Mistrz i Małgorzata



Plotka… Nie jest wymagająca, karmi się drobiazgami. Ale potrafi nieźle namieszać, a nawet zmienić czyjeś życie. A w relacjach między studentką a wykładowcą o plotkę nie trudno. Co się dzieje, gdy znajomość Mistrza i uczennicy zaczyna wykraczać poza mury uczelni?

Fotografie: Paweł Karski, Wojciech Kuczek

Atrakcyjne studentki to pokusa dla wykładowców. Również dla młodych dziewczyn romans ze statecznym mężczyzną wydaje się ciekawszy niż kolejny związek z niedojrzałym studentem. Kiedy jednak uczucia mieszają się z pracą czy nauką, a uniwersytecka hierarchia zaczyna obowiązywać także w relacjach partnerskich, nie zawsze kończy się to dobrze. Takie związki nie są zakazane. Ale czy mają szansę na przetrwanie?

Studia w stolicy. Dla jednych to spełnienie snu o Warszawie, dla innych start naukowej kariery. Ale dla każdego jest to możliwość spotkań z ludźmi o wspólnych zainteresowaniach. Często osobą o podobnym spojrzeniu na świat okazuje się wykładowca. Zdarza się, że taka relacja wychodzi poza stosunki czysto naukowe. Niemal na każdej uczelni można usłyszeć o związkach studencko-wykładowczych. Czasem to tylko plotki i domysły. W większości jednak trafne spostrzeżenia ciekawskich studentów.

Moc plotki

Byłam wtedy na pierwszym roku. Trochę zagubiona, z innego miasta. Doktor od samego początku bardzo mi imponował – mówi Agata z Wydziału Socjologii UW. Uwielbiała jego zajęcia, starała się żadnych nie opuścić. Wszyscy studenci lubili wykładowcę – mówił z pasją, nie przynudzał. Choć był też wymagający, szczególnie jeśli chodzi o prace semestralne. Agacie pisanie pracy szło nie najlepiej. Nigdy nie potrafiła sprawnie przelać swoich myśli na papier. Dlatego często przychodziła na dyżury ćwiczeniowcy. Okazało się, że to czarujący człowiek. Dużo rozmawiali o sprawach naukowych. Z czasem Doktor zaczął rozpoznawać Agatę na korytarzu. Pierwszy mówił „dzień dobry”, potem już „dzień dobry, pani Agato”. Na zajęciach często zwracał się tylko do mnie. Chwalił tok rozumowania. Czasami prawił komplementy w stylu: jak radośnie dzisiaj pani wygląda, albo: jak pani weszła, to od razu zaświeciło słoneczko za oknem – wspomina studentka. Reszta studentów śmiała się z tego, bo wykładowca był z natury zabawnym człowiekiem. Nikt nie dopatrywał się czegoś niestosownego. Na jeden z dyżurów Agata przyszła w złym nastroju. Doktor od razu to zauważył, zaczął wypytywać co się stało. Byłam akurat po kłótni z chłopakiem. Powiedziałam mu to. Zaproponował kawę po zajęciach, żebym mogła spokojnie pogadać z kimś „po fachu”. Poszliśmy na Stare Miasto. Gadało nam się świetnie. O filmach, muzyce, o uczelni najmniej. Aż zapomniałam o kłótni z chłopakiem – mówi dziewczyna. Potem spotkali się jeszcze kilka razy. Coraz lepiej się rozumieli, mieli mnóstwo wspólnych tematów. Nie przeszkadzało to, że Doktor jest dużo starszy i żonaty. Byli przecież tylko przyjaciółmi. Rzadko dochodziło do kontaktu fizycznego. To były tylko niewinne poklepywania po ramieniu, dotknięcia ręki. Ze swoim chłopakiem Agacie układało się coraz gorzej. Za to z wykładowcą coraz lepiej. Potrafił słuchać, świetnie doradzał. Był inteligentny – bardzo jej tym imponował. W duchu czasami wyobrażałam sobie nas razem, ale w rzeczywistości bałam się przekroczenia tej granicy. I stało się – rozstałam się z chłopakiem. Byłam w psychicznym dołku. Doktor zaprosił mnie na kawę. Szliśmy przez Nowy Świat, a ja się rozpłakałam, bo było mi tak źle po rozstaniu. Wtedy on mnie przytulił i zaczął pocieszać. Staliśmy tak może minutę, potem przyjechał mój autobus – wspomina studentka.

To był koszmar. Zmieniłam grupę, odcięłam się od znajomych. Minęły dwa lata, ale do dzisiaj pamiętam szczegóły, jak koleżanki z roku szeptały po kątach.

Następnego dnia Agata dostała dziwny telefon. Dzwoniła żona Doktora. Była bardzo oschła i stanowcza, zakazała spotkań ze swoim mężem i zagroziła problemami na uczelni. Okazało się, że ktoś widział wykładowcę w dwuznacznej sytuacji i doniósł małżonce. A przecież do niczego nie doszło! Byliśmy tylko przyjaciółmi… Sprawa zrobiła się bardzo nieprzyjemna. Wszyscy plotkowali o Agacie i jej „romansie”. Niektórzy nawet gratulowali, że wybrała sobie łatwą drogę „zaliczenia” studiów. To był koszmar. Zmieniłam grupę, odcięłam się od znajomych. Minęły dwa lata, ale do dzisiaj pamiętam szczegóły, jak koleżanki z roku szeptały po kątach – mówi Aga. A Doktor przestał się do niej odzywać. Nie mówił już nawet „dzień dobry”. Znajomość z wykładowcą była dla niej porządną nauczką. Dzisiaj wiem, że byłam naiwna, wierząc w jakąś dziwną przyjaźń. Może dobrze, że wszystko się skończyło, zanim zaczęłoby się coś gorszego.

Gossip Girl

Jak znaleźć odpowiedniego rozmówcę? Najlepiej poprzez plotkę. Ktoś słyszał od kogoś, że… I tak dotarliśmy do Marty z drugiego roku Finansów i Rachunkowości w SGH. Atrakcyjna, wysoka, szczupła – nie tylko wykładowca mógłby się nią zainteresować. Była bardzo zaskoczona tematem rozmowy. Myślałam, że nikt o tym nie wie, mówiłam tylko najbliższym – dziwi się dziewczyna. Jak widać, plotka może sięgać bardzo daleko. Studentka na początku opowiadała niechętnie i krótko. Uprzedziła, że jej zwierzenia nie będą niespotykane. Jednak poniekąd były. Wykładowcę poznała jeszcze przed studiami, podczas wakacji przed pierwszym rokiem. Na początku nie wiedziała, że ma do czynienia ze swoim potencjalnym przyszłym nauczycielem. Błyskotliwy 35-latek od razu zwrócił jej uwagę. Szybko przeszliśmy ze zwykłej znajomości na etap spotykania się – wspomina dziewczyna. Różnica wieku w ogóle jej nie przeszkadzała, ze starszym mężczyzną czuła się bezpiecznie. Ich związek trwał kilka miesięcy. Ale po tym czasie coś się wypaliło – dodaje Marta. Co w takim razie znaczyła dla niej ta znajomość? Była raczej wakacyjną przygodą niż poszukiwaniem wsparcia na przyszłej uczelni. Dziwi mnie tylko to, że powiedziałam najwyżej dwóm koleżankom, a teraz wie o mnie połowa SGH… – kończy studentka.

Wszystko dobre, co się dobrze kończy

Ola z Wydziału Prawa i Administracji UW dobrze wspomina swoją znajomość z doktorantem. Nieziemsko przystojny, wszystkie dziewczyny na zajęciach były w niego zapatrzone. Pamiętałam, żeby zawsze dobrze wyglądać. Makijaż, perfekcyjnie dobrane ciuchy. Czasami się zgłaszałam, lubiłam przeciągać moje wypowiedzi, żeby musiał na mnie dłużej patrzeć – ze śmiechem mówi studentka. Zaczęła częściej przychodzić na dyżury doktoranta. Na początku przygotowywała sobie listę prawniczych problemów, o które pytała. Rozmawiali o zajęciach, o tym co chce robić po studiach. Z czasem zaczęli wysyłać do siebie maile. Wkradało się coraz więcej prywatnych wypowiedzi. Wykładowca był nieśmiały, ale Ola czuła, że mu się podoba. Zaczęłam być bardziej śmiała w mailowych kontaktach. Zaproponowałam spotkanie. Poszliśmy coś zjeść do Szpilki na placu Trzech Krzyży. Śmiać mi się chce, gdy przypomnę sobie jaki był speszony i zdenerwowany na pierwszym spotkaniu. Zaczął coś przebąkiwać, że nie wie, czy wypada mu umawiać się ze studentką. Ale szybko przekonałam go, że to nic takiego. Po wyjściu zrobiłam coś szalonego i pocałowałam go. Nie protestował, wręcz przeciwnie – wspomina dziewczyna. A jak na to reagowało otoczenie? Ola świetnie się bawiła opowiadając koleżanką o swoim związku z doktorantem. Czasami „dla śmiechu” dopowiadała co pikantniejsze szczegóły – w ogóle nie przejmowałam się tym, co ludzie powiedzą. Jak ktoś się mną za bardzo interesował, to zaczynałam opowiadać takie niestworzone rzeczy, że wszyscy się peszyli.

Jeśli za profesjonalizm uznaje stricte edukacyjne relacje i nie dopuszcza innych, to jest to jasne i nie wymaga tłumaczenia.

Każde spotkanie z wykładowcą było coraz bardziej namiętne. Po kilku tygodniach wyjechali razem na weekend pod Warszawę. Spędzili dwa dni w Radziejowicach. Potem coś się zmieniło. Wspólnie uznali, że to chyba nie to, czego szukali. To nie był facet dla mnie. Zbyt pochłonięty karierą naukową, trochę mało zaradny. Ale do dzisiaj mamy jako taki kontakt ze sobą. Mam świetne wspomnienia. W końcu z młodości trzeba korzystać. Studia to najlepszy czas na szaleństwa, bo kiedy jak nie teraz? – dodaje Ola.

Propozycja dla doktora

Z drugiej strony mamy kadrę naukową. Młodych, atrakcyjnych, ale już doświadczonych doktorów. Doktor Zarządzania z SGH w rozmowie telefonicznej zdradził nam z rozbawieniem, że zdarzyło mu się odebrać dwuznaczne sygnały od studentek. Przyznał, że na studiach nie da się zapomnieć o tak drobnym szczególe jak podział na płcie. Niezależnie od zajmowanego stanowiska, zajęcia, hierarchii, w dalszym ciągu jesteśmy kobietami i mężczyznami. Ergo naturalnie stworzeni byliśmy, aby okazywać sobie zainteresowanie. W środowisku uczelnianym odbywa się to w dość subtelny sposób (choć jak przyznaje większość studentek – nie ma w tym nic złego). Doktor jasno stwierdził, że tu nie o moralność chodzi, ale o profesjonalizm i o to, jakie granice wytycza sobie wykładowca. Jeśli za profesjonalizm uznaje stricte edukacyjne relacje i nie dopuszcza innych, to jest to jasne i nie wymaga tłumaczenia. Kiedy jednak uważa, że kontakty ze studentkami (jak sam wspomniał, odbiera różne sygnały, zdarzało mu się nawet dostawać dwuznaczne maile – to samo opowiadali mu jego koledzy z uczelni) nie wpływają na jego bycie profesjonalnym, a moralność nie ma tu znaczenia, tu pojawiają się odmienne zdania i opinie. Nie wszyscy są wszak zgodni. Na studiach wszyscy są dorośli i o ile strona studencka nie wdaje się związek dla korzyści, istnieje opinia, że to prywatna sprawa, co kto robi za własnymi drzwiami. Jednak takie związki budziły i będą budzić dużo emocji, bo ludzie lubią sensacje. I czego nie wiedzą, to dopowiedzą.

Od psałterza do ołtarza

Wszystkie koleżanki były wpatrzone w niego jak w obrazek. Innym przeszło, a mnie zostało – mówi Ania, żona historyka literatury z wydziału Polonistyki UW. Była studentką wykładowcy przez semestr pierwszego roku, ale ich zbliżenie nastąpiło dopiero po kilku latach. Przyjaźniła się z osobą, która znała jej obecnego męża. Tak nawiązała się jakaś relacja, która wyszła poza UW. Moja żona jest koncertującym muzykiem, gra na organach – dodaje doktor. Któregoś razu dostałem zaproszenie na jej występ. To była muzyka dawna. Łączyła się z moimi zainteresowaniami, chętne poszedłem na ten koncert. I tak to się zaczęło. Ania coraz częściej przychodziła na dyżury swojego wykładowcy bez powodu, tak żeby pogadać. To były rozmowy bez podtekstów. Niewprawny obserwator nie wychwyciłby kierunku, w jakim zmierzała znajomość, która zdecydowanie się ocieplała. Byłam wtedy na czwartym albo piątym roku. Bywałam na wydziale raz w tygodniu. Nie było krępującej sytuacji, że doktor prowadził mi zajęcia albo był moim promotorem. To dużo upraszczało. Wydawało nam się, że nikt nie wie – wspomina ze śmiechem była studentka. Najważniejsze było zachowanie dyskrecji. Niepotrzebne było dawanie otoczeniu powodów do niezdrowego zainteresowania. Ale i tak na temat uczelnianej pary powstawały różne plotki. Mówiono, że Ania jest dopiero na pierwszym roku, gdy w rzeczywistości kończyła studia magisterskie. Niektórzy zastanawiali się, czy związek z wykładowcą ułatwia jej studiowanie. Chcieliśmy tylko, żeby to była nasza historia, a nie opowiedziana przez osoby trzecie – wspomina historyk literatury. Jakimś rodzajem problemu była kwestia, jak na nasz związek zareagują najbliżsi. Pochodzimy z różnych środowisk, dzieli nas różnica wieku – 12 lat, mamy różne historie życia. Ania ma wspaniałą, ciepłą rodzinę, a ja wręcz przeciwnie. Wiele godzin przegadaliśmy o tym, jak im to powiedzieć. Ale bardziej się baliśmy, niż było potrzeba. Wszyscy przyjęli nas z sympatią. Ania i polonista UW są małżeństwem od pół roku. Dla młodej żony różnica wieku nie była nigdy problemem. Jej rodziców dzieli osiem lat, to dla niej normalne. Różnica 12 lat nie budzi emocji. Choć wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Coraz częściej czytamy o związkach, które dzieli nawet kilka pokoleń. Takie relacje rodzą szereg stereotypów, np. interesowność ze strony partnerki. To śmieszne – mówi doktor. Trudno mi to sobie wyobrazić, no bo jak długo można promować młodą dziewczynę. Wyobraźmy sobie interesowność polegającą na tym, że studentka wiąże się ze sowim wykładowcą, bo chce zdać jeden bardzo trudny egzamin. I co dalej, jak już go zda? Młoda żona zdecydowanie się z tym zgadza: Na piątym roku nie utrzymywałam raczej kontaktów z ludźmi ode mnie z roku. Z nikim nie zaprzyjaźniłam się na tych studiach, więc i nikt nie wiedział za dużo o moim życiu. Nie zdarzyło się, żeby ktoś wprost zarzucił mi, że mam łatwiej, bo jestem z wykładowcą. Sytuację ratowało to, że Ania nie miała ze swoim mężem zajęć. Dzięki temu mogli się skupić tylko na sobie, a nie na ukrywaniu związku. Rozwijała się więź wobec siebie nawzajem, a nie wobec świata. Nie musieli zastanawiać się, czy wypada im iść blisko siebie lub trzymać się za rękę. Chociaż pamiętam, że mieliśmy taką sytuację, że spotkaliśmy moją koleżankę na ulicy. Nikt nic nie powiedział, za szybko się minęliśmy. A ja przez pół dnia przeżywałam to spotkanie. Miałam zakodowane, że nikt nie powinien nas widzieć – przypomina sobie była studentka. A jak dzisiaj wygląda życie „uniwersyteckiego” małżeństwa? Przyznają, że wzajemnie się dopełniają. Dla jednego literatura dawna to praca, dla drugiego hobby. To co na początku było punktem stycznym, teraz jest tylko linią startu relacji. Najlepiej wspominają oderwanie się od tego punktu, od UW i poznawanie poza murami uczelni. Okazało się, że mam ludzką stronę, jakieś myśli i doświadczenia nie związane z nauką – śmieje się doktor.

Gdy nadszedł egzamin i przyszła kolej Natalii, ja po prostu wyszedłem z sali i zastąpił mnie ktoś inny. Nigdy nie sprawdzałem jej prac czy testów.


Miłość kwitnie na polonistyce

To nie jedyna historia na wydziale Polonistyki UW, która miała zakończenie na ślubnym kobiercu. Profesor, zajmujący się literaturą romantyzmu, poznał swoją obecną żonę dwa lata temu. Była wtedy jego studentką. Ambitna i inteligentna – szybko zwróciła na siebie uwagę. Ich kontakt zaczął się od maila z jakimś czysto naukowym zapytaniem. Później, na wyjeździe organizowanym przez wydział, Natalka podeszła do mnie i powiedziała „to ja wysłałam do Pana maila”. I od tego zaczęły się nasze rozmowy – wspomina wykładowca. Oboje powoli zbliżali się do siebie. Byli wolni, mieli wspólne zainteresowania i poglądy – nic nie stało na przeszkodzie, aby przekroczyć granice przyjaźni. Na samym początku związku, otoczenie może było nieco poruszone – dodaje profesor. Z czasem zainteresowanie nami osłabło, bo dbaliśmy, żeby nie łączyć spraw osobistych z naukowymi. Mimo że moja żona była u mnie na seminarium na trzecim roku (bo tylko ja prowadziłem zajęcia z romantyzmu). Gdy nadszedł egzamin i przyszła kolej Natalii, ja po prostu wyszedłem z sali i zastąpił mnie ktoś inny. Nigdy nie sprawdzałem jej prac czy testów. Duża różnica wieku nie przeszkadza żadnej ze stron. Również rodzina zareagowała na taki związek pozytywnie, nie było żadnych nieprzyjemności. Małżeństwo z historykiem literatury nie wpływa też na karierę naukową studentki. Zmieniła Instytut, aby nie mieć naukowego kontaktu z mężem. Nie spotykamy się już na płaszczyźnie naukowej, moja żona będzie pisała pracę magisterską w innej katedrze, dlatego nie ukrywamy się i wszyscy zainteresowani wiedzą, że jesteśmy razem – kończy profesor UW.

Przykłady z własnego podwórka pokazują, że związek młodszej studentki i starszego wykładowcy może być zwyczajną relacją dwojga dorosłych ludzi. Nie trzeba wiele, aby zaprzeczyć stereotypom. Okazuje się, że dziś młodej dziewczynie nie potrzebna jest protekcja wykładowcy. Sukces osiąga sama. I sama często decyduje się na taką relację. Co ciekawe, takie związki zdarzają się między studentkami i wykładowcami, raczej nie odwrotnie. Być może dziewczęta są po prostu odważniejsze niż chłopcy. A może to kwestia atrakcyjności? Kobiety, które poświęciły życie karierze naukowej, często nie stanowią obiektu zainteresowań dla 20-latka. Historie, które przytoczyliśmy, udowadniają, że stereotyp niemoralnej studentki i starca łasego na jej wdzięki nie odpowiada naszym polskim realiom. Sensacyjne opowieści pozostawmy niskobudżetowym filmom z USA, a w wykładowcach dostrzeżmy ludzi z krwi i kości.

Niektóre imona zostały zmienione na prośbę rozmówców.

Odpowiedz

Musisz być zalogowanym , aby umieścić komentarz.