Czarno słyszę
Z okazji jubileuszu 15 lat istnienia MAGLA poprosiliśmy znanego dziennikarza muzycznego, Marcina Flinta, o to, by określił jak może wyglądać muzyka przyszłości. Zapraszamy więc do przeczytania jego felietonu, w którym dowiecie się m.in. o muzykach desperacko zmieniających muzyczne barwy, o tym jakie gatunki mają szansę przetrwać i który kontynent ma największy potencjał na wykreowanie nowych gwiazd.
Tego, że muzyka ma przyszłość jestem pewien – jedyną dobrą rzeczą wynikającą z piractwa jest to, że słucha się jej więcej niż kiedykolwiek. Do tego, nie jesteśmy już sterroryzowani przez kult hipnotyzujących masy idoli, więc poszukujemy czegoś dla siebie w rejonach, w które byśmy się nie zapuszczali. Zatarły się też granice międzygatunkowe – pop nieustannie przenika się z alternatywą. Ba! Teraz łączy się nawet black metal z free jazzem, uzyskując mistrzowskie efekty. A tworzy się łatwiej niż kiedykolwiek, artysta musi mieć tylko wyobraźnię i… iPhone’a. Wszystko to sprawia, że jedyną klęską, jaka czeka muzykę, jest klęska urodzaju.
Kiedy przed laty – bodajże dwoma – odwiedziłem katowicką Nową Muzykę, zrozumiałem, że to, co ciekawi mnie najbardziej i wydaje mi się najbardziej świeże dzieje się na styku elektroniki i hip-hopu. Mniejsza o rap, chodzi raczej o rozwiązania rytmiczne, brzmienie, granie samplem. Tu zostało sporo do zrobienia, na pewno można pójść jeszcze dalej niż Flying Lotus, ONRA czy – podając znakomite przykłady z naszego podwórka – Teielte bądź Niwea.
Drugim koniem, którego bym obstawiał, jest Afryka. Mamy tam ogrom młodych ludzi, którzy szukają sposobów na to, by połączyć strzępki egzotycznej dla nas tradycji z tym, co przenika do nich z Ameryki i Europy. Tak jak cenzura zmuszała do kreatywności polskich twórców, tak niedostatek studyjnych możliwości stymuluje ludzi na Czarnym Lądzie. Co tu dużo mówić, wystarczy wsłuchać się w rytmy europejskich klubów, poprzyglądać się line-up’om dużych, światowych festiwali, by odkryć skąd wieje wiatr zmian. Mali, Angolę czy Senegal dość mocno już wyeksploatowaliśmy. Wiele krajów i kultur pozostało.
Słabo idzie muzyce gitarowej, co można zauważyć choćby po tym ilu chłopców zafascynowanych „brytyjskimi zespołami na the” wkłada bluzy z kapturem, ilu wychowanych na białym rocku facetów mieli to, co dzieje się na forach hip-hopowych, w sposób desperacki i pretensjonalny (choć są wyjątki) próbując się w tym odnaleźć. Ale nad Wisłą wcale nie trzeba podążać za modą – jedną z najciekawszych rzeczy, z jaką się spotkałem jest fuzja elektronicznych, okołodubowych rzeczy ze swojskim folklorem. Sulphur Phuture, Pchełki, czy nawet Gooral (o ile oderwie się wreszcie od cepeliowej góralszczyzny) bez wątpienia mnie intrygują i w tym obszarze wiele się zapewne jeszcze wydarzy.
Kiedyś gwarantami rozwoju muzyki byli jazzmani… i są nimi nadal. Olbrzymie nadzieje pokładam w naszym środowisku improwizatorów, którzy na jazzie wyrośli i teraz pozwalają sobie na absolutnie wszystko. Aż chce się myśleć, jak kreatywne będzie pokolenie wychowane na tym, co Ci szaleńcy robią.
Marcin Flint
Freelancer, wcześniej związany z legendarnym hip hopowym magazynem Ślizg, aktualnie publikuje m.in w Rzeczpospolitej, Życiu Warszawy, Machinie, Przekroju i na portalu Interia.pl.

Komentarze