Studia po studiach

Wacław Mejbaum, wieloletni dyrektor Instytutu Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego, powiedział kiedyś, że doktorat to w 10 proc. zdolności, inteligencja, błyskotliwość, a w 90 proc. twarda wola siedzenia na pewnej części ciała i praca. A jak w praktyce wyglądają studia doktoranckie?

Illustracja: Wojciech Kuczek

Ilustracje: Wojciech kuczek

Studia III stopnia z pozoru przypominają każdy inny poziom edukacji wyższej. Do wyboru mamy zarówno tryb stacjonarny, jak i zaoczny. Uczęszcza się na wykłady, często do profesorów znanych jeszcze z poprzednich lat studiów, a odbyte studia wieńczy się obroną napisanej przez siebie pracy dyplomowej. Niektórzy doktoranci mieszkają nawet w akademikach, chociaż trudno spotkać ich na imprezach organizowanych przez beztroskich licencjatów i magistrów. Zasadnicza różnica polega na motywacji, która kieruje młodymi naukowcami oraz etapem życia na którym się znajdują. Wraz z obroną pracy magisterskiej ostatecznie kończy się okres, w którym przygotowujemy się do dorosłego życia. Podjęcie następnego etapu wiąże się ze wstąpieniem na pewną ścieżkę, z której trudno zboczyć. Decyzja rozpoczęcia kolejnego stopnia studiów, oprócz wielu wyrzeczeń, oznacza również wyrażenie chęci dołączenia do intelektualnej elity kraju. Zbioru ludzi, którzy przynajmniej część życia przeznaczają na opracowywanie swojego wkładu w światową naukę. To właśnie oni mają być gwarantem rozwoju kraju i postępu, a także źródłem innowacji. Jednak prawda jest taka, że każdy ma swój powód dla którego zdecydował się na ten krok. – Zawsze chciałem zrobić doktorat. Lubię się uczyć i jestem w tym dobry. Poza tym martwiła mnie deprecjacja tytułu magistra. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby być ten poziom wyżej – mówi Artur, doktorant w Kolegium Gospodarki Światowej SGH. Wątek masowości i zmniejszonego znaczenia tytułu magistra, jako bezpośrednia przyczyna podjęcia studiów doktoranckich, często pojawia się w wypowiedziach naszych rozmówców. Podobnie swoją decyzję uzasadnia dr Piotr Pomianowski z Wydziału Prawa i Administracji UW. – Zdałem sobie sprawę z tego, że doktorat będzie w moim pokoleniu tym, czym w pokoleniu moich rodziców było magisterium. Dla niektórych ważna jest też możliwość pozostania na uczelni. Marta, doktorantka na jednym z wydziałów filologicznych UW, mówi szczerze – Kariera naukowa zupełnie mnie nie interesuje. Doktorat jest mi potrzebny tylko i wyłącznie po to, aby zostać na uczelni i móc uczyć. Nie oznacza to, że nie ma już ludzi, którzy wybierają tę drogę z powodów czysto naukowych. – Mam wrażenie, że na studiach magisterskich nie zgłębiłam wystarczająco tematów, które mnie interesują, dlatego chcę kontynuować studia. – twierdzi Ania, studentka II roku studiów magisterskich w SGH.

Kwalifikantor

Struktura studiów doktoranckich regulowana jest zarówno przez ustawę, jak i przez wewnętrzne regulaminy poszczególnych uczelni. Wyróżniamy studia w trybie stacjonarnym, których studenci zazwyczaj planują związać swoją przyszłość z karierą akademicką oraz płatne studia niestacjonarne, które z kolei są najczęściej jedynie dodatkiem do pracy zawodowej. Zarys ogólny procesu rekrutacji prezentują przepisy ustawowe, jednak poszczególne uczelnie i wydziały wydają swoje własne uchwały rekrutacyjne. Powszechnym wymogiem stawianym przed kandydatami jest przedstawienie projektu badawczego, którym chciałby się zajmować. Dodatkowo pod uwagę brana jest również średnia ocen, dotychczasowa działalność naukowa, wartość zaproponowanego przez kandydata projektu badawczego, znajomość języków obcych, a w niektórych jednostkach większą szansę mają także kandydaci, których zainteresowania badawcze odpowiadają zapotrzebowaniom na prowadzenie określonych zajęć. Kluczowa jest rozmowa kwalifikacyjna, która właściwie decyduje o przyjęciu kandydata na studia doktoranckie, przy jednoczesnym uwzględnieniu i wcześniejszej analizie wymaganych dokumentów.

Inflacja stopnia wyższego

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w zeszłym roku rekrutację na studia doktoranckie w Polsce przeszło pomyślnie 37,492 tys. osób. Jednak te same dane każą sądzić, ze z sukcesem przewód doktorski zakończy zaledwie ułamek z nich. W tym samym roku jednostki akademickie nadały jedynie 4449 stopni doktora. Dlaczego tak niewielu się to udaje? Wydaje się, że największą winę za ten stan rzeczy ponosi łatwość z jaką można wstąpić w szeregi doktorantów. Choć istnieją wydziały, jak na przykład Wydział Prawa i Administracji UW, gdzie niektórzy chętni próbują się dostać po kilka razy, to zazwyczaj selekcja nie jest zbyt rygorystyczna. – Rekrutacja polega na kilkuminutowej rozmowie. Wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań, złożyć papiery i tyle. Dostaje się prawie każdy chętny – tak o sytuacji na swoim wydziale opowiada Marta. Być może niski nakład pracy, jaki trzeba włożyć na samym początku drogi sprawia, że wiele osób szybko traci motywację. Tym bardziej, że przed doktorantami poprzeczka jest postawiona dosyć wysoko. Według prof. Jerzego Menkesa z Katedry Prawa Międzynarodowego SGH najważniejszym czynnikiem wpływającym na ewentualny sukces jest gigantyczna samodyscyplina bez której trudno wytrwać te 4 lata. – Doktorat to sytuacja, w której nie wychodzi się rano do biura na te 8 godzin. Nie ma karty zegarowej, które zwiastowałaby koniec dnia roboczego. W tej sytuacji trudno zmierzyć efekty wykonanej pracy.

Od lata do lata

W myśl znowelizowanej ustawy doktorat trwa cztery lata, choć w uzasadnionych przypadkach istnieje możliwość przedłużenia tego okresu. Struktura studiów doktoranckich bywa bardzo zróżnicowana, biorąc pod uwagę konkretne uczelnie, a nawet ich poszczególne jednostki. Przykładem może być tutaj Uniwersytet Warszawski, gdzie różnice dostrzegalne są niemal w każdym aspekcie. – O ile studia niższego stopnia są do siebie dosyć podobne, to studia doktoranckie różnią się od siebie niesamowicie. I to dotyczy wszystkiego, począwszy od sposobu rekrutacji, przez sposób funkcjonowania, sytuację finansową doktorantów, jak i możliwości dalszej pracy naukowej – podkreśla Przewodniczący Samorządu Doktorantów UW, Nikodem Rycko. W Szkole Głównej Handlowej, w związku z nowymi przepisami, studia doktoranckie również trwać będą 4 lata, choć do tej pory były o rok krótsze. Z tej okazji wprowadzono całkiem nowy regulamin studiów doktoranckich. – W tym regulaminie zrealizowaliśmy wszystko, aby zapewnić właściwe warunki kształcenia. Wszystko to, co wiąże się ze studiowaniem – urlopy, stypendia, wybór egzaminatorów, przedmiotów, zostało teraz uregulowane. Doktorat został upodmiotowiony w ramach prawnych, które dają mu bezpieczeństwo studiowania! – podkreśla prof. Menkes, który był przewodniczącym komisji zajmującej się implementacją nowych przepisów prawnych w organizacji studiów III stopnia w SGH.

Trzy w jednym

Jeśli chodzi o sam tryb studiowania, to możemy wyróżnić trzy obszary. Po pierwsze studenci studiów doktoranckich sami chodzą na zajęcia, otrzymują zaliczenia i mają obowiązek zdawania egzaminów. W niektórych jednostkach, np. w Instytucie Filozofii UW, doktoranci uczęszczają nawet na zajęcia, które przeznaczone są dla studentów studiów pierwszego i drugiego stopnia. Mogą to być dowolnie wybrane zajęcia, konwersatoria lub seminaria. Na wydziałach „eksperymentalnych” (np. Fizyki czy Chemii) przygotowywane są specjalne zajęcia dla doktorantów, a zaliczenia i egzaminy mają charakter bardziej praktyczny.

Drugim obszarem jest dydaktyka, bowiem doktoranci nie tylko mają obowiązek uczęszczania na zajęcia, ale także je prowadzą. Do tej pory nie wszyscy doktoranci mieli ten obowiązek, zwłaszcza ci ze studiów niestacjonarnych. Poza tym na niektórych wydziałach słuchacze studiów doktoranckich nie zawsze mają możliwość prowadzenia zajęć, bowiem nie ma dla nich odpowiednich wykładów i ćwiczeń, które mogliby prowadzić. Jednak zgodnie z ministerialnym rozporządzeniem, które wejdzie w życie jeszcze w tym roku, wszyscy studenci będą mieli obowiązek prowadzenia zajęć w określonym wymiarze godzinowym.

Trzecią sferą, którą zajmuje się student w trakcie doktoratu, jest prowadzenie badań. Zależnie od wydziału i tematu pracy badawczej, student opracowuje problem sam lub w zespole, co ma miejsce przeważnie na kierunkach eksperymentalnych – biologii, chemii, fizyce. – Doktorant jest po trochu studentem, dydaktykiem i naukowcem. – podsumowuje Nikodem Rycko.

Mistrz i czeladnik

Sama praca przy ubieganiu się o tytuł doktora jest na tyle specyficzna, że kluczowa okazuje się współpraca doktoranta i jego promotora. Może nim być każdy samodzielny pracownik naukowy, tj. osoba ze stopniem co najmniej doktora habilitowanego. To on staje się pierwszą instancją, do której zwraca się student z prośbą o pomoc. Często zdarza się również, że to właśnie za sprawą przyszłego promotora decydujemy się na doktorat. – Zachęciła mnie moja pani profesor. Pisałam u niej poprzednie dwie prace dyplomowe i dobrze nam się współpracowało – mówi Marta, która jest zdania, że dobry promotor to połowa udanego doktoratu. – Wciąż podrzuca mi propozycje grantów, walczy o pieniądze na badania, tu mnie pcha, tam mnie pcha. Bez niej byłoby mi dużo trudniej. O tym jak ważny jest związek promotora i jego podopiecznego opowiada również prof. Menkes. – Gdy student nie zdaje egzaminu, to jest to jego wina. Ale jeśli doktorant otrzymuje negatywną ocenę pracy, to jest to przede wszystkim porażka promotora. Profesor, który opiekuje się swoimi podopiecznymi, trzyma w swoich rękach klucz do ich sukcesu. To właśnie on pełni zwierzchnią rolę nad pracą, którą wykonuje doktorant, ma możliwość wciągania go w orbitę wykonywanych przez siebie badań i udzielania odpowiedniej pomocy merytorycznej. Nie ma nic gorszego niż czekanie razem z innymi studentami w kolejce do swojego promotora w czasie oficjalnych konsultacji. Jednak skala lekceważenia doktorantów przez starszą kadrę profesorską wydaje się być jednym z mitów. – W moim kolegium atmosfera jest bardzo dobra. Jesteśmy traktowani jako następcy, ci którzy za 10 lat przejmą schedę po odchodzących na emeryturę profesorach. – tłumaczy Artur. Nikt jednak nie ukrywa, że wraz z likwidacją stanowiska asystenta, na doktorantów spadło wiele obowiązków nie związanych w żaden sposób z pracą naukową. – To są takie prace typu „przynieś, podaj, pozamiataj”. Trzeba zajmować się zakupami wyposażenia biurowego jednostki, pisać podania etc. Nie jest to specjalnie obciążające, ale nikt inny nie chce tego robić. – opowiada Marta.

Głodno i chłodno

Jeśli chodzi o przywileje naukowe, to teoretycznie doktoranci mają ich nawet więcej niż studenci. Do ich dyspozycji pozostaje cała gama różnych rodzajów dofinansowań, w tym najbardziej lukratywne stypendia badawcze. Także możliwości wyjazdów i wymian zagranicznych są znacznie większe Funkcjonuje również kilka typów stypendiów uczelnianych, w tym stypendia naukowe dla najlepszych studentów, stypendia rektorskie i te z dotacji projakościowej. Jednak większość naszych rozmówców za największy problem studiów III stopnia stawia ich olbrzymie niedofinansowanie. – Doktoranci postawieni są w sytuacji „masz tu łopatę i buduj fundamenty polskiej nauki”. – komentuje Marek, doktorant w Kolegium Analiz Ekonomicznych SGH. Z danych GUS-u wynika, że jedynie co trzeci student może liczyć na stypendium naukowe lub socjalne. W niektórych miejscach sytuacja jest wręcz dramatyczna. – Stypendium naukowe na moim wydziale wynosi ok. 1100 zł, jednak z całej jednostki otrzymują je jedynie 4 osoby. W praktyce sprowadza się do tego, że jeśli któryś profesor cię nie lubi, to nie masz szans na pomoc finansową – opowiada Marta. Wszystko to sprawia, że wielu doktorantów swoje studia musi łączyć z pracą zarobkową. Statystyki informują, że sytuacja ta dotyczy aż 56 proc. słuchaczy studiów doktoranckich. Nikt jednak nie liczy tych, którzy pracują w ramach umowy zlecenia i na czarno. – Rzetelne podejście do doktoratu, w połączeniu z prowadzeniem zajęć i pracą na uczelni, kosztuje kilka godzin dziennie. Do tego chodzisz na wykłady i pracujesz. Trudno to wszystko połączyć – uważa Marek. Wielu studentów nie jest w stanie uzyskać dochodów pozwalających na godne życie. Przewodniczący samorządu doktorantów UW, Nikodem Rycko, zwraca uwagę na ważny problem związany z niskimi dochodami wśród przyszłych doktorów. – Bardzo często pozostają oni na utrzymaniu rodziców lub partnerów, co często powoduje duże rozgoryczenie. Nie oznacza to jednak, że każdy przyszły doktor nie dojada. Jest też wielu takich, którzy radzą sobie lepiej niż na przeciętnym etacie. Z praktyki wynika, że najlepszym sposobem na odciążenie studenckiego budżetu jest postaranie się o jedno z licznych stypendiów oferowanych przez przeróżne instytucje państwowe i europejskie. Przeciętne stypendium z europejskiego Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki wynosi 3 tys. zł. – Istnieje szereg możliwości ubiegania się o fundusze z dodatkowych stypendiów, z grantów promotorskich, z pieniędzy na badania i wielu innych źródeł. Paradoksalnie zdarzają się przypadki, że sytuacja doktoranta, który ma i stypendium, i grant, jest lepsza niż adiunkta – twierdzi prof. Menkes.

Dezorganizacja

Obok problemów finansowych młodzi naukowcy często narzekają na organizację zajęć, mimo że ta różni się w zależności od wydziału. Największe zgrzyty powoduje blok przedmiotów kształcenia kierunkowego, typowy dla odpowiedniego kierunku studiów. – Studia doktoranckie, przynajmniej w SGH, mają ten sam problem, co studia magisterskie. Przychodzą na nie ludzie z różną przeszłością naukową i dlatego często dochodzi do zaniżania poziomu zajęć, tak aby były one zrozumiałe dla wszystkich – mówi Artur. Częściowo zgadza się z nim dr Pomianowski – Nie łatwo przygotować wykład dla kilkuset doktorantów mających bardzo różne zainteresowania naukowe i doświadczenie zawodowe, zwłaszcza tak, by z jednej strony ich zainteresować, a z drugiej nie mówić rzeczy banalnych. Właśnie dlatego wielu studentów uważa zajęcia na studiach doktoranckich za stratę czasu. – Nauczyłem się dużo o metodologii, prowadzeniu badań, czy recenzowaniu prac badawczych. Konkretnej wiedzy nie wyniosłem prawie wcale. – komentuje Artur. Marta uważa, że dużo więcej można się dowiedzieć po prostu pisząc pracę doktorską. – Dziedzina, którą się zajmuję, jest na tyle wąska, że w Polsce mało kto ma o tym pojęcie. Dlatego najwięcej wiedzy zdobywam dzięki badaniom, które przeprowadzam w kontekście mojego doktoratu.

Dysertacja na pięć

Obrona pracy doktorskiej następuje przed komisją, która najpierw musi podjąć decyzję, czy w ogóle dopuścić doktoranta do obrony. W przeciwieństwie do prac magisterskich i licencjackich, obrona pracy doktorskiej jest jawna i każdy może na taką obronę przyjść i zadać pytanie. Dlatego często zdarza się, że doktoranci zapraszają z tej okazji swoje rodziny, przyjaciół i inne osoby, które pomogły im w trakcie studiów doktoranckich. Na obronach pojawiają się także inni doktoranci, ponieważ chcą zobaczyć jak wygląda taka obrona. – Sam byłem na kilku obronach z czystej ciekawości. Chciałem zobaczyć z czym to się je i czego można się spodziewać. – mówi Nikodem Rycko.

Aby otrzymać stopień naukowy doktora, nie wystarczy jednak tylko uczęszczać na zajęcia i zdawać egzaminy. Do skończenia studiów konieczne jest otwarcie przewodu doktorskiego, czyli procedury dopuszczającej do obrony. W celu otwarcia przewodu, oprócz napisania pracy, należy opublikować przynajmniej jeden artykuł w czasopiśmie naukowym o zasięgu minimum ogólnopolskim lub samodzielną książkę. Sama rozprawa doktorska ma być rzetelnym opracowaniem danego problemu badawczego. Kiedy jest już gotowa, powoływani są dwaj recenzenci zewnętrzni ze stopniem naukowym co najmniej doktora habilitowanego. Ich zadaniem jest ocena merytorycznej wartości dysertacji doktorskiej. Nowa ustawa tworzy także obowiązek, aby pracę recenzowali profesorowie zewnętrzni. Studenci mają możliwość pisania pracy w języku obcym, ale zgodnie z ustawą, bez względu na język pracy, obrona i tak musi odbywać się w języku polskim. Z tego powodu bardzo rzadko spotykana jest u nas praktyka powoływania recenzentów zagranicznych. Powodowałoby to problemy komunikacyjne podczas samej obrony oraz wiązało się z dodatkowymi kosztami. – Na pewno nie jesteśmy w standardzie wielu krajów świata, w których praktyka recenzentów zagranicznych jest bardziej upowszechniona. W Polsce jest ona wciąż stosunkowo rzadka. Wynika to stąd, że w niektórych krajach możliwe jest, aby recenzent po zaopiniowaniu pracy nie był obecny podczas obrony. W Polsce jest to jednak konieczne – informuje prof. Menkes.

Doktor doktorowi nie równy

Mimo wszystkich problemów związanych z tym trybem, popularność studiów III stopnia wcale nie słabnie. Wręcz przeciwnie. W ciągu ostatnich 20 lat liczba uczestniczących w studiach doktoranckich zwiększyła się ponad trzynastokrotnie. W roku akademickim 1990/91 uczestniczyło w nich 2695 osób, a w roku 2009/2010 liczba ta wyniosła już 35671. Według badań przeprowadzonych przez Biuro Jakości Kształcenia Uniwersytetu Warszawskiego, większość doktorantów odczuwa również dużą satysfakcję z działalności na uniwersytecie. – Cenię możliwość prowadzenia zajęć oraz posiadania realnego wpływu na to, jak wyglądają niektóre przedmioty. Bardzo ważny jest dla mnie kontakt z innymi badaczami. Naprawdę mam wrażenie, że się rozwijam. – mówi Bogna, doktorantka w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW.

Co sprawia, że jedni odnajdują się na studiach doktoranckich, a inni nie? Według prof. Menkesa bardzo ważna jest świadomość tego na co się ta osoba decyduje. – To musi być ktoś, kto będzie gotowy poświęcić parę lat na bardzo specyficzną działalność zawodową. Kluczowa jest również pewna wizja swojej przyszłości. Umiejętność krytycznego myślenia, technika badań – tego wszystkiego da się nauczyć. Jednak bez niezachwianej wiary w siebie i w sensowność własnych działań trudno wytrwać w swoim postanowieniu. O tym czy się udało, wiadomo ostatecznie dopiero pięć minut po obronie pracy doktorskiej. Wcześniej nie sposób ocenić komu się uda, a komu nie. Zdaniem prof. Menkesa trudno jest sprecyzować zespół cech osoby predysponowanej do przebrnięcia przez studia doktoranckie. – Znałem ludzi, którzy byli zdolni i pracowici, ale nigdy nie otrzymali stopnia doktora. Zabrakło im jednego rozdziału, którego nigdy nie napisali. Z kolei Marek powątpiewa w słuszność decyzji wielu doktorantów. – Niektórzy idą na studia doktoranckie tylko po to, żeby mieć dr przed nazwiskiem. Może za mało popularne są studia MBA?

Pomysł na życie?

Być może większa selekcja wśród kandydatów na studia zmieniłaby niekorzystną reputację, którą cieszą się w społeczeńśtwie słuchacze studiów III stopnia. Wielu jest zdania, że doktorat to jedynie droga ucieczki dla osób, które nie mają swojego pomysłu na życie i potrzebują usprawiedliwienia. Prawda jest taka, że mało kto żałuje swojej decyzji. Doktorat, oprócz potwierdzonego, wysokiego wykształcenia, może okazać się doświadczeniem, które całkowicie odmieni życie. Pisanie pracy uczy systematyczności, poczucia obowiązku, sprytu, efektywnego planowania czasu, kreatywności, braku tremy podczas wystąpień publicznych, a przede wszystkim umiejętności przetrwania. Doktorat, umiejętnie wykorzystany, nie musi być końcem kariery, a zaledwie jej początkiem. Pytanie brzmi: czy warto? – Ja nie żałuję. Starałem się twórczo wykorzystać ten czas. Dowiedziałem się dużo o metodologii, byłem na stypendium w Chinach. Myślę, że jak wpiszę sobie to wszystko do CV to nie będzie to wyglądało na stracone 3 lata. – mówi Artur. Marta uważa, że skoro dzięki doktoratowi będzie mogła pozostać na uczelni, to osiągnie zamierzony cel. W podobnym tonie wypowiadają się też inni. Wniosek z tego taki, że studia doktoranckie to świetny pomysł dla ludzi, którzy wiedzą jak je wykorzystać. W większości są to pasjonaci, którzy z brawurą i poświęceniem walczą z problemami trapiącymi ten typ studiów. Pozostaje jeszcze kwestia odpowiedniego docenienia ich pracy przez instytucje państwowe. Bo skoro to od młodych naukowców zależy jakość szkolnictwa i siła polskiej gospodarki, to okazuje się, że gra toczy się o najwyższą stawkę.

* imiona niektórych bohaterów zostały zmienione
Rating: 4.9. From 17 votes.
Please wait...