Produkt: student

System edukacji przypomina wielką maszynę. Setki trybów i trybików pracuje non stop, aby wyprodukować kolejnego studenta. Wszystko w porządku, jeśli owy produkt nie jest wybrakowany. Niestety, taśma produkcyjna polskiej oświaty od dłuższego czasu przestała nadążać z ilością zamówień.

Edukacja jest niewątpliwie jednym z najważniejszych elementów polityki odpowiedzialnego państwa. Każdy ośrodek władzy powinien dążyć do innowacji, zwiększenia wydajności pracy, zmniejszenia nierówności społecznych, a przede wszystkim do utrzymania ładu i bezpieczeństwa. Wysoki poziom wykształcenia to korzyść dla każdego obywatela. Cóż jednak zrobić, jeśli państwo nie oferuje wykształcenia na równym poziomie, traktując dyplom magistra jako wartość samą w sobie? Poprzez lata zaniedbań dorobiliśmy się w kraju systemu edukacyjnego, którego główną cechą jest masowość.
 

Magia liczb

Jak wynika z danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego obecnie w Polsce w 458 uczelniach, 132 publicznych i 326 niepublicznych, kształci się prawie 2 miliony studentów. Daje to Polsce jeden z najwyższych na świecie wskaźników skolaryzacji oraz największą liczbę instytucji szkolnictwa wyższego w Europie. Edukacja na poziomie studiów bardzo się upowszechniła. Rodzi to następne wyzwanie, by wraz z powszechnością uczelnie zachowały wysoką jakość – twierdzi Leszek Cieśla, przedstawiciel MNiSW.

Rzeczywiście, Polska bardzo chlubnie wygląda w statystykach i raportach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), gdzie uwzględnia się relację ilościową osób posiadających wyższe wykształcenie do ogółu społeczeństwa. Liczby wyglądają imponująco. W kraju, w którym jeszcze 30 lat temu ta relacja była najgorsza w Europie, gdzie w połowie lat 90. wyższe wykształcenie miało zaledwie 6,8 proc. ludności, wyrastamy na czwarty najlepiej wykształcony naród na świecie. Odsetek obywateli w wieku szkolnym w Polsce, która w 2008 r. zdobyła wykształcenie wyższe, wyniósł 50 proc. Nasz kraj znalazł się tylko za Finlandią, Słowacją i Irlandią. Ponadto niemal 64 proc. absolwentów uczelni wyższych może pochwalić się tytułem magistra, co jest najwyższym poziomem na świecie (łączny odsetek osób z wyższym wykształceniem w Polsce wynosi 20 proc. i jest niższy od średniej OECD na poziomie 28 proc.). Niestety, za statystycznym wzrostem poziomu wykształcenia Polaków nie idzie w parze odczuwalna jakościowa zmiana kwalifikacji, czy poprawa standardów życia publicznego. Masowość studiów jest środowiskiem, które nie sprzyja jakości, a jest korzystne dla patologii – uważa Dominika Kita, przewodnicząca Parlamentu Studentów RP.

Podobne przekonanie zyskuje coraz więcej zwolenników i to zarówno wśród pracodawców, jak i samych studentów. Uniwersytet nie kojarzy się już z miejscem elitarnym, a świadomość pójścia na studia i uzyskania stopnia magistra nie przekłada się na sukces na rynku pracy. Potwierdzają to, przeprowadzone jeszcze w 2008 r., badania Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych (IIBR). Zdecydowana większość studentów zamierza po ukończeniu studiów szukać pracy w Polsce, jednak dość sceptycznie oceniają oni swoje szanse znalezienia pracy zgodnej z wykształceniem i jednocześnie za dobre wynagrodzenie. (…) Tylko 17,5% respondentów uznało, że na polskim rynku pracy można przebierać w atrakcyjnych ofertach. Zdecydowana większość studentów biorących udział uważa, że ciekawe oferty pracy należą w Polsce do rzadkości – twierdzą autorzy badania.
 

Bez kwalifikacji

Niemal 25 proc. absolwentów uczelni wyższych w Polsce to humaniści (humanities and arts). Dokładnie tyle samo wynosi wynosi średnia dla 30 krajów OECD. Co ciekawe odsetek ten jest dużo niższy niż np. w Niemczech i Irlandii, gdzie humaniści stanowią ok. 30 proc. wszystkich absolwentów. Największą bolączką polskiej edukacji wyższej jest liczba inżynierów. Zaledwie 8,6 proc. absolwentów ukończyło kierunki techniczne, dużo mniej od średniej OECD wynoszącej 12 proc. i zdecydowanie gorzej od Korei czy Japonii, które przodują w tym zestawieniu (odpowiednio 23,2 i 19,3 proc.). Matematycy i informatycy (mathematics and computer sciences) to 4,2 proc. osób z dyplomami, nieco poniżej 4,8-proc. średniej dla krajów OECD. Diagnoza, którą przeprowadziło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego z 2008 pokazała, że struktura kształcenia nie odpowiada oczekiwaniom pracodawców. Według przeprowadzonych ekspertyz polscy pracodawcy potrzebują przede wszystkim inżynierów oraz informatyków, co nie znajduje odzwierciedlenia w kierunkach kształcenia. W przypadku kierunków technicznych w 2013 roku w przemyśle może zabraknąć nawet 46,8 tys. inżynierów, a w usługach niedobór ten może wynieść ponad 22 tysiące. Mimo 2 milionów studentów coraz trudniej będzie nam znaleźć fachowców w swoich dziedzinach. Dlatego MNiSW wprowadziło program kierunków zamawianych – informuje Leszek Cieśla. Na dzień dzisiejszy już prawie 50 tys. studentów otrzymuje 1000 zł stypendium miesięcznie na kierunkach studiów strategicznych z punktu widzenia polskiej gospodarki. Z danych Ministerstwa wynika, że program działa. W 2010 roku w pierwszej dwudziestce najpopularniejszych kierunków studiów jest aż siedem z listy kierunków zamawianych. Największy awans odnotowało budownictwo, które znalazło się na drugim miejscu wśród najpopularniejszych studiów w Polsce (rok temu na 4. pozycji, a trzy lata temu na 11.).

Nadal jest to jednak kropla w morzu potrzeb. Wszelkie znaki na niebie i ziemi potwierdzają, że mamy do czynienia z kryzysem szkolnictwa wyższego. Degeneracja całego systemu edukacji jest jednym z największych nierozwiązanych problemów państwa w okresie transformacji systemowej, jakim jest Polska. Gwałtowny spadek wartości tytułu magistra potwierdza, że obecny model edukacyjny jest niewydolny strukturalnie i nie tylko nie odpowiada potrzebom kapitalistycznej gospodarki, ale po prostu hamuje modernizację kraju, wprowadzając na rynek półprodukty.
Brak reform i skorelowania systemu edukacji z rynkiem spowodował proces, który polega na wyjaławianiu się polskiego rynku z pracowników o cennych umiejętnościach, którzy często muszą po prostu wyjeżdżać za granicę, aby należycie wykorzystać swój kapitał intelektualny. Z drugiej strony zapanowała istna moda na studiowanie. Każdy chce iść na uniwersytet, mieć wykształcenie wyższe, rościć sobie prawo do bycia inteligentem. Prowadzi to do zgubnych skutków. Po pierwsze, degraduje to szkolnictwo zawodowe (tak bardzo istotne dla rynku usług, który generuje 65 proc. polskiego PKB). Tę degradację widać, czy to jeśli chodzi o poziom finansowania szkolnictwa zawodowego, czy jakości usług, które świadczy. Przykładowo w Polsce, kraju słynącym z produkcji tradycyjnych kiełbas, brakuje masarzy. Wystarczy przejrzeć oferty pracy, by zrozumieć, jak wielki jest deficyt osób, posiadających wykształcenie zawodowe. Mało kto poszukuje magistrów socjologii czy psychologii, natomiast murarzy czy fryzjerów – jak najbardziej.
 

Elita biedaków

Na wykładach inauguracyjnych często padają słowa o tym, że ten a ten kierunek studiów jest elitarny, prestiżowy, a ukończenie go jest prostą drogą do sukcesu i satysfakcji materialnej. Rzeczywistość często już na pierwszym roku sprowadza osoby pełne marzeń i ambicji do parteru. Jedyną szansą na zdobycie umiejętności potrzebnych do osiągnięcia sukcesu na rynku pracy muszą szukać raczej poza uniwersytetem. Dzieje się tak dlatego, ponieważ programy uniwersyteckie są przestarzałe, niepraktyczne, sztywne, a zajęcia specjalizacyjne układa się często nie pod kątem rynku pracy, ale pod kątem tematów pracy doktorskich pracowników naukowych. Niestety, mamy jeden z największych w Unii Europejskiej odsetków bezrobotnych wśród obywateli do 25. roku życia. Stopa bezrobocia wśród młodzieży wynosi dziś 23 proc. Oznacza to, że bez pracy pozostaje niemal 1,2 mln młodych ludzi! Mimo to uniwersytety nadal zachowują pełną władzę nad formowaniem kwalifikacji osób wchodzących na rynek pracy. Innymi słowy, model nabywania kompetencji w 5-letnim procesie kształcenia w żaden sposób nie jest skorelowany z wymaganiami rynku. Zapewne mało kto zastanawia się nad tym podczas studiów, ale mechanizm popytu i podaży bardzo brutalnie weryfikuje kwalifikacje świeżo upieczonych absolwentów. Stąd właśnie tylu bezrobotnych magistrów. Należałoby zadać sobie pytanie, po co w takim razie tak długi proces kształcenia, skoro i tak umiejętności potrzebne do znalezienia zatrudnienia zdobywa się podczas stażów i praktyk, a nie na studiach? I po co tak wiele osób podejmuję naukę po maturze, skoro ich sytuacja na rynku pracy wcale się nie poprawi?
 

W systemie

Słowo uniwersytet pochodzi od łacińskiego Universitas, co oznaczało wspólnotę, korporację, całość. Wspólnotę profesury i żaków, wspólne idee, wartości. Nie bez znaczenia była tutaj relacja mistrz-uczeń, w której jeden profesor opiekował się kilkoma studentami i w ten sposób lepiej ich poznawał, kształcił, przekazywał nie tylko wiedzę, ale także sposób bycia, zachowania, czy kultury języka. W ten sposób rodził się akademicki etos inteligencji. Kryzys tak rozumianego Uniwersytetu jest aż nadto widoczny. Nikogo nawet już nie dziwią grupy zajęciowe liczące po 30-40 osób, totalna anonimowość, brak więzi intelektualnej z profesorami, którzy często nie czerpią satysfakcji z prowadzonych zajęć, ponieważ w tak liczebnej grupie zaangażowanie jednostek spada, a zajęcia stają się schematyczne. Nawet najbardziej zdeterminowani dydaktycy pozbawieni są możliwości indywidualnego poznania każdego podopiecznego. Pojawia się również kwestia relacji uczelnia – student. Każdy z nas wie, że nie jest to relacja oparta na partnerskich zasadach, a często takie pojęcia jak prawa studenta traktowane są jako zło konieczne. Widać to chociażby w oporze uniwersytetów przed podpisywaniem umów prawnych ze studentami. Spisanie takiej umowy z każdym studentem skutkowałoby skonkretyzowaniem świadczeń, które student może wymagać od uczelni, otwierałoby to także szanse do sądowego dochodzenia swoich praw. Jeśli chodzi o kadrę naukową, preferowanym modelem powinien być ten anglosaski, w którym pracowników naukowych zatrudnia się na kilkuletnie kontrakty, w ramach których wykonują konkretne zadania i przekazują odpowiednie kwalifikacje, a system przechodzenia z sektora prywatnego do uniwersytetu jest płynny (oczywiście z zakazem łączenia pracy w obu sektorach!).

Kryzys tak rozumianego Uniwersytetu jest aż nadto widoczny. Nikogo nawet już nie dziwią grupy zajęciowe liczące po 30-40 osób, totalna anonimowość i brak więzi intelektualnej z profesorami

 

Portfel naukowca

Skostniałość polskiego szkolnictwa wyższego obrazuje ich pozycja w najbardziej prestiżowych rankingach. Według Timesa dwa najlepsze polskie uniwersytety – Warszawski i Jagielloński, zasłużyły na miejsce dopiero w czwartej setce zestawienia. Ważnym czynnikiem wpływającym na taki stan rzeczy jest sposób zarządzania kadrą naukową. Praca na uniwersytecie nie jest już wyzwaniem, miejscem do realizacji swoich marzeń i ambicji. Wbrew światowym trendom przedmiotów praktycznych uczą najczęściej teoretycy. Ma to związek oczywiście z wysokościami pensji dla pracowników naukowych. Według rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego profesor zwyczajny może zarabiać od 3830 do 10 000 zł miesięcznie, profesor nadzywczajny oraz doktor habilitowany od 3500 do 8000 zł. Adiunkci mogą liczyć na pensję w wysokości od 3000 do 6000zł. Dla większości utalentowanych i inteligentnych studentów perspektywa pozostania po studiach na Uczelni nie jest kusząca. Niewielka gratyfikacja finansowa przyciąga albo grupę pasjonatów, która satysfakcję naukową ceni sobie wyżej niż finansową, albo osoby, które pracę na uniwersytecie traktują jako hobby, a źródło dochodów znajdują w sektorze prywatnym.
 

Bez troski

Jednak główną przyczyną upadku stadnardów nauczania jest właśnie nieproporcjonalne do potrzeb umasowienie edukacji. W Polsce właściwie nigdy nie obowiązywały kryteria jakościowe przy finansowaniu uczelni. Prawdziwą tragedię przyniosły konkretne decyzje kolejnych rządów III RP, które oparły system finansowania o kryteria ilościowe. Dziś finansowanie kształcenia jest zależne od liczby studentów niezależnie od typu uczelni. W uczelniach niepublicznych obrazuje to czesne pobierane od każdego studenta. W praktyce oznacza to, że im więcej studentów uczęszcza na zajęcia w danej szkole, tym więcej posiada ona pieniędzy. W uczelni publicznej obrazuje to algorytm zgodnie z którym przyznawane są szkołom wyższym środki z budżetu państwa. Nie chodzi tu tylko o dotacje dydaktyczne. Również środki na utrzymanie infrastruktury zależą od liczby studentów – informuje Dominika Kita z PSRP. Działający mechanizm zmusza uczelnie do konkurowania o jak największą liczbę studentów, nawet kosztem jakości kształcenia – dodaje. W walce o studenta szkoły wyższe zgubiły gdzieś troskę o jakość oferowanych usług. Ograniczenie do minimum autonomii programowych uczelni publicznych zabiło czynnik mobilizujący poszczególne szkoły do wzajemnej konkurencji merytorycznej, czy to o studentów, czy to o dofinansowania z grantów naukowych,. Władze akademickie, aby zdobyć pieniądze, powiększają na siłę liczbę miejsc na studiach płatnych. Takie działania, zamiast przełożyć się na poprawę finansów uczelni, rzutują głównie na ilość i jakość studentów.
 

Prywatne – lepsze?

Obecny stan rzeczy nie może trwać w nieskończoność, co zresztą znajduje już odbicie w rzeczywistości. Młodzi ludzie coraz częściej decydują się uczelnie prywatne, gdzie stopień zaangażowania kadry naukowej stoi na wiele wyższym poziomie, a programy nauczania są dostosowywane do wymogów rynku pracy. Na uczelniach prywatnych nie ma także sztywnych limitów płac dla kadry naukowej, co pozwala oferować pensje porównywalne z tymi, które mogli by dostać w sektorze prywatnym. Co więcej, prywatne firmy chętniej współpracują z prywatnymi uczelniami i współtworzą z nimi programy studiów. Przekłada się to na ułatwienie studentom znalezienia zatrudnienia w odpowiedniej branży zaraz po studiach. Przykładem może być tu Wyższa Szkoła Biznesu w Nowym Sączu, która tworzy kierunki i programy studiów zgodnie z zapotrzebowaniem lokalnych firm, a jej absolwenci są rozchwytywani na lokalnym rynku pracy. Czy publiczne molochy mają szanse konkurować prywatną konkurencją? Wszystkie regulacje są tak konstruowane, aby wspierać najlepszych. Konkurencja powinna polegać na stałym podnoszeniu jakości kształcenia – twierdzi Leszek Cieśla z MNiSW. Wraz z nową ustawą uczelnie publiczne otrzymały nowy oręż w walce o konkurencyjność w postaci bardziej innowacyjnego i menadżerskiego systemu zarządzania. W nowym prawie rektor zyskuje większe możliwości zarządzania kadrami uczelni. Będzie mu łatwiej dyscyplinować pracownika niespełniającego wymogów formalnych i merytorycznych, co stanowić powinno motywację do stałego zwiększania jakości pracy naukowej i dydaktyki. Rektor ma też znacznie większy wpływ na program studiów, strukturę administracyjną uczelni, a także zarządzanie jej mieniem.
 

Czas na reformę

Większa kontrola nad niekompetentną kadrą to krok w dobrym kierunku. Jednak uczelnie publiczne muszą wzorować się na bardziej innowacyjnych prywatnych odpowiednikach. Tworzenie programów studiów w oparciu o zapotrzebowanie konkretnych firm rynku i rozwijanie oferty pod kątem użyteczności dla przyszłych absolwentów to naturalny kierunek dla każdej odpowiedzialnej szkoły wyższej. Jest to uzależnione oczywiście od dopuszczenia przez urzędników pańśtwowych do autonomicznego i elastycznego kształtowania tych programów. Spowodowałoby to również większą konkurencyjność pomiędzy uczelniami, które musiałby stale się modernizować i dostosowywać, tak aby pozostać atrakcyjnym dla swoich klientów – studentów. Wraz z ograniczeniem liczby studentów musi iść podniesienie kryteriów rekrutacyjnych chociażby poprzez podniesienie stopnia trudności i zdawalności matury, która zapewniałaby selekcję osób nadających się na studia wyższe. Aktualny próg zdawalności na poziomie 30 proc. jest sztucznie zaniżony. Nawet podniesienie go do 40 proc. podniosłoby rangę matury, a przy równoczesnej reformie szkolnictwa zawodowego osoby, które nie zdały matury i nie przejdą rekrutacji na wybrane studia, mogłyby w szkole zawodowej, ściśle współpracującej z lokalnymi przedsiębiorcami, uzyskać kwalifikacje zapewniające znalezienie pracy. Jednak przede wszystkim Polska potrzebuje wypracowania modelu skorelowania całego systemu edukacji z rzeczywistymi potrzebami, a właściwie z kwalifikacjami potrzebnymi do przyspieszenia rozwoju państwa. Polska nie ucieknie z pozycji europejskiego pariasa, jeśli nie zdecydujemy się na jakościową zmianę i reformę szkolnictwa zawodowego i wyższego. Ponadto niezbędne wydaje się podjęcie strategicznych dla państwa decyzji dotyczącego modelu polskiej gospodarki. Początek takiego myślenia widać chociażby poprzez wprowadzenie wspomnianych kierunków zamawianych, które mają służyć zdobywaniu strategicznych, priorytetowych z punktu widzenia rozwoju gospodarki umiejętności i kwalifikacji. Jaskółkę nadziei widać w nowej ustawie Prawo o Szkolnictwie Wyższym. Dalszy rozwój instytucji kierunków zamawianych, ograniczenie wzrostu liczby studentów, obowiązkowy monitoring losów absolwentów i zwiększenie autonomii programowych uczelni to kroki w dobrą stronę. Zmiany kosmetyczne nie odwrócą jednak trendu. Państwo polskie musi określić jaki model gospodarczy jest dla Polski korzystny, co chcemy osiągnąć poprzez kształcenie młodych ludzi i jakich umiejętności na rynku potrzebujemy. I ostatnie najważniejsze pytanie: czy Polska jest w stanie zagospodarować i stworzyć warunki dla jednego z ostatnich pokoleń demograficznego wyżu w Europie i w ten sposób stworzyć, stosując pojęcie Carrola Quigleya instrument ekspansji dla kraju, a w przypadku Polski – platformy edukacyjno-społecznej, która jest w stanie akumulować wytwarzane nadwyżki i wykorzystywać je w celach innowacyjnych? Chodzi tu po prostu o stworzenie modelu kształtującego polską elitę. I nie chodzi tu wcale o elitę finansową, ale elitę intelektualną, która mogłaby okazać się jednym z największych polskich atutów w wypadku załamania się strefy euro i coraz głębszego kryzysu, stawiającego koncepcję federalistycznej Unii Europejskiej pod coraz większym znakiem zapytania.

Komentarze