Powrót królów

Faworyci mają ciężkie życie. Ciążąca na nich presja związana z oczekiwaniami kibiców sprawia, że nawet łatwy mecz potrafi zamienić się w koszmar. Jednak gdy po latach rozczarowań przychodzi sukces, smakuje on dwa razy lepiej.

Krykiet to prawdopodobnie jeden z najbardziej niemedialnych sportów na świecie. Oficjalne mecze międzypaństwowe trwają do 9 godzin, a zrozumienie wszystkich aspektów gry wymaga cierpliwości i skupienia. A jednak mieszkańcy krajów byłej wspólnoty brytyjskiej, zwłaszcza azjatyckich, kochają krykieta i niesamowicie emocjonują się każdym meczem. Dla Hindusów krykiet to niemalże religia, z którą żaden inny sport nie może się równać. Kiedy w 2007 roku na Mistrzostwach Świata w Indiach Zachodnich Hindusi nie wyszli z pierwszej fazy grupowej, uznano to za klęskę. Zwolniono trenera Grega Chappella i skoncentrowano się na budowaniu drużyny na Mistrzostwa Świata w 2011 roku. Indie organizowały je z inną potęgą krykieta – Sri Lanką. Azjatyccy kibice liczyli, iż któryś ze współgospodarzy przerwie trwającą 12 lat hegemonię Australii. Okazało się, że nie będzie to trudne. Dla Aussies był to najgorszy turniej od 1983 roku, odpadli już w rozgrywkach grupowych, kończąc rekordową serię 34 meczów bez porażki na Mistrzostwach Świata. Hindusi grali za to jak natchnieni, niesieni fantastycznym dopingiem swoich kibiców. Bez problemu wygrali z reprezentantami Australii oraz lokalnymi rywalami z Pakistanu. Mecz z zachodnimi sąsiadami był bardzo ważny ze względu na napięte stosunki między tymi krajami. Finał w Bombaju, gdzie Indie pokonały Sri Lankę, także przeszedł do historii. Był to bowiem jeden z najbardziej dramatycznych meczów w historii mistrzostw świata, a eksperci zgodnie uznali go także za najlepszy. W kraju zapanowała euforia, a ludzie cieszyli się i bawili przez całą noc.
 

Sprostać oczekiwaniom

Krykiet cieszy się również sporym zainteresowaniem wśród Nowozelandczyków, ale bez porównania z tym, jakie emocje wywołuje u nich rugby. Podczas rozgrywania meczów międzypaństwowych największe miasta zamierają, a wszyscy śledzą ruch owalnej piłki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pokochali oni ten sport bardziej niż inne nacje, choć rugby jest też uważane za sport narodowy w innych państwach Oceanii, a nawet w RPA. W krajach wchodzących w skład Zjednoczonego Królestwa zainteresowanie rugby można porównać jedynie do piłki nożnej, a na południu Francji młodzi chłopcy częściej kopią owalną niż okrągłą piłkę.
Co cztery lata rozgrywana jest najważniejsza impreza w rugby − Puchar Świata, w której uczestniczy 30 najlepszych drużyn. Faworyt jest jednak zawsze ten sam. All Blacks, jak nazywani są gracze Nowej Zelandii, przed każdym turniejem są głównym pretendentem do zwycięstwa. Trudno się temu dziwić. Nowozelandczycy mają najlepszych zawodników oraz ligę, a od 2004 roku także trenera – Grahama Henry’ego. Jednak od zdobycia w 1987 roku pierwszego Pucharu Świata wyspiarzom nie udało się powtórzyć tego wyczynu. Frustrujący był powtarzający się scenariusz, według którego przebiegały kolejne turnieje. Najpierw w spotkaniach grupowych Nowozelandczycy demolowali przeciwników, ustanawiając przy okazji kolejne rekordy ilości przyłożeń w jednym meczu. Później, im wyższa stawała się stawka meczów, tym gorzej sobie radzili z ciążącą na nich presją. Przegrywali po licznych błędach, zwłaszcza w ataku. W tym roku w końcu miało być inaczej. Rozgrywanie turnieju u siebie zapewniało im wsparcie dziesiątek tysięcy kibiców na stadionie, którzy razem z nimi odprawiali hakę, czyli rytualny wojenny taniec Maorysów, mający na celu przestraszyć przeciwników. Nowa Zelandia szła przez turniej jak burza, aż do finału z Francuzami, najbardziej niewygodnymi dla nich przeciwnikami. Trójkolorowi, jako pierwsza reprezentacja w historii, wyszła z grupy z dwoma porażkami na koncie. W fazie pucharowej także nie zachwycili, wygrywając w półfinale tylko minimalnie z Walią. Mimo to All Blacks nie czuli się zbyt pewnie. Po 46 minutach (mecz składa się z 2 połów po 40 minut) było 8:0 dla Nowej Zelandii, ale już 3 minuty później Francuzi przegrywali tylko 1 punktem. Jednak dzięki znakomitej grze obronnej, dotrwali zwycięsko do końca i mogli się cieszyć z upragnionego powrotu na należny im tron.
 

Na wyjeździe

Zarówno Indie, jak i Nowa Zelandia będą faworytami rozgrywanych za 4 lata Mistrzostw Świata. Jednak pozostałe drużyny narodowe, w myśl zasady bij mistrza, zrobią wszystko, by nie dopuścić do dubletu. Obie reprezentacje są na tyle silne, aby stać się hegemonami w swoich dyscyplinach na paręnaście lat. Jednak obrona tytułu poza granicami własnego państwa, bez wsparcia wielotysięcznej publiczności na stadionach i ze zmienionym już składem będzie dużo trudniejsza niż wejście na szczyt. Właśnie dlatego nie mogę się już doczekać czekających nas za 4 lata emocji, bo rozgrywki zapowiadają się jeszcze ciekawiej niż tegoroczne.

Komentarze