Rok na gapę

Wyjechać jak najdalej stąd, nie robić nic z tego, co inni od Ciebie oczekują, a jednocześnie robić wszystko – wszystko, o czym zawsze marzyłeś. Nurkować wśród kolorowych rybek, spać u dopiero co poznanych osób w wiosce gdzieś na końcu świata, podziwiać kangury skaczące tuż koło Ciebie w australijskim interiorze…

I bynajmniej nie jest tu mowa o sposobach spędzania wakacji. Przedstawiamy tych, którzy na nieco dłużej zdecydowali się zrezygnować z wyścigu szczurów, by podążać za marzeniami – tych, którzy zdecydowali się na gap year.

Czym właściwie jest gap year? Najczęściej podawane definicje odnoszą termin ten do okresu (niekoniecznie roku) pomiędzy etapami życia, czasu wykorzystanego na zdobycie doświadczenia w nowym, odmiennym środowisku. To nauka samodzielności albo też realizacja marzenia o „podróży życia”. Tomek, który swój gap year już odbył, uzupełnia definicję o najistotniejszy według niego cel tego okresu: – Gap year to świetna okazja do tego, żeby zrozumieć, czego tak naprawdę chce się od swojego życia.

Chociaż w dzisiejszych czasach o możliwościach zrobienia sobie gap yearu i oderwania się od codzienności i nieustannego pędu za karierą mówi się coraz więcej, to pomysł ten do nowych nie należy. Najczęściej ideę łączy się z krajami anglosaskimi, a konkretnie z Wielką Brytanią lat 60. W rzeczywistości podróże, które można nazwać z całą pewnością gap yearowymi odbywali już w latach 20. nasi rodacy. Za prekursorów uznać można Tadeusza Perkitnego i Leona Mroczkiewicza, którzy w roku 1926 wyruszyli w 3-letnią podróż dookoła świata, mając jedynie 100 złotych i ogromną chęć doświadczenia czegoś niezwykłego.

Obecnie, gdy baza turystyczna jest niezwykle rozwinięta, dzikie regiony nie są już aż tak bardzo dzikie, a bezpieczeństwo podróży zdecydowanie wzrosło, wydaje się, że świat staje otworem przed młodymi ludźmi, którzy chcą brać przykład z Perkitnego i Mroczkiewicza. Mimo że wśród gap yearowców wciąż jeszcze dominują osoby z zachodniej Europy, Polaków w tym gronie nie brakuje. Gap year robią sobie zarówno osoby, które jeszcze nie zaczęły studiów, jak i te, które już je skończyły i chcą odpocząć od dorosłego, ustatkowanego życia. Dla wielu jednak najlepszym okresem na zrobienie sobie rocznej czy kilkumiesięcznej przerwy jest czas studiów, gdy nie mamy jeszcze obowiązków związanych z posiadaniem własnej rodziny i stałej pracy. Wtedy studenci podróżują i biorą udział w zagranicznych wolontariatach. Jednym słowem poznają świat, doświadczają tego, co nie byłoby możliwe podczas siedzenia na uczelnianych zajęciach czy w trakcie stażów w korporacji.
 

Doświadczyć jak najwięcej…

Ola w podróż do Afryki wyruszyła po skończeniu studiów licencjackich na Uniwersytecie Warszawskim. Wybór czasu wyjazdu wynikał przede wszystkim ze względów praktycznych:
Po pierwsze skończyłam licencjat i stwierdziłam, że jeśli mam zrobić gap year, to jest to najlepszy moment, bo po magisterce należałoby już raczej iść do pracy. Po drugie, nie wiedziałam, co chcę studiować. Dałam sobie ten rok czasu nie tylko na podróżowanie, ale na przemyślenie trochę „high level”, co chcę w życiu robić.

Chociaż podróże od zawsze są jej największą pasją, to półroczna wymiana w Grecji w ramach Erasmusa przyczyniła się w największym stopniu do decyzji o wyjeździe. – Poznałam sporo ludzi z całego świata – zainspirowało mnie to – mówi Ola. Na Erasmusie poznała chłopaka, studenta pedagogiki specjalnej w Niemczech, który postanowił odbyć praktyki w RPA. Wspólnie zdecydowali, że po ich skończeniu rozpoczną wielką podróż przez Afrykę.

Ogromna większość znajomych Oli była pod wrażeniem jej pomysłu i odwagi. Obiekcje rodziny, przyzwyczajonej już do częstych podróży Oli, dotyczyły jedynie celu podróży, jako że Afryka do najbezpieczniejszych miejsc
nie należy.

W połowie września 2010 wszystko było już zapięte na ostatni guzik i Ola mogła rozpocząć przygodę życia. Pierwszy cel – Johannesburg.
Plan na podróż był w zamyśle bardzo ogólny, zakładał po prostu doświadczenie jak najwięcej i podróżowanie jak najbardziej po kosztach, czasem autostop, backpackerylowbudget, gotowanie samemu bądź jedzenie w lokalnych barach – relacjonuje Ola – Trudno jest planować szczegóły dużo przed, bo w Afryce króluje hasło TIA – ThisIsAfrica, co oznacza ni mniej, ni więcej, że nie jesteś w stanie przewidzieć czy dojedziesz z miejsca A do miejsca B na czas i w ogóle to najlepiej niczego nie zakładać.
 

…zobaczyć jak najwięcej…

O tym, że w podróży nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem przekonała się też inna dwójka. Robert zdecydował się na podróż po zrobieniu licencjatu na SGH. Natomiast jego kolega i imiennik z Uniwersytetu Gdańskiego postanowił na rok zrezygnować ze studiów. – Kiedy uzasadniałem swoją decyzję, to po prostu napisałem, że wyjeżdżam i tak samo było w momencie powrotu na studia, gdy poprosiłem o ponowne przyjęcie. Z załatwieniem formalności nie miałem żadnego problemu, więc jeśli komuś się wydaje, że byłaby to przeszkoda, jest w błędzie – mówi.

Ich marzeniem zawsze było zwiedzenie jak największej części świata. Pewnego dnia stwierdzili, że jeżeli nie teraz to nigdy. – Żaden z nas nie ma jeszcze założonej rodziny bądź pracy, z którą chciałby się wiązać na lata, później już może nie być okazji, żeby to zrobić. Poza tym taki wyjazd to prawdziwa szkoła życia, tych doświadczeń nie zdobędzie się na żadnym uniwersytecie.

Jak postanowili, tak zrobili. Licząc wszystkie niezbędne szczepienia, zebranie funduszy i częściowe zapoznanie się z tym, co może ich czekać, zaplanowanie wyjazdu zajęło im około pół roku. Plan na wyprawę był ambitny – zakładał okrążenie świata, od USA i Ameryki Łacińskiej, przez Australię i Oceanię, kończąc na Azji i powrocie koleją transsyberyjską do Polski. Kradzież paszportu w Ekwadorze zatrzymała ich jednak na trzy tygodnie i pośrednio przyczyniła się do skrócenia podróży.
 

…objechać świat dookoła…

Na blog www.wyprawabezgranic.pl trafiłam przez przypadek na początku września, akurat żeby przeczytać ostatni wpis: Wyprawa bez granic dobiegła końca. 21 krajów, 4 kontynenty, setki miejsc i tysiące ludzi. Wszystko to sprawia, że przeżyłem najlepszy rok swojego życia. Rok odkryć, nie tylko tych na świecie, ale też gdzieś w środku siebie. Ostatnie 14 miesięcy było dla mnie wielką szkołą życia.

Dwaj studenci wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego – Tomek i Witek zrealizowali swój wielki plan. – Marzenie o podróżowaniu w mojej głowie dojrzewało od dawna. Myślałem o Azji, o Afryce, zawsze też ciągnęły mnie klimaty latynoskie. Stwierdziłem pewnego dnia, że dlaczego by nie spróbować zaliczyć tych wszystkich miejsc przy okazji jednej podróży – opowiada Tomek – Doszedłem do momentu, w którym zdałem sobie sprawę, że nie ma lepszego czasu na realizację swoich marzeń. Studia mogę przecież dokończyć z rocznym opóźnieniem, praca też może poczekać. Na drugim roku studiów zdecydował się na wyjazd, namówił Witka, ale z wyprawą zdecydowali się poczekać do obrony licencjatu, czyli prawie 1,5 roku. Witek nie utożsamia tego jednak jednoznacznie z gap yearem. Jak mówi, decydował się przede wszystkim na podróż dookoła świata po studiach licencjackich. Czy to miał być rok, czy mniej, czy więcej – nie miało znaczenia.

W odróżnieniu od większości osób robiących sobie przerwę po licencjacie, Tomek i Witek postanowili aplikować na studia magisterskie, a konkretnie nie rezygnować z miejsc, jakie mieli zagwarantowane na studiach drugiego stopnia. Zaaplikowali, po czym od razu wystąpili o urlop dziekański. Wyjechali jeszcze zanim dostali decyzję. Jak przyznają, wsparcie ze strony władz ich uczelni było tu kluczowe. Honorowy patronat nad wyprawą objął Rektor Uniwersytetu Ekonomicznego, natomiast dzięki pomocy jednego z profesorów utrzymali status studentów. – Gdy na formularzu wizowym na granicy Chin czy Boliwii widzą magiczne hasło „student”, od razu spoglądają na człowieka bardziej litościwie – przyznaje Tomek.

Mimo pozytywnego załatwienia spraw na uczelni, nie obyło się bez pewnych obaw. – Nie mogłem sobie wyobrazić, jak zaplanować taką podróż. Stwierdziłem, że tego nie ogarnę. Potem zacząłem się uspokajać, że rok podróży to tylko 365 jednodniowych wycieczek – stwierdza Witek. Wiedzieli, że potencjalne choroby tropikalne to nie przelewki. Wątpliwości budziła również sytuacja polityczna wielu spośród krajów na ich trasie. – Przed wyjazdem jeden z moich przyjaciół zapytał mnie, czy się boję. Powiedziałem mu wtedy, że tylko idiota by się nie bał – mówi Tomek. – Pamiętam, że dosyć mocno stresowałem się w dniu, kiedy po raz pierwszy założyłem plecak i zaczęła się nasza przygoda. Do dziś nie wiem dlaczego, ale poczułem się spokojniej w momencie, kiedy zobaczyłem dosyć symboliczną tablicę „Polska żegna”. Wtedy chyba zrozumiałem, że zaczyna się najlepszy rok mojego życia.
 

…zrobić coś ciekawego.

Z kolei podróż, w którą udał się Paweł, nie była typowym wyjazdem podróżniczym. Po licencjacie postanowił wyjechać na rok do Indii, ale zamiast zwykłego zwiedzania zdecydował się na wolontariat i praktyki. – Chciałem pojechać gdzieś daleko i zrobić coś ciekawego, a wpis do CV jest dodatkowym plusem – opowiada. W ramach wolontariatu przygotowywał program warsztatów dla dzieci i nauczycieli w szkołach należących do organizacji pozarządowych, gdzie uczą się dzieci z biednych indyjskich rodzin oraz prowadził część z zajęć. Podczas praktyk natomiast pomagał w przygotowaniu indyjskiej firmy do wejścia na europejski rynek. Jednocześnie nie rezygnował z intensywnego poznawania kraju.
 

Zawsze można też później

Dla tych, którym w okresie studiów brak odwagi albo możliwości zdecydowania się na wyjazd jest pocieszenie – po studiach życie się nie kończy. Monika i Bartek, absolwenci SGH-u na gap year zdecydowali się, mając już ułożone życie zawodowe. Pomysł na podróż zaczął się pojawiać w ich głowach podczas podróży poślubnej do Tajlandii, kiedy to stwierdzili, że urlopowanie jest miłe, a rzucenie wszystkiego i przez jakiś czas jeżdżenie po świecie mogłoby być całkiem dobrym pomysłem. Zaczęli się więc zastanawiać, co tak naprawdę ich powstrzymuje – kredytu ani dzieci jeszcze nie mieli, mieli za to wykształcenie. – Stwierdziliśmy, że na karierę przyjdzie jeszcze czas, a z głodu chyba nie umrzemy. Był to więc idealny moment. Na studiach nie pracowaliśmy tylko się uczyliśmy, a raczej imprezowaliśmy. Typowe życie studenckie, więc głównie ze względów finansowych gap year w tym czasie odpadał – opowiadają. – Niestety podróże trochę kosztują, więc trzeba było trochę popracować. To co jedni wkładają w mieszkanie/samochód/rzeczy materialne, my przeznaczyliśmy na wyjazd.

Jak podkreślają, dużym plusem podróżowania po rozpoczęciu kariery jest też możliwość zrobienia sobie przerwy od rutyny pracy. W wakacje oznajmili więc w pracy, że wyjeżdżają w podróż dookoła świata. Monika uzgodniła opcję rocznego urlopu bezpłatnego, a Bartek zwolnił się z pracy, którą i tak chciał zmienić. Mając ustaloną sytuację w październiku, równo rok temu rozpoczęli swoją przygodę, za pierwszy cel obierając Australię, nie mając jednak szczegółowego planu na dalszą podróż.
 

Żadne przeciwności…

W podróży nie zawsze wszystko się udaje, a pewnych rzeczy zaplanować się nie da. Ola musiała zrezygnować z niektórych krajów, które chciała odwiedzić w ramach swojej afrykańskiej trasy, w Mozambiku dwa razy została okradziona, a całą podróż musiała skrócić, gdy znalazła się w Egipcie akurat w samym centrum rewolucji.

Główny zamysł i marzenie związane z wyprawą Tomka i Witka, jakim było okrążenie ziemi bez użycia samolotu też się nie ziścił. Dość szybko musieli skonfrontować to założenie z rzeczywistością. – Odmówiono nam wizy do Pakistanu. Kiedy próbowaliśmy zorganizować trasę naokoło powiedziano nam, że bez łapówek (które były kosmiczne) nie da rady. Wtedy zdecydowaliśmy się po raz pierwszy przelecieć nad Pakistanem. Sytuacja powtórzyła się, kiedy chcieliśmy przejechać przez Tybet.

W trakcie wyprawy zdarzały się także nieciekawe sytuacje – kradzież lustrzanki czy bezpodstawne posądzenie o przemyt w Nowej Zelandii i przesłuchanie rodem z amerykańskich filmów. – Była też sytuacja, kiedy faktycznie się bałem, gdy okazało się, że znalazłem się po zmroku w bardzo niebezpiecznej dzielnicy Bogoty, a miejscowi niemal zmusili mnie do tego, żebym biegł jak najszybciej, bo tam się nie kradnie, tylko od razu morduje. – wspomina Tomek.

Mniej miłe przygody miał też Paweł: – Najgorszą zapewne była choroba – dur brzuszny (na który zachorowałem mimo szczepienia), szczególnie że indyjskie szpitale nie wyglądają najlepiej.
 

…nie będą już nam straszne.

Praktycznie żadna osoba decydująca się na gap year nie żałuje jednak swojej decyzji. Ola przyznaje, że wspaniałych przygód, jak safari w RPA, nurkowanie na Zanzibarze, sylwestrowa noc spędzona na obozowisku wśród dzikich zwierząt w sercu tanzańskiego Parku Narodowego Serengeti, było zdecydowanie więcej niż tych nieprzyjemnych. – Zyskałam doświadczenia, których nigdy nie byłabym w stanie zdobyć w inny sposób, przeżyłam przez parę miesięcy więcej niż przez chyba wszystkie swoje dotychczasowe lata. Nabrałam też dystansu do tego, jakie studia mam wybrać, gdzie chcę zrobić te studia. Poza tym, gdy przez parę miesięcy żyjesz tak, jak ja w Afryce, zaczynasz niesamowicie doceniać swoje możliwości i to, co już masz.

Magię zrobienia sobie gap yearu Ola zauważa także w życiu zawodowym. Chociaż część z jej znajomych twierdziła, że po zrobieniu gap yearu wiedza „ulotni się” i znalezienie pracy będzie dużo trudniejsze, w rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. – Nie ma w tej chwili nic bardziej atrakcyjnego w moim CV niż ta podróż. Nie było rozmowy kwalifikacyjnej, która by się nie zaczynała od pytania – opowiedz nam coś więcej na temat tego roku przerwy i Afryki. Dzięki gap yearowi spędzonemu w taki sposób zyskałam po powrocie bardzo dobre praktyki, które nauczyły mnie więcej niż 3-letnie studia i dały świetne perspektywy na przyszłość.

Robert zauważa, że tego typu wyjazdy uczą ponadto odnajdywania się w najróżniejszych sytuacjach. – Nagle uświadamiasz sobie, że w momencie kiedy coś po prostu musisz zrobić, jesteś w stanie to zrobić odpowiednim nakładem sił i nawet bariera językowa, a trzeba zaznaczyć, że zanim przekroczyliśmy granicę z Meksykiem nie potrafiliśmy powiedzieć po hiszpańsku nic więcej niż „Donde Tequila?” (Gdzie jest tequila?), nie jest ci w stanie w tym przeszkodzić. Teraz już będąc w domu, gdy muszę stawić czoła jakiemuś trudnemu zadaniu, cofam się wstecz do podróży i wiem, że mogę.

Mimo że Tomek i Witek musieli zweryfikować pewne założenia i plany dotyczące wyprawy, to na czym najbardziej im zależało, czyli bycie blisko ludzi, próba zrozumienia ich kultury, obyczajów, wartości, udało im się w stu procentach. Jak oboje zgodnie przyznają, poza możliwościami zobaczenia niesamowitych miejsc i poznania nowych osób, dodatkowe plusy z wyjazdu są niepodważalne. – Wiem, że po tej podróży stałem się dojrzalszym człowiekiem. Wielu z nas idzie pewną drogą, bo tak robią wszyscy, a niełatwo przecież przebić się przez tłum, idąc w drugą stronę. 14-miesięczna podróż i możliwość odseparowania się od pędu za karierą, pieniądzem i komercją skłoniło mnie do myślenia o tym, kim jestem i czego chcę od życia, bo pozwoliłem sobie nabrać do niego pewnego dystansu.

Także Monika i Bartek są przekonani, że w ciągu ostatniego roku doświadczyli dużo więcej i dużo intensywniej niż byłoby to możliwe przez kilka lat pracy. – Gdyby ktoś powiedział nam 2 lata temu, że będziemy spali w Wietnamie na stacji benzynowej, gdzie ludzie patrzą na nas, białych, z pewną wrogością, w życiu byśmy nie uwierzyli. Albo że po godzinnej batalii odkopiemy auto na plaży i zmęczeni, ale szczęśliwi będziemy jeść smażone banany i nago skakać przez ognisko. Albo uganiać się z naszymi indonezyjskimi przyjaciółmi za orangutanami w sumatrzańskiej dżungli. A żeby zawsze móc do swoich przygód i doświadczeń wracać, uwieczniali je na bieżąco na blogu: wkoloswiata.blogspot.com.
 

Taśma pamięci kręci się w nas dalej

Dla osób, które przez rok podróżują przez dalekie lądy przyzwyczajenie się do dawnego trybu życia nie jest zwykle proste. Robert przyznaje, że nostalgia za poznawaniem nowego wydaje się po takiej podróży towarzyszyć bez końca. Dlatego po skończeniu studiów magisterskich planuje powrót na szlak.

Witek twierdzi, że w jego przypadku nie było powrotu, a zupełnie inne życie: Wcześniej żyłem życiem, w którym zawsze miałem coś „przed sobą”. Zwykle była to szkoła, czasem jakiś wyjazd. Wróciłem „zresetowany”. Zorientowałem się, że jak sam nie zorganizuję czegoś sobie, to nie będę musiał nic robić. Mam swoje życie i mogę zrobić z nim, co chcę. Projektuję je na nowo.

Tomkowi, wracającemu po 14 miesiącach podróży, zdawało się, że właśnie tego chce – wrócić już do normalnego życia, spotkać swoich przyjaciół, rodzinę, nie martwić się, gdzie dziś będzie spać, co będzie jeść. Po dwóch tygodniach „zwykłe życie” zaczęło go nudzić. I choć w tym momencie przyszedł dla niego czas zajęcia się innymi priorytetami, to to, co zyskał w czasie swojego gap yearu zostanie z nim na zawsze: Kapuściński napisał kiedyś, że podróż nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej. Na mojej taśmie jest teraz masa cudownych wspomnień, którymi niemal codziennie żyję.

Komentarze