W 48 godzin do Cannes
Co można zrobić w ciągu 48 godzin? Na pewno odpowiednio wyspać się po imprezie do białego rana, zakuć do kolokwium albo miło spędzić czas na komisariacie policji. Niektórzy śmiałkowie podjęli się zadania arcytrudnego – w tym czasie nakręcili film w ramach projektu „48h Film Project”. W tym roku konkurs zawitał do Polski po raz pierwszy, ale na arenie międzynarodowej świętuje już swoje dziesiąte urodziny. Dwóch członków redakcji MAGLA znalazło się w konkurencyjnych drużynach projektu i postanowiło podzielić się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi tej akcji.
Idea jest prosta. Do konkursu może zgłosić się każdy – skład ekip filmowych waha się od jednej osoby aż do sławnych już 116 ludzi i 30 koni. Wszyscy dostają jednakowe wymagania: określonego bohatera, linijkę tekstu oraz rekwizyt. Żeby nie było jednolicie, grupy losują gatunek filmu – od komedii, przez science-fiction, do filmu wojennego w ramach tzw. „dzikiej karty”. A potem już tylko 48 godzin na wymyślenie, napisanie scenariusza, nakręcenie i montaż. Bułka z masłem to nie jest, ale warto walczyć, bo to nie tylko dobra zabawa, ale możliwość pokazania swojej krótkometrażówki na festiwalu w Cannes. Fakt, wcześniej należy dostać się do dziesiątki elitarnych filmów z całego świata – warto tutaj wspomnieć, że tylko w zeszłym roku powstało ok. 3000 filmów.
Jak to wyglądało w Warszawie? Podczas weekendu 21-23 października rozentuzjazmowane ekipy tworzyły swoje dzieła dotyczące bohatera Tadeusza lub Teresy Turoń (pisarza/pisarki), używając przy tym rekwizytu jakim jest bakłażan oraz zdania: Załóż swoje okulary, bo będę tańczyć w płomieniach. Udało się stworzyć niemal 40 filmów, które przez następny tydzień były pokazywane w znanych warszawskich kawiarniach i zostały ocenione przez profesjonalne jury (m.in. reżysera Xaverego Żuławskiego znanego z filmu Wojna polsko-ruska). Zwycięzcą okazał się musical Sałatka z bakłażana ekipy Grupa Twórcza, który zawalczy z zagranicznymi produkcjami o projekcję w Cannes. Pozostali nie mają powodów do płaczu, ponieważ wykazali się dużym zorganizowaniem i wyobraźnią, tworząc coś tak czasochłonnego w tak krótkim okresie oraz przeżyli niezapomnianą i satysfakcjonującą przygodę. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do wzięcia udziału za rok. Warto!
Emil
Każdy ma jakieś wyobrażenie o pracy na planie filmowym. Tylko nielicznym jednak dane jest zweryfikować swoje przewidywania. I albo są to osoby, które od początku chciały tam trafić, albo przypadkowo zaplątane dusze. Z tymi drugimi jest ciekawiej, bo wachlarz ich reakcji w momencie konfrontacji z prawdziwą pracą kamery jest o wiele bogatszy. Sam miałem okazję znaleźć się w tej bardziej interesującej grupie. Byłem żółtodziobem pośród innych dyletantów oraz kilku świeżo upieczonych, ale już profesjonalistów. Jako nowicjusz odniosłem raczej wrażenie, że plan filmowy kropka w kropkę przypomina ogarnięty pożarem burdel. Zatem: jak to właściwie wyglądało?
Nie lubię opisywać rzeczy od początku, ale w tym przypadku chronologia może pomóc w ogarnięciu tematu. Zaczęło się od spotkania w galeriokawiarni MiTo przy Placu Konstytucji. Wraz z panią reżyser zostałem delegowany w to miejsce, aby otrzymać istotne informacje dotyczące tego, co mamy kręcić. Galeria wypełniona była filmowcami, którzy do serca biorą sobie założenia amerykańskiej popkultury.
Zagęszczenie MacBooków, iPhone’ów, iPadów i innych iAmStupidów na metr kwadratowy osiągnęło swój szczyt. Swoisty hołd ś.p. Steve’owi Jobsowi. Wszyscy jednak jak jeden mąż (lub żona) pozamykali swoje iAplikacje i z zapartym tchem nadstawili uszy, aby usłyszeć nazwę swojej drużyny. Każda z ekip losowała gatunek, następnie wszyscy otrzymali informację o bohaterze, rekwizycie oraz tekście (wszystkie trzy rzeczy jednakowe dla ogółu), które musiały zostać użyte w etiudzie. Pierwszą polską edycję otworzyli odpowiednio: Tadeusz lub Teresa Turoń, bakłażan oraz tekst: Załóż swoje okulary, bo będę tańczyć w płomieniach. Stoper zaczął odliczać 48 godzin, które pozostały do końca. Patrząc z perspektywy czasu, jest to za mało, aby wszystko na spokojnie zrobić.
Godzina 19, piątek: informacja poszła w eter, cała ekipa zmobilizowana, podniecenie jak przed pierwszą komunią. Jestem pełen nadziei na wykonalność projektu. Pół godziny później siedzę w Powiększeniu przy szklance dobrze schłodzonego piwa, razem z reżyserką, na fali podniecenia „tuż po” przerzucamy się pomysłami. Jak nietrudno zgadnąć, żaden się nie przyjął. Dochodzę do wniosku, że zajmę się przez wieczór stroną scenariuszową. Reszta naszego teamu z racji piątku udała się w odmęty alkoholowego zapomnienia. Bardzo im tego zazdrościłem. W końcu uczyniłem to samo. Z laptopem pod pachą i coraz mniej przejrzystym wzrokiem udawałem się od baru do baru w poszukiwaniu inspiracji. Uświadomiłem sobie, że czas wreszcie coś napisać o 3 w nocy w autobusie. Wysiadłszy z niego, bite dwie godziny kleciłem natchnione alkoholem strony. 5 godzin później moja wesoła kompania o nazwie Mastercadr spotkała się na Muranowie w celu ustalenia szczegółów. Po jakże konstruktywnej dyspucie, wymianie zdań, wzajemnym wyszydzaniu zdecydowaliśmy się na ogólny kształt fabuły i poszczególnych scen. W naszym kacowym towarzystwie najlepiej zrozumieli się Ci, którym płyny dnia poprzedniego nie do końca się przetrawiły: ze spotkania naszych oddechów można by niezły bimber upędzić, cytując za kierownikiem planu. Całe to „procentowe” zamieszanie udowadnia moją tezę o tym, że plan filmowy, jak i ludzie na nim pracujący, to bałagan, eufemistycznie rzecz ujmując. Jednak jakimś dziwnym sposobem cały ten chwiejny i złożony, zda się, z różnej wielkości zębatek mechanizm działał. W indywidualizmie i różnorodności nasza siła chciałoby się rzec. Indywidualizm sprawiał też jednak pewne problemy. Oczywiście różne wizje są przydatne, gorzej kiedy występują wszystkie naraz, ze strony trzech osób podających się za reżyserów i tyluż podających się za operatorów. Jak już wspomniałem tym dziwniejsze, że właściwie do końca soboty mieliśmy gotowy materiał filmowy. Niedzielę pozostawiliśmy na montaż i kompozycję. Bez większego napięcia upieczona etiuda złożona została po południu na ręce organizatorów konkursu.
Tydzień później, w czasie ogłoszenia wyników, byłem trochę podenerwowany. Wraz z resztą delegacji Mastercadr, chciałem zostać wyróżniony za scenariusz, trzymałem kciuki za przyjaciółkę reżyserkę, sentymentalnie myślałem o nagrodzie dla pana Janka, naszego aktora. Okazało się jednak, że musimy obejść się smakiem, a bilety do LA (nagroda główna) wpadły w ręce ludzi, których od tamtej pory nie lubię. Na pocieszenie organizatorzy przygotowali dla nas przekąski i openbar na whiskey. Byliśmy w niezbyt dobrych nastrojach. Szukaliśmy odpowiedzi na wiele pytań. Wiem, że alkohol i inne używki nie są odpowiedzią, a na pewno nie ostateczną. Chyba że pytacie, co robiłem w tamten sobotni wieczór.
Emil napisał scenariusz do Żaru (reż. Sara Bustamante-Drozdek) do obejrzenia pod linkiem vimeo.com/30991533
Karolina
Piątek, około godziny 18. Wszyscy mamy spotkać się w mieszkaniu głównego reżysera (które na czas trwania projektu jest „bazą” naszej ekipy) w celu wymyślenia fabuły. W końcu co dwie głowy to nie jedna. Kiedy wreszcie udało mi się dostać na niemalże sam koniec Warszawy, w mieszkaniu były cztery osoby. Dwójka głównych pomysłodawców pojechała na tzw. Kickoff (odebranie informacji odnośnie tekstu, rekwizytu, bohatera i gatunku), a uczestnicy w mieszkaniu praktycznie się nie znali.
Problemy, problemy…
Bakłażan! pisarz Tadeusz, załóż swoje okulary, bo będę tańczyć w płomieniach i fantasy… Zestawienie na pierwszy rzut oka wydaje się być jakkolwiek połączone – absurd tekstu można idealnie wpisać w historie fantasy o gadającym bakłażanie i voila! Najpierw wymyślanie. A raczej głęboka debata, jak należy rozumieć pojęcie fantasy i że to wcale nie muszą być skaczące elfy – nie obyło się bez argumentów z wikipedii czy filmików na Youtube. Wbrew pozorom to wcale nie tak prosto wymyślić spójną, krótką i przekonywującą historię, a to przecież podstawa. Pomysł ciągnie całą resztę, tylko jak pod presją 3 godzin wymyślić coś sensownego (teoretycznie do 4 nad ranem scenariusz miał być gotowy, tak żeby ze zdjęciami ruszyć z samego rana, bo w końcu dni są coraz krótsze, a światło dzienne jest potrzebne)? Studentka pierwszego roku scenariopisarstwa zaproponowała „rzucanie” problemami, które nam się przydarzyły ostatnio, by od tego wyjść i zbudować historię. Po bezowocnej godzinie wiadomo było, że jest nas po prostu za dużo. Praca twórcza przerodziła się w spotkanie czysto towarzyskie, które niczemu nie służyło. Kogoś trzeba było wyprosić, ktoś inny sam się zorientował, że sztuczny tłum nie jest tu potrzebny, a pomysłodawcy i scenarzysta po prostu uciekli gdzie indziej. Scenariusz faktycznie powstał, ale dopiero ok. 9 rano następnego dnia.
Potem wcale nie było lżej. Część aktorów była angażowana w sobotę nad ranem. Potrzebne były rekwizyty, po które trzeba było jeździć nie wiadomo gdzie. Wybór miejsca też był wyzwaniem. W końcu stanęło na Fortach Bema. Dziki tłum studentów latających z mikrofonem, generatorem prądu czy aparatami był zapewne niecodziennym widokiem dla spacerowiczów parku. Z dwunastogodzinnym opóźnieniem ruszyły zdjęcia. Zmęczenie, głód i chłód z pewnością nie ułatwiały pracy, a to przecież był dopiero początek. W końcu ok. 2 w nocy padło ostatnie „cięcie” i nadszedł czas montażu. Niestety, potrzeba snu okazała się silniejsza i zamiast poświęcić noc na pełen montaż filmu, ekipa zwyczajnie zasnęła.
Po co to wszystko?
Po ogromnej walce z własnymi możliwościami oraz czasem, gotowy film udało się oddać w terminie. Nie wszyscy byli zadowoleni, nie do końca wyszło tak, jak miało wyjść, a jednak wydaje mi się, że satysfakcja z tego przedsięwzięcia jest ogromna. Film faktycznie nie rzuca na kolana, treść jest przesadzona w stosunku do formy, ale nie o to w tym wszystkim tak naprawdę chodziło. Poznałam ludzi, których w normalnych warunkach pewnie bym nie spotkała. Nagle, zupełnie nie znając się, spędziliśmy ze sobą weekend wspólnie kreując coś nowego. Rama czasowa ma w tym wypadku ogromne znaczenie, bo jest niezwykle mobilizująca. Bogatsi o nowe doświadczenia, następnym razem nie popełnimy pewnych błędów – nie zaangażujemy tylu osób, skupimy się bardziej na sednie sprawy, a nie technicznych aspektach i pewnie kupimy więcej jedzenia. Ale w przyszłym roku wszyscy stwierdzimy, że warto znowu spróbować. W końcu niecodziennie można w 48 godzin trafić do Cannes…
Dzieło ekipy Karoliny to Genesis w reżyserii Piotra Buszewskiego.

Komentarze