Magiel po prostu jest…

O historii MAGLA oraz osobistym stosunku rozmawiamy z drugim redaktorem naczelnym – Maćkiem Kuźmiczem.

Adam Przedpełski: Kiedy i dlaczego dołączyłeś do redakcji Magla?
Maciej Kuźmicz: To był chyba 1997 rok. Przyszedłem do MAGLA na samym początku studiów. Pamiętam bardzo dobrze jak to się zaczęło. Na roku studiowało wtedy ponad tysiąc osób. Strasznie dużo ludzi, nikt nikogo nie znał. Trzeba było się zastanowić co ze sobą zrobić.

Pewnego jesiennego dnia, siedząc sobie na auli spadochronowej na schodach doznałem olśnienia. Doszedłem do wniosku, że nic samo z siebie do mnie nie przyjdzie. Wtedy studia nie dzieliły się na licencjackie i magisterskie, więc miałem w perspektywie pięć długich lat. Pomyślałem, że tyle czasu z samą matematyką, ekonomią itd. nie będzie wcale takie fascynujące.

No i trafiłeś na Jacka Polkowskiego…
To prawda, choć MAGIEL po raz pierwszy wpadł mi w ręce jeszcze na kursach przygotowawczych, które miały zagwarantować dostanie się na super uczelnię (śmiech). Mieszkałem w DS Sabinki i choć spędziłem tam może półtora tygodnia, to wydaje mi się, jakby trwało to znacznie dłużej. Z jakiegoś powodu chwyciłem numer MAGLA i pomyślałem, że to naprawdę świetna sprawa.

Poszedłem na koncert Kultu i napisałem z niego recenzję. To była najdłuższa i najnudniejsza recenzja na świecie. Dzisiaj może słuzyć za poradnik Jak nie pisać.

Nie myślałem o AIESEC-u ani o żadnej innej organizacji. W ogóle nie lubię się zrzeszać, jednak Magiel wydał mi się odpowiednim miejscem, aby poznać ciekawych ludzi. No i żeby pisać. Bo pisanie zawsze było jakoś obecne w moim życiu, zawsze mocno mnie definiowało i nadal chyba definiuje. Teraz troszkę mniej, ale pióro zdecydowanie mnie ukształtowało. Dlatego wszedłem do pomieszczenia w którym mieściła się wtedy redakcja. Jacek siedział jak zwykle odwrócony plecami do drzwi, przy jedynym komputerze z kolorowym monitorem. To była piekielnie stara maszyna, ale jedyna, na której byliśmy w stanie zrobić coś graficznego. Było jeszcze kilka komputerów, ale nic oprócz redagowania tekstu i przeglądania Internetu nie dało się na nich robić. Z tym, że były to jeszcze czasy, kiedy komputer obsługiwało się z Unixa. Jedynie Michał Zacharzewski umiał to obsługiwać. Cała reszta co najwyżej pisała maile.
No i wszedłem do redakcji. Powiedziałem, że chcę coś robić i dalej już poszło. Poszedłem na koncert Kultu i napisałem z niego recenzję. To była najdłuższa i najnudniejsza recenzja na świecie. Dzisiaj może słuzyć za poradnik Jak nie pisać. (fragmenty recenzji sprzed lat publikujemy obok przyp. red.) Napisałem ją ręcznie, ponieważ nie posiadałem wtedy komputera.

No właśnie, jak wyglądała organizacja pracy w redakcji?
Organizowaliśmy się spontanicznie. To był czas kiedy nikt nie miał laptopa. Przenośny komputer był wtedy rzeczą dostepną tylko dla ludzi pokroju Leszka Balcerowicza. Był to też okres, kiedy komputery stacjonarne nie były wcale takie powszechne. Stanowisk komputerowych na korytarzach też było zaledwie kilka i to pozbawionych Windowsa. Pracowalismy tak, że każdy przynosił swój kawałek tekstu na dyskietkach, nośniku wówczas tak powszechnym jak dziś pendrive`y. Ci, którzy nie mieli dostępu do komputera pisali na miejscu. To było niesamowicie integrujące. Wszyscy wchodzili, wychodzili, było głośno. Trochę się gadało, trochę pracowało i trochę wygłupiało. Nie zajęło mi dużo czasu, aby wsiąknąć w tę atmosferę, zaadaptować do tego, jak przebiegało życie w MAGLU. Nie było przy tym żadnych formalnych spotkań, kolegiów redakcyjnych. Planowaliśmy z dnia na dzień, bo przecież codziennie się tam spotykaliśmy. Tak naprawdę, przez pierwsze dwa lata dużo częściej byłem w MAGLU niż na zajęciach. I to było dobry sposób, żeby poznać więcej osób i w sumie dużo więcej się nauczyć.

I dlaczego właśnie Ty zdecydowałeś się przejąć pałeczkę po Jacku?
To było tak, że Jacek powoli zbliżał się do zakończenia studiów i Magiel zawsze zabierał mu mnóstwo czasu. A ja byłem bardzo zafascynowany robieniem gazety. W pewnym momencie Jacek powiedział, że ma dosyć. Był prawdziwą alfą i omegą w redakcji, w tym sensie, że wiedział jak napisać, jak złamać, jak złożyć, jak ustawić grafiki itd. Przez kolejne pół roku zajmowaliśmy się Maglem razem, co było niezmiernie pożyteczne, bo bardzo trudno byłoby mi się nauczyć tego samemu. Trochę podejmowania decyzji, trochę kryzysów. Pamiętam jak napisaliśmy jakiś artykuł o CNJO i wybuchła straszna awantura. Istnieliśmy wtedy może ze trzy lata, więc nie byliśmy na stałe wpisani w krajobraz uczelni. Wtedy to był stres. Niemniej jednak, najlepiej pamiętam długie godziny pracy nad miesięcznikiem, rozmów, wyciskania tekstów z ludzi. Nikt nie robił tego dla wpisu w CV ani dla pieniędzy, tylko dlatego że chciał. To były też czasy, kiedy mało kto posiadał telefon komórkowy. Mój pierwszy to był stary Philips, którego kupiłem, aby być pod ręką. Przy czym nie można było do kogoś zadzwonić i powiedzieć: Ej stary co tam u ciebie? albo wysłać smsa, bo ten ktoś nie miał telefonu. Trzeba było dzwonić do akademika albo do domu. Wszyscy się wtedy uczyliśmy i to takich rzeczy, których nie można było nabyć nigdzie indziej. Trochę współpracy, trochę kompromisu. To wtedy przekonałem się, że merytokracja jest najważniejsza, że twój autorytet płynie nie z tego kim jesteś, ale jak dobry jesteś.

Nie byłem jednak długo redaktorem naczelnym. MAGIEL mocno mnie wyczerpał. Po pół roku przychodzenia do redakcji rano i wychodzenia wieczorem (nie chodząc przy okazji na zajęcia), po tym jak wszyscy wyjeżdzali na wakacje czy ferie, a ja zostawałem, bo musiałem coś skończyć. Po takim doświadczeniu wiedziałem kim na pewno nie będę. Nie będę dziennikarzem.

A jednak życie zadecydowało inaczej. Czy była to świadoma decyzja?
Jak najbardziej świadoma. Po piątym roku, kiedy z Maglem byłem już luźno związany zastanawiałem się nad tym, na co mam ochotę. Wróciłem wtedy z Danii ze stypendium i miałem przed sobą wybór czy zostać konsultantem w firmie doradczej czy nie. Dostałem się na praktyki do Gazety Wyborczej i zdecydowałem, że to będzie to. Wiedziałem, że to nie będzie jakaś superpłatna praca i nie zostanę dyrektorem, ale nigdy nie chciałem nim być. Doszedłem do wniosku, że po prostu lubię pisać. Jeździć i pisać. To nie było łatwe- Gazeta nie wysyłała ludzi po studiach daleko, ale krok po kroku osiągnąłem cel. Zjeździłem cały rozwijający się świat i o tym pisałem. Zrobiłem to, czego chciałem.

Czy wiesz zatem dlaczego MAGIEL nazywa się tak jak się nazywa?
Jacek zawsze twierdził, że jeden z jego przyjaciół i ludzi z którymi współpracował nazywał się Magielski. Stąd jego pseudonim – Magiel. I tak zostało. W momencie w którym przychodziłem to było oczywiste, że MAGIEL nazywa się MAGIEL i absolutnie nikt tego nie kwestionował.

Bo była to już poważna marka.

To był ten szalony czas, kiedy detronizowalismy Gazetę SGH jako dominujące medium na uczelni. Był to też czas wyborów rektorskich, kiedy chcieliśmy zachować niezależność i pisaliśmy polityczne teksty. To również było niesamowite doświadczenie. Byliśmy gazetą z ambicjami. I nadal jesteśmy, z tego co widzę.

Jeśli mój tekst znajduje się w „Deutsch im Buro” to mogę śmiało powiedzieć, że mając 32 lata odniosłem gigantyczny sukces.

No właśnie. Jak oceniasz obecnego Magla?
Szczerze mówiąc nigdy nie potrafiłem wyrazić czy MAGIEL mi się podoba czy nie, bo dla mnie on zawsze był. Zdziwiłbym się i bardzo by mnie zasmuciło, gdyby zniknął. Widziałem jednak różne wersje, bo wiele pokoleń tworzyło to czasopismo i nadal wielu czeka w kolejce. Strasznie się z tego cieszę, bo dostrzegam potrzebę dzielenia się. Bo robienie prasy, czy mediów w ogóle, to dzielenie się tym co uważamy za ważne i potrzebne. To jest miejsce na kreacje. Oczywiście, że teraz jest inaczej. Za moich czasów były inne problemy, pracowali inni ludzie. To wszystko nie byłoby możliwe bez Artura Kowalskiego. To była taka osoba, która zajmowała się sponsoringiem i reklamą. Bez niego MAGIEL nigdy by nie przetrwał, ponieważ Uczelnia nigdy go nie finansowała, a jest przecież darmowy. W pewnym momencie zastanawialiśmy się czy nie wystartować z projektem płatnym. Nie było wtedy „Dlaczego?”, które wystartowało niedługo po tym, jak zaczęlismy się zastanawiać nad płatną wersją dla wszystkich uczelni w Warszawie. Koniec końców, to dzięki Arturowi nasze czasopismo przetrwało, a ja nie zwariowałem do końca. Najwiekszą nauką było to, że nie da się takich przedsięwzięć robić samemu. Nie wyobrażam sobie, jak można zrobić gazetę tylko mówiąc innym jak ma ona wyglądać.

Nie zniknąłeś jednak ze świadomości studentów SGH. Twój autorski tekst znajduje się w słynnym podręczniku do niemieckiego Deutsch im Buro.
Poważnie? Żartujesz? To jest naprawdę niesamowite (śmiech). O ja nie mogę, ale hardkor. Jeśli mój tekst znajduje się w Deutsch im Buro to mogę śmiało powiedzieć, że mając 32 lata odniosłem gigantyczny sukces. Wyobrażam sobie jak muszą mnie przeklinać ci wszyscy studenci, którzy go tłumaczą. Muszę kupić nowe wydanie.

KULTowy koncert, KULTowa recenzja

Recenzja Maćka Kuźmicza, która ukazała się w 17 numerze Magla.

Dnia siódmego października Anno Domini 1997 w klubie Park, obchodzącym 15-lecie dostarczania wrażeń muzyczno-imprezowo-kulturalnych studentom (i nie tylko), zagościła legenda polskiego rocka – KULT.
Szczęśliwie, Wasz Korespondent za pomocą sobie jedynie znanych Sposobów i Forteli przepustkę do muzycznego raju otrzymał, niezwłocznie wchodząc do Parku [...]. „Rozgrzewacz przedkultowy” grał głośno, mocno i dobrze, ocierając się trochę tekstami i bardzo wokalem (w porywach nawet trzy „stworki przy mikrofonach!) o krakowskie Świetliki. Zapowiadając w ostatnim, reggae’owym numerze, że Słuchać to wam wolno, ale tylko STWORKÓW , zszedł ze sceny robiąc miejsce dla Nich, czyli Gwiazdy, Atrakcji Wieczoru, Legendy – po prostu KULTU.
W międzyczasie półgodzinna przerwa pozwoliła Parkowi osiągnąć stan przepełnienia i czuć było żądzę koncertu – w takiej właśnie atmosferze wyszli do ludzi muzycy oczekiwanego cały wieczór zespołu.
Zaczęli mocno. [...] Od razu cała publiczność zafalowała, podskoczyła i stała się żywym dowodem słuszności teorii mówiącej o zamianie energii muzyki KULTU na pozytywną energię podskoków, pokrzykiwań i machania rekami (ogólnie mówiąc, zwykłego pogo). [...]
Jak to zwykle bywa na koncertach KULTU, świetna zabawa mieszała się w znakomitych proporcjach z liryzmem i goryczą doskonałych tekstów. [...] Po obowiązkowym Baranku, Psalmie 151 i wielu innych smakowitościach (w części zupełnie nowych) podanych przez KULT, zespół zszedł na zasłużoną przerwę. Swoje ciężkie dwa kwadranse przeżyły wówczas krany z piwem, do których tłumnie pospieszyli spragnieni słuchacze. Druga część koncertu to przede wszystkim starsze utwory. [...] Już wtedy wiadomo było, że koncert ma się ku końcowi. Pojawiła się jeszcze Wódka, [...] nadeszła też w końcu długo oczekiwana, menelsko-liryczna Celina, gdzie chór wspiął się na wyżyny interpretacji utworu…
… I koniec, niestety. [...] Podsumowując: to był naprawdę doskonały, ponadprzeciętny koncert. [...]Końcowy optymistyczny akcent na otarcie łez tym, którzy bardzo chcieli, ale nie mogli współuczestniczyć w owej uczcie dla ducha i ucha (z najróżniejszych względów), a KULT lubią – zespół ma dużo bardzo dobrego, nowego materiału, więc nowej płyty spodziewać się można już wkrótce. A szybkiego jej doczekania życzy Wam Maciek.

Komentarze