Nie znam się, więc się wypowiem

Jan Kobuszewski powiedział o nim: Jest w dziesiątce najważniejszych komediopisarzy od początku istnienia teatru polskiego – obok Fredry, Blizińskiego, Bałuckiego, Słonimskiego, Mrożka – i chwała mu za to. W wywiadzie z Markiem Różyckim jr Stanisław Tym zdradza dlaczego nie lubi udzielania wywiadów i czym dla niego jest satyra.

Marek Różycki jr: Nie wiem, czy mnie Pan jeszcze pamięta. Rozmawialiśmy kilka razy na planach filmowych Stanisława Barei. Ja grałem – oczywiście – epizody lub statystowałem, by napisać tekst dla „Tygodnika Kulturalnego” : „Statysta czyli osoba grająca…” Trzykrotnie zaprosiłem Pana do „Hybryd” – do naszego Ośrodka Dyskusyjnego.
Stanisław Tym: Przykro mi, ale nie pamiętam. Wie Pan, wielu ludzi mi się kłania. Ja  pamięć mam dobrą, tylko krótką. Mówią obecnie, że krótka pamięć i dobre zdrowie są gwarancją sukcesu.
 
Rozumiem. Nigdy nie byłem kimś znaczącym. Nie to, co Pan: autor, aktor, współreżyser, reżyser, satyryk, felietonista, były student chemii, PWST, SGGW, robotnik u Wedla, rolnik. Kim Pan jest, Panie Tym?
Zaledwie drugi raz mam takie pytanie w życiu. Jak panu wiadomo albo i nie wiadomo, postanowiłem wynieść  się z Warszawy za granicę. Za granicę województwa, daleko, 300 kilometrów na północ. W związku z tym zacząłem w pewnym czasie studiować technikum rolnicze, ukończyłem kurs rolniczy. Nabyłem gospodarkę na wsi, taką niewielką – pięć hektarów. Naczelnik mojej gminy, bardzo miły, sympatyczny, bardzo mi pomagający, nie mógł mnie zaszufladkować. Bo to tak: przyjeżdżam, wracam, znikam ze wsi, jestem, nie jestem. Sołtys przychodzi do mnie z jakąś sprawą, mnie akurat nie ma, bo jestem w Warszawie, albo występowałem w „Podwieczorku przy mikrofonie”, albo mam jakiś film, w którym gram i nagle wracam, bo mam żniwa, i tak to w kółko trwa. Powoli się stąd wynoszę, a tam przenoszę, ale ciężko zerwać te więzy z Warszawą. Co w stolicy trochę grosza zarobię, to na wsi ten pieniądz wydam. I tak w kółko. Kiedyś właśnie byłem z wizytą u mojego naczelnika z pytaniem, czy mógłby mi w pewnej sprawie pomóc. I tak rozmawiamy o moich kłopotach, że tego nie ma, że owego nie ma i naczelnik tak patrzy na mnie i mówi w pewnej chwili tak: Wie pan, ja w ogóle to nie wiem właściwie, jak to jest z panem. Kim pan właściwie jest?! Czy pan jest rolnik, czy pan jest artysta, czy pan jest urzędnik?… Raz pan jest tutaj, zaraz pana nie ma!.. Ja mu na to mówię: Przecież ja nic złego nie robię. – Ja wiem, ale chciałbym wiedzieć, jak to właściwie z panem jest. Jemu to było strasznie potrzebne, żebym się zdefiniował i zaszufladkował. A ja panu prywatnie powiem: całe moje dotychczasowe życie poświęciłem praktycznie temu, żeby się nie dać zdefiniować. Dużą część energii w życiu poświęcam na to, żebym ja nie wiedział, kto ja jestem i żeby inni nie wiedzieli. Tyle nadziei, ile niewiadomej. Jak się już wszystko rozwiąże, to już nie ma o czym mówić.
 
Kiedy poprosiłem o rozmowę, powiedział Pan, że nie udziela wywiadów. Ja to świetnie rozumiem. Czyżby zabierał Pan głos wyłącznie na temat i w sprawach bliźnich?
Nie. Nie udzielam wywiadów z kilkunastu powodów i wiele by o nich mówić. W większości wypadków spotykam się z żurnalistami – tak ich już określam – zawodowymi. Oni mają dużą łatwość w rozmowie i taką, wie pan, butność i pewność siebie. W tych pytaniach to właściwie nie ma żadnych problemów, nie ma żadnych wątpliwości. Oni wszystko wiedzą, oni wszystko umieją, oni wszystko potrafią. Właściwie – to oni znają nawet moje odpowiedzi, albo odpowiadaj za mnie. Chodzi im tylko o to, żebym ja je potwierdził i podpisał własnym nazwiskiem. „Obserwując pańskie przygody filmowe można stwierdzić, że pan preferuje…” – i gada taki podobne fanfarony i duperele. Wszystko takie mądre: same „ą” i „ę”. Ja patrzę na niego i mam wielką ochotę odejść.
 
Jak określiłby Pan ważne zadanie, a nawet misję satyryka – szczególnie w naszym ukochanym kraju?
Tak samo, jak każdego innego piszącego – pisać prawdę i nie bać się!  Widzi pan, u nas zawód satyryka jest bardzo trudny, dlatego, że u nas istnieje cała masa tabu i „świętych krów” oraz niemożliwości niejako „z definicji”. Jeżeli zaś pewne warstwy literatury zostały wyrugowane, jeżeli zostały zanegowane, jeżeli są one w zaniku, jeżeli nastąpiła atrofia pewnych sposobów pisania i myślenia ludzi – w tym momencie literatura jest niepełna! Musi istnieć literatura satyryczna, tak jak musi istnieć nieskłamana literatura dramatyczna na temat rzeczywistości, musi istnieć literatura tragiczna, także – lekka, bulwarowa, powieść, nowela. Tylko potrzebna jest równowaga bez przegięcia i dostępność, a także stała praca u podstaw polegająca na wyrabianiu w społeczeństwie dobrych gustów i zapotrzebowań, swoistego głodu na przekaz literacki, satyryczny, dramatyczny z wyższych półek wziętych! Literatura satyryczna zajmuje takie samo miejsce, jak każda inna – ani mniej, ani bardziej eksponowane. Wszystkie gatunki literatury są tak samo ważne i trudno je rozdzielić, że ta jest satyryczna, a tamta – dramatyczna, a owa – bulwarowa. One się wszystkie przenikają wzajemnie. Można w sposób satyryczny napisać bardzo dobrą powieść kryminalną, która będzie jednocześnie powieścią tragiczną mimo wszystko.
 
Powróćmy może jeszcze do owej pozycji satyryka w społeczeństwie. Powiedział ktoś, że satyryk ma rację bytu, dopóki istnieją ludzie, którzy sądzą, że wszystko, co czyni się z poważną miną – jest rozsądne i nie podlega dyskusji. Tych ludzi nam – w zastraszającym tempie – przybywa, niestety. Obnoszą wszędzie rozdęty patos pustki swej osobowości i wielu daje się na to nabrać. A już szczególnie – w polityce…
Jest takie zdanie Swifta, nie pamiętam dosłownie, ale chodzi o sens: „Ludzie, którzy w życiu kierują się uczuciem, czują ten świat bardzo tragicznie; ludzie, którzy kierują się rozumem, widzą to wszystko strasznie śmieszne.” Prawda najpewniej leży pośrodku, ale jest faktem, że jeżeli starać się to wszystko zrozumieć, pojąć i czynić w tym kierunku wysiłki – to jest to strasznie śmieszne.
 
U nas bardzo wiele rzeczy nadaje się do satyry, w związku z czym zawód satyryka jest trudny do uprawiania. Ci poważni odbiorcy, a jest ich bardzo, bardzo wielu, czują się szalenie ugodzeni w te ich rozdęte i nadęte ambicje ich wielka miłość własna jest wystawiona na ciężką próbę, jeżeli coś jest wyśmiane i „zaatakowane” przez satyryka.
Ludzie lubią się śmiać. Z innych. Takie jest zdanie wielu satyryków. Pan natomiast stwierdził, że gdy robi się u nas komedię, której bohaterem jest – dla przykładu – kolejarz lubiący wypić i bijący żonę, to zaraz protestują przeciw temu kolejarze, dowodząc, iż taki osobnik w tej branży nie pracuje i wypraszają sobie podobne insynuacje. Jak w takim systemie zależności uprawiać gatunek dramatu obejmujący utwory o charakterze satyryczno-obyczajowym? Ideałem takiego systemu byłoby nie uprawiać tej dziedziny i wszystko traktować na serio. Uważam jednak, że jest rzeczą potrzebną i celową uprawiać działalność satyryczną i komediową – komediopisarstwo, wbrew powszechnie przyjętym zwyczajom. System, o którym mówię, chroni się wzajemnie w sposób bardzo sztuczny, dość żałosny i nieprawidłowy. Każdy władca potrzebuje przecież Stańczyka, który by go trzymał przy zdrowych zmysłach. By nie „uleciał jak balon” nad mocno skrzeczącą rzeczywistością. U nas jest wiele rzeczy postawionych na głowie; na przykład satyryk jest winien, że koleje są niepunktualne, że ludzie na odpowiedzialnych stanowiskach – nie są fachowcami i opowiadają społeczeństwu bajki lub głupoty itd. itd. A to tylko przecież wyimek problemu!
 
Moim zdaniem satyra – to bardzo często „piana bezsilności”.
Zapewne bywa i tak. Pyta pan jak tę satyrę uprawiać? Przy pisaniu bardzo ważne jest, by zabić w sobie tego cenzora prywatnego – autocenzora – i zdobyć się na odwagę sformułowań wbrew wszystkiemu. Piszący, który się zacznie samokontrolować, właściwie podciął sobie gardło – to znaczy ostrze pióra sobie podciął. To jest najgroźniejsze, co może być!
 
Humorysta rozśmiesza, satyryk – ośmiesza… Wśród typów twórczości satyrycznej występuje obecnie głównie tak zwana – satyra interwencyjna, odsłaniająca niedomogi życia codziennego. A co z satyrą literacką, polityczną?
Satyra to musi być coś, co atakuje, co dotyczy personalnie i indywidualnie jakichś zjawisk z codzienności, które natychmiast się kojarzą – mają swoje asocjacje dla inteligentnych, obytych z literaturą i kulturą odbiorców. Satyra to jest właściwie jeden gatunek. To jest ostry dowcip, humor ośmieszający wady i przywary ludzkie, wszelkie ułomności natury ludzkiej, naganne sposoby postępowania i poglądy, obyczajowość, stosunki społeczne i polityczne. Satyra zawsze musi mieć odniesienie do rzeczywistości. To jest stańczykowanie „na kontrze do”. To cały czas mówienie dowcipów przy królu i to dowcipów ostrych! Obowiązkiem satyryka  jest właśnie mówienie tych dowcipów na kontrze do króla… To niejako sprowadzanie go na ziemię z jego wyżyn zacudowania się sobą, swoją wielkością i „mniemanologią stosowaną”, jaką on się posługuje!
 
Funkcjonuje opinia, że satyryk to obrażony idealista…
Tak było zawsze. Obowiązkiem satyryka na całym świecie jest śmiać się z zarządzeń administracji, rozmaitych ustaw i regulaminów itd. To nie o to chodzi, że zarządzenia są zawsze głupie, idiotyczne, że zawsze bez sensu, choć – niestety – dość często. Po prostu jest to wprowadzenie nowego wymiaru, nowego punktu widzenia spraw. Nie znaczy to bynajmniej, że trzeba to wszystko gruntownie zmieniać, że jest to całkowicie do zanegowania. Nie w tym rzecz! Jest to – powtarzam – pewne dopełnienie wizerunku, nowy sposób widzenia spraw, dopełnienie obrazu. Nowy wymiar!
Chyba tak też to widzieli twórcy o zacięciu satyrycznym, z którymi pan współtworzył satyrę – szczególnie: reżyser Stanisław Bareja, Edward Dziewoński, dla których pisał Pan  teksty oraz mistrz Wojciech Młynarski i inni wielcy w tym rzemiośle – misji w społeczeństwie…
Obowiązkiem satyryka jest wspomagać rzeczywistość, ludzi, władzę, wszystkich – w tym nowym spojrzeniu, w tym kpieniu, w tym najostrzejszym, rzetelnym, uczciwym wyśmiewaniu. Obowiązkiem satyryka w Polsce jest to samo. Ja muszę się z tych obowiązków wywiązywać, bo są to obowiązki ponadczasowe i ponadnarodowe, a nawet – ponadustrojowe! To jest nasza wspólna satyryczna rola, misja, obowiązek, nasze zadanie – z którego również nas kiedyś pokolenia rozliczą.
 
Krążą pogłoski, jakoby istniał kiedyś studencki Teatr STS*.
Nie istniał. Nie istniał na pewno. Wszelkie podejrzenia, że teatr ten dał ponad 60 prapremier polskich sztuk współczesnych, składanek satyrycznych itd. są całkowicie wyssane z palca! Z brudnego palucha. Nie było takiego teatru, nie było takiej sceny, nie było takich autorów jak: Jarecki, Abramow, Drawicz, Osiecka, Tenenbaum, Dąbrowski; nie było takich kompozytorów, jak Marek Lusztig, nie było takich występujących, jak : Pracz, Utrata, Malecha. Nie było także takiego adresu – Świerczewskiego 76, nie było takiego telefonu: 31 – 14 – 67. To jest wszystko rzeczywiście nieprawda i ja to mogę poświadczyć podpisem. Wiem to najlepiej, bo kilkanaście lat brałem udział w pracach tego teatru.
 
Mówi się czasem, że tragedią artysty, także artysty satyryka, jest niemożność zrealizowania ideału, zrealizowania swej sztuki. Jednak obecnie odnoszę takie wrażenie, że prawdziwą tragedią prześladującą większość naszych artystów – także tych podszywających się pod satyryków – jest zbyt duże zwracanie uwagi na formę.
Uważam, że u nas obecnie tak naprawdę to właściwie w ogóle satyryków już nie ma. W związku z czym mówienie o artystach satyrykach jest nieporozumieniem. My jesteśmy obecnie zbyt dbali o wygodę. Oczywiście, są faceci, którzy starają się przebić – i z ogromnym szacunkiem, z wielką powagą trzeba traktować te wysiłki i te próby. Natomiast satyra u nas praktycznie nie istnieje. Używa się więc chętnie słowa, „satyra”,
ponieważ ono nieźle brzmi i daje takie przekonanie, że jeśli jest słowo, to jest i desygnat.
 
Dotychczas Pana działania sprowadzały się chyba do czegoś takiego, jak wytaczanie ludziom procesu myślenia. A to bardzo trudne zadanie  jeśli te działania i „zabiegi przekazu”  nie trafiają  na „żyzne podglebie” – jeno powielekroć na  beton, piach i bagno…
Zacznę odpowiedź od pieca:  miałem szczęście w swoim życiu zetknąć się z kilkoma ważnymi grupami, wspaniałymi ludźmi, to znaczy: miałem szczęście, że byłem w jednym teatrze, który nie istniał – mam na myśli STS – była to bardzo ważna i silna grupa społecznego działania. Miałem szczęście być – w małym stopniu, ale jednak – autorem i wykonawcą w kabarecie „Owca”, który uważam za jedne z najważniejszych dokonań satyrycznych. Miałem szczęście brać udział w takim filmie, jak „Rejs”, który również uważam za jeden z ważniejszych filmów. Patrzę na te sprawy jako człowiek, któremu od zawsze marzyła się Satyra przez wielkie „S”, ale także – dowcipkowanie i przedrzeźnianie – więc ja miałem to wybitne szczęście w życiu. Mnie się akurat udało, powiodło, los był mi ogromnie łaskawy – nie wiem dlaczego. Wiem natomiast, że muszę te sprzyjające okoliczności, które mnie ukształtowały, wykorzystywać – póki żyję.  Czy poprzez wytaczanie ludziom procesu myślenia? Można to nazwać inaczej – „Bycie lustrem dla społeczeństwa”. Są tacy, którzy się w tym lustrze przeglądają i inni – którzy w to lustro rzucają, czym popadnie. Ponieważ oni myślą tak: jak stłuczemy lustro to ju nie będziemy tacy, jak się w nim widzimy. Wtedy będziemy zupełnie inni.
 
To jak jest z tą satyrą naprawdę?
Jest dokładnie tak jak z powietrzem.
 
Satyra to powietrze, którym się oddycha, rozumiem… Ale ja obecnie coraz ciężej oddycham, a właściwie – ledwo już zipię  i czuję, że zrobiono nam przerwę w oddychaniu!
Tak. Powiedzmy, że satyra to tlen. Uważam, że nie możemy oddychać azotem. Nie przypuszczam, żeby to było w ogóle możliwe.
  
Ma Pan jakąś rurkę? To ja się choć podłączę…
 
 

STS – Studencki Teatr Satyry
Teatr kabaretowy działający w latach 1954-1975; jedna z najbardziej zasłużonych inicjatyw artystycznych w latach PRL-u. Dewizą jaka mu przyświecała podczas działalności był tekst Andrzeja Jareckiego Mnie nie jest wszystko jedno. Podczas swojej działalności teatr dał 55 premier i 3200 przedstawień. Specjalnością STS-u stały się tzw. „rewie satyryczne”. Pierwsze przedstawienie dał 2 maja 1954, ostatnie 14 marca 1975. Kolejno dyrektorami STS-u byli: Henryk Malecha, Andrzej Jarecki, Marian Kubera, Ryszard Pracz, Stanisław Tym, Ryszard Włosiński, Edmund Krasowski, Leonard Czepik. Wpływ poetyki STS zachował się w późniejszej twórczości jego autorów i reżyserów.

Komentarze