Nie lubię, jak w kinie coś lata mi koło nosa.
Rozmowa ze Zdzisławem Pietrasikiem o tym, co nam daje film 3D.
MAGIEL: Transformers, Trzej muszkieterowie, Conan Barbarzyńca, Noc rekinów… Czy kina proponują nam filmy w trójwymiarze wyłącznie tego typu?
Zdzisław Pietrasik: Obawiam się, że tak. Myślę, że w ogóle cała ta klasyka kina przygody będzie przekładana na 3D. To taki wynalazek. Dawno w kinie nie było czegoś, co mogłoby widza zaskoczyć. Ale to znowu nie taka nowość. Andrzej Łapicki pisał ostatnio w swoim felietonie w „Rzepie”, że już przed wojną były jakieś próby tworzenia filmów 3D. A ja pamiętam, że w latach 80-tych, w kinie radzieckim Oko były w 3D głównie filmy przyrodnicze. One były bardzo fajne. Dzieciaki piszczały i próbowały ściągnąć z gałęzi siedzące ptaszki. Wynikałoby z tego, że 3D to taki wynalazek po raz kolejny wynaleziony. W tej chwili jest wspanialsza technologia, rezultat nieporównywalanie ciekawszy. Ale mam ciągle taką niepewność, wątpliwość, bo nie wiem czemu ten wynalazek służy. Zobaczyłem Avatara to byłem zachwycony, z resztą jak wszyscy. Cameron pracował nad nim ileś tam lat, dlatego film był wyjątkowo dopracowany. 3D to nie jest tylko ciekawostka, ale też nowa jakość estetyczna. W Avatarze wszystko było użyte jak należy. Producenci mieli pełną świadomość estetyczną. Potem zobaczyłem Alicję w krainie czarów i… rozczarowanie. Wiele filmów 3D mnie rozczarowało.
A gdyby tak technologię 3D zastosować w gatunkach takich jak dramat to taki przekaz sprawdziłby się? Uatrakcyjniłby odbiór filmu?
Na ostatnim festiwalu w Berlinie okazało się, że to 3D służy czemuś innemu. Dwa najciekawsze filmy – film Herzoga o jaskiniach i Pina Wendersa o teatrze Piny Bausch. Mamy ujęcia mówiących bohaterów – 3D służy tu czemuś innemu. Jestem ciekawy czy, kiedyś powstanie film 3D psychologiczny. Taki bergmanowski – tylko siedzący ludzie w pokoju – tak jak my tu teraz siedzimy. Zastanawiam się, czy to by się sprawdziło. Jest też problem z aktorstwem. Aktorów w 3D nie ma – są tylko jako znaki. Na przykład w Bitwie warszawskiej mieliśmy same kukiełki – ułan, dziewczyna. W ogóle ta nasza warszawska nieszczęsna… Przypuszczam że jest lepsza w 2D. Może Szyc w 2D jest lepiej strawny. Kiedyś czytelnik, jakiś starszy pan, przysłał do mnie list z pretensjami o to, jak Szyc mógł zagrać ułana, kiedy on z taką urodą nadaje się najwyżej na ordynansa.
Czyli 3D zaburza estetykę, przeszkadza w odbiorze filmu?
Estetyka to katastrofa. Zachwianie proporcji jest nagminne. Na przykład w tej Bitwie warszawskiej dom jest mniejszy od człowieka. Montaż 3D wymaga niezwykłej precyzji, wielu reżyserów próbuje zasłonić się samą technologią. Filmy przygodowo-komiksowe z reguły się nie udają. Do filmu 3D potrzeba nie tylko techniki, ale zmiany sposobu myślenia. Innego ujęcia, pokazania detalu. Masowo powstają nieudane filmy trójwymiarowe. W filmach komercyjnych stawia się na ilość, a nie na jakość.
Żeby zobaczyć dobry film, trzeba będzie uciekać do kin niszowych?
Po obejrzeniu Trzech muszkieterów w 3D miałem ochotę uciec następnego dnia do jakiegoś Iluzjonu i zobaczyć ten film w wersji 2D. A najlepiej jeszcze starszą, czarno-białą wersję. W starych filmach jest więcej poezji, a nawet tej przygody, intrygi, wciągającej akcji. Wszystkie sceny walki w filmach 3D wyglądają cyrkowo, mechanicznie. Brak im fabuły, są nastawione na efekty. Z ekranu atakuje nas wyskakująca postać. Mamy wrażenie jak z Myśli nieuczesanych Leca – sezamie otwórz się, chcę wyjść!. Za dużo atrakcji naraz.
Czy lekarstwem na trójwymiar będzie powrót do tradycyjnego 2D?
Raczej to będzie rozwijało się dwutorowo. Koszty 3D są ogromne Kino to głównie biznes i dopóki jeszcze jakoś działa – wabi. Ale nie negujmy zupełnie nowych technologii. Kino 3D też może być piękne. Na przykład japoński film Harakiri w 3D – remake filmu z lat 60-tych, reżysera Kobayashi. To jest 3D w wersji soft. Mimo że mamy sceny walki, to nie jesteśmy atakowani mieczem samurajskim prosto w nos. Wszytko bardzo delikatnie. Po zdjęciu okularów różnica jest niewielka. Ale na czym polega efekt? Na nasyceniu obrazu, jego głębi. Gdy widzimy ogród, wszystko jest takie soczyste. Skupiono się na głębi kadru, na plastyczności, malarskości, a nie na efekciarstwie. Harakiri to jest jakiś trop. Wypośrodkowane 3D z głębią obrazu. To takie 3D nienaruszające naszej suwerenności. Nie lubię, jak ktoś w teatrze wzywa mnie na scenę, tak samo nie lubię, jak w kinie coś lata mi koło nosa. Pozycja widza neutralnego jest dla mnie najbardziej komfortowa. Jestem za 3D artystycznym, wysmakowanym. Przepiękne, dopracowane kadry, a nie efekt dla efektu.
A propos okularów. SAMSUNG umieścił na swojej stronie internetowej listę ostrzeżeń dotyczących oglądania w trójwymiarze. Okazuje się, że może to mieć groźne skutki dla naszego zdrowia. Jak wygląda komfort oglądania?
Okulary nieszczęsne! Kino to złudzenie optyczne, sam mechanizm postrzegania filmu jest ułudą. Kino jest wielkim, ale pięknym oszustwem. Przy filmie 2D o tym zapominamy. Ale przy 3D te nieszczęsne okulary ciągle nam przypominają, że jest jakieś hokus-pokus, jakaś sztuczka magiczna. Wystarczy zdjąć okulary i obraz się rozmywa. To jest dla mnie dysonans. Te okulary mi przeszkadzają. Zwłaszcza, że na co dzień (o dziwo) jeszcze okularów nie używam. Zauważyłem, że okulary bardzo źle znoszą dzieci. Zdejmują je i oglądają takie rozmazane obrazki. Ten dodatkowy sprzęt to dyskomfort zmysłowy. Przeszkadza mi świadomość, że jestem nabierany. Wystarczy ściągnąć okulary i cały czar sztuczki magicznej pryska. Znam też wielu ludzi, których po seansie boli głowa. A wracając do okularów, nie zawsze się czuję dobrze jak je dostaję. Noszone przez setki osób przede mną. Ale teraz mam własne okulary i chodzę ze swoimi, niewymacanymi.
A gdyby tak postawić na coś innego niż film fabularny? 25 września na 3D Film Festival w Los Angeles, nagrodę publiczności zdobyła polska pełnometrażowa animacja Latająca maszyna twórców Piotrusia i wilka. Może należałoby pójść w tym kierunku? Zamiast filmu fabularnego, dopracowana animacja.
Latająca maszyna jest nieszczęściem. Film jest zrobiony atrakcyjnie, ale scenariusz jest totalnie kretyński. Debilizm straszny. Natomiast muzyka Chopina jest pocięta na kawałki. Ani walor widowiska, ani upowszechnienie muzyki. Wydaliśmy na to duże pieniądze, premiera była w Chinach. Został nawet zaangażowany Lang Lang (pianista). Powinien być porządny scenariusz, a nie taka głupotka. Piotruś i wilk był wspaniały, Maszyna niestety nie była na tym poziomie. Ale Tintin Spielberga… To zupełnie co innego. Mówimy Cameron, Spielberg – wielkie nazwiska. Jeżeli zabawka 3D trafia w ręce takich reżyserów – wtedy film jest ciekawy.
To jaki jest kierunek całej maszynerii 3D, ma tylko zaciekawiać?
Wynalazek kina 3D ludzi zaciekawia, irytuje, bawi, męczy. Ale chyba właśnie o to chodziło. Tylko że to wszystko ma skazę – banalizuje i upraszcza. To taka wersja kina infantylnego. Wyobraźmy sobie film o Wałęsie w 3D. Takie ćwiczenie wyobraźni – jak by wyglądał Wałęsa w 3D. Albo Czarny czwartek w 3D. Jak ci stoczniowcy padają w trójwymiarze. Ta kreacja raczej nie pasuje do każdego filmu. Dramat chyba się nie sprawdzi. Ale na przykład Woody Allen w 3D… Ciekawe… Gdyby jeszcze grał sam Allen… Ale nie, wolę sobie tego nie wyobrażać. Może już dosyć tej wyobraźni [śmiech]. Kino chyba się sobą trochę znudziło. Od lat widać kino powstające z kina – gonienie własnego ogona. Film jest tylko częścią pewnego biznesplanu. Jest myślenie, żeby widza czymś zaskoczyć. Kiedyś wymyślono dźwięk, potem kolor. Cameron porównuje 3D do wynalazku dźwięku w kinie. Moim zdaniem to przesada. Ja to traktuję jako ciekawostkę, której kierunku jeszcze nie znam. Najbardziej przyciągają mnie filmy 3D z bocznego nurtu.
Jeszcze kilka lat temu filmy 3D były dostępne wyłącznie w kinach typu IMAX. Dzisiaj nie tylko możemy zobaczyć je na wszystkich dużych ekranach, ale i w domu. Zwykłe telewizory, monitory, a nawet telefony są teraz 3D. To modna przesada czy konieczność postępu?
IMAX kojarzył się z wyjątkowym przeżyciem, z weekendową wyprawą po doświadczenie czegoś nowoczesnego. A skoro dzisiaj 3D można zobaczyć wszędzie – zaczyna powszednieć. Jeśli powszechne – to już nie wyjątkowe i trochę nudne, męczące. Ale żeby komórka w 3D… Pff, czemu to służy? Może to pójdzie tak motorowo, potem będzie 4D, 5D… Ale ta granica gdzieś jest, nie tyle zdrowego rozsądku, co logiki. Jeżeli kino traktujemy serio, jako sztukę, to nie jest dla nas ważne, żeby pokrywało się z rzeczywistością. Wiemy, że to jest tylko konwencja. W tym wszystkim jest jakieś błędne założenie, że widz potrzebuje pełnego złudzenia.
A jakie jest Pana subiektywne odczucie, lubi Pan filmy w trójwymiarze?
Ja w ogóle lubię kino. Staram się chodzić do niego dla przyjemności jak najczęściej. 3D mnie zaintrygowało. Szczególnie takie filmy jak Pina, czy ten japoński. Ale chyba mnie to nie wzbogaciło wewnętrznie. To raczej jakaś ciekawość badacza. Ja się temu przyglądam. Staram się zapominać o tym, że oglądam film 3D. To jest w tym wszystkim najgorsza rzecz. Zamiast treści, mamy poczucie formy. Jak oglądamy film 2D, to nie zastanawiamy się nad tym jak to jest montowane. Wciąga nas fabuła. A 3D ciągle przypomina nam o tym, że jest sztucznością, sztuczką magiczną, że do oglądania potrzebujemy dodatkowego sprzętu. Może z czasem ta tendencja się zmieni. Dla mnie to ciągle bardziej ciekawostka niż stała forma obrazu. Przyjmijmy taką pozycję wyczekującą. Ale nie zapominajmy, że oprócz 3D jest też całkiem normalne kino 2D.
Zdzisław Pietrasik – kierownik działu Kultura w „Polityce”. Zajmuje się głównie krytyką filmową i relacjonowaniem wydarzeń z dziedziny kinematografii. Jest także autorem artykułów na temat teatru oraz wydarzeń społeczno-kulturalnych. Należy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Stowarzyszenia Filmowców Polskich.

Komentarze