, jest też mistrzynią w wynajdywaniu problemów i ich kreatywnym rozwiązywaniu. Łącząc te dwa wątki uzyskujemy serial przeterminowany (równouprawnienie nie jest już żadnym tabu), z drugiej jednak strony ponadczasowy (egzaltowane zobrazowanie cech obydwu płci to temat, który nigdy nie przestanie bawić).

Pełna chata
(Full House)

Małe siostry Olsen, we dwie grające na zmianę jedną z najsłodszych dziecięcych postaci w historii telewizji, są najbardziej pamiętanym elementem tego serialu, choć nie najważniejszym. Każda z postaci boryka się ze swoimi codziennymi przyziemnymi problemami. Nie ma tu żadnych morderstw, szpitali, sal sądowych, tylko dom pełen ludzi, dorastanie, dojrzewanie i dorosłość.

Komentarz: Z wypiekami na twarzy zabrałam się do oglądania ulubionego serialu z dzieciństwa. Niestety, przeżyłam rozczarowanie. Są seriale familijne, z których może się pośmiać każdy (odsyłam do The Cosby Show). Ten niestety wydaje się być bardziej skierowany do dzieci. Nie ma morderstw i szpitali, jest za to wujek Jessie mówiący dziwnym głosem i dom pełen rozpieszczonych dzieciaków. W tym wypadku morderstwa i szpitale brzmią niezwykle zachęcająco.

The Cosby Show

Narzekamy na to, że nasze młodsze rodzeństwo, oglądając bajki, niczego się nie uczy. Mówimy, że kiedyś miały one sens, morał, przekaz i drugie dno. Mnie się wydaje, choć mnóstwo osób zapewne z oburzeniem pokręci głową, że tak samo jest z sitcomami. Przykładem serialu z morałem na końcu każdego odcinka jest The Cosby Show o bogatej nowojorskiej afroamerykańskiej rodzinie. Bill Cosby jest mistrzem sarkazmu i wymownej mimiki, która towarzyszy mu na każdym kroku, co równoważy momentami bardzo poważny przekaz.

Komentarz: Ogół zagadnień podobny do Pełnej Chaty albo Bajeru w Bel-Air, lecz tym razem radzę uważać z gorącą herbatą, mimo że tematyka wydaje się mało studencka: alkohol nie leje się strumieniami, nie ma trawki, zdrad i plotek, a jeśli ktoś próbuje zaciągnąć kogoś do łóżka, to tylko dlatego, że jest już po dobranocce i pora spać. Jest za to humor sytuacyjny z życia wzięty (jeśli ktoś dorastał z rodzeństwem odnajdzie tu wiele analogii), błyskotliwe dialogi i doskonała gra aktorska, szczególnie w wykonaniu Billa Cosby’ego.

Komentarze