Droga przez Indie

Zachwycał się nimi już Marco Polo, o ich bogactwie marzył Krzysztof Kolumb, a dziś każdy szanujący się globtroter musi prędzej czy później zawitać do tego kraju. Indie – bo o nich mowa, są bez wątpienia jednym z najbardziej fascynujących krajów na ziemi. Można się nimi zachwycać, można ich nienawidzić, ale nie można przejść obok nich obojętnie. Wyryją w pamięci każdego podróżnika ślad, którego nigdy nie uda mu się zatrzeć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

fot. Katarzyna Borzym

Indie to kraj, na którego punkcie bardzo łatwo oszaleć. Urzekają przede wszystkim innością – prawdziwy Homo Westernus nie znajdzie tu absolutnie nic, co zna z domowego podwórka. Na początku chętnie rzuci się więc w ramiona kraju, który odurza zapachem kadzideł, rozpala podniebienie smakiem chilli, kusi niezwykłymi kolorami kobiecych sari i upaja romantycznymi opowieściami o tysiącach bogów i ich niezwykłych przygodach. Kiedy już wydaje ci się, że pokochałeś je z całego serca – wymierzą ci srogi policzek, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Nagle zderzysz się z biedą, głodem i wszechobecnym brudem. Zobaczysz żebraków z ciałami zdeformowanymi przez choroby, kilkuletnie dzieci z zębami uszkodzonymi przez żucie kiepskiej jakości tabaki. Poczujesz nagle wszechobecny zapach uryny i zwierzęcych odchodów. Warunki sanitarne w większości restauracji doprowadzą cię do sensacji żołądkowych. Choćbyś był najbardziej zatwardziałym i nawykłym do dyskomfortu podróżnikiem, zapragniesz z całego serca być znowu w swoim wygodnym, zachodnim świecie. Kiedy po raz pierwszy przeżyjesz taki kryzys, a mimo to się nie zniechęcisz, to będziesz wiedział, że właśnie rozpoczął się najtrudniejszy, ale i najbardziej fascynujący romans twojego życia.

Raj dla poszukujących

Indie to istny Disneyland dla wszystkich tych, którzy pragną odnaleźć swoją religię. Jako ojczyzna buddyzmu są dla zgorszonych konsumpcjonizmem mieszkańców świata Zachodu pewnego rodzaju ikoną spokoju, odnalezienia siebie i zanurzenia się w czymś, czego sami do końca nie rozumieją. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że jak grzyby po deszczu wyrastają tu centra jogi, szkoły medytacji czy innego rodzaju kursy i szkolenia, kuszące obietnicą odnalezienia drogi do oświecenia. Szlak zaczyna się w McLeod Ganj – miejsca, gdzie od kilku dziesięcioleci znajduje się siedziba tybetańskiego rządu na uchodźstwie. W ślad za Dalajlamą podążyli mnisi i kultura rodem z Lhasy. Tuż za nimi – zbłąkane owieczki, które nie mogą odnaleźć się w zbyt szybkim trybie życia, nieuniknionym w Europie. Tutaj dostaną ciszę i namacalne wręcz sacrum, którego nie znajdą już w nadmiernie zinstytucjonalizowanym chrześcijaństwie. Z rozkoszą chłoną więc słowa mędrców, którzy mają im do zaoferowania coś nowego. Coś, czego nie mogą przeliczyć na pieniądze, o których wiecznie słyszą w swoim ojczystym kraju. Nagle odkrywają przyjemność picia taniej herbaty z mlekiem i cichej kontemplacji otaczających ich gór.

indie1

fot. Katarzyna Borzym

W drodze do Leh, stolicy niegdysiejszego Królestwa Ladakhu, towarzyszą mi trzy prawie trzydziestoletnie dziewczyny z Grecji. W Atenach od kilku miesięcy nie mogą znaleźć pracy, mimo że są świetnie wykształcone. Dostają więc zasiłek dla bezrobotnych, który pozwala im na bardzo skromne życie w ojczyźnie. Nie założyły jeszcze rodzin, więc czują, że to dla nich ostatni moment na zrobienie czegoś dla siebie. Postanowiły wyruszyć do Indii by nauczyć się medytacji. Słyszały trochę o filozofii buddyzmu od dalekich znajomych, którzy spędzili kilkanaście tygodni na cichej medytacji z mnichami. Wydaje im się to dość interesującą perspektywą. Zresztą i tak nie mają lepszych pomysłów na nadchodzące miesiące. Liczą na to, że pod ich nieobecność sytuacja gospodarcza w Grecji się nieco poprawi.

Indie to jednak przede wszystkim hinduizm – największa religia politeistyczna na świecie. Z każdego możliwego zakątka spoglądają na Ciebie setki bogów, których wyobrażenia szokują Europejczyków, przyzwyczajonych do oszczędnych i surowych krucyfiksów. Ich oblicza są groźne, smutne, łagodne, pełne radości – pełen przekrój tak bardzo przecież ludzkich emocji. Bogowie są bliżej ludzi, niż mogłoby nam się wydawać. Najlepszym przykładem na to jest Waranasi – znane głównie z dość szokujących, publicznych kremacji nad brzegami świętego Gangesu. Można tam spotkać mężczyzn, określanych mianem baba – noszą zazwyczaj skąpe przepaski biodrowe w rażącej barwie pomarańczowej, a ich ciało pokryte jest białą mazią. Noszą przy sobie ludzkie czaszki lub kości piszczelowe, o które przecież nietrudno w Waranasi. Niezwykłego obrazu dopełnia też fakt, iż są zazwyczaj niezwykle odurzeni narkotykami lub alkoholem. Wszystko po to, by zbliżyć się jak najbardziej do Śiwy – najważniejszego dla nich boga. Okazuje się jednak, że część z nich to zwykli oszuści, próbujący wyłudzić pieniądze od turystów. Łatwo ich odróżnić od prawdziwych babów – ci prawdziwi są po prostu bardziej pijani – tak powiedział nam jeden z mieszkańców Waranasi.

Ona i on

Na pierwszy rzut oka, Świat Zachodni bardzo uprościł sprawy damsko-męskie. On kocha ją, ona kocha jego. Pobierają się albo i nie, są szczęśliwi. Nikt nie ma prawa się wtrącać. W Indiach nie jest to takie proste. On kocha ją, ona kocha jego. Jego rodzina lubi ją. Jej rodzina lubi jego. Jego rodzina lubi jej rodzinę. Jej rodzina lubi jego rodzinę. Jej rodzina wręczyła jego rodzinie odpowiednio drogi prezent. Jeśli którykolwiek z warunków nie został spełniony, nie ma mowy o ślubie.

Piryanka ma 25 lat. Lubi grać w tenisa, działa w organizacjach studenckich. Jest ambitna. W maju skończy studia i przeniesie się do swojego ulubionego Bombaju, by rozpocząć pracę w dziale HR międzynarodowej korporacji. Rok temu rozstała się z chłopakiem, z którym spotykała się dłuższy czas. Mieli nawet plany, by się pobrać, ale był z niższej kasty, więc rodzice nie chcieli nawet słyszeć o ślubie. Rozstali się. Jej młodsza siostra Aarti od kilku lat spotyka się z chłopakiem, który także nie jest wymarzonym wyborem dla jej rodziców. Piryanka stawia im więc warunek – pozwolicie Aarti na ślub z miłości, a ja zgodzę się na chłopaka, którego mi wybierzecie (młodsza córka nie może wyjść za mąż wcześniej niż starsza). Skrzynka mailowa Piryanki tonie w wiadomościach od rodziców, gdzie załącznik stanowią CV potencjalnych mężów. Jest ich mnóstwo, a to zaledwie ułamek tego, co wcześniej otrzymali jej rodzice (każde CV zawiera dokładną datę i godzinę narodzin petenta – po to, by potencjalni teściowie mogli sprawdzić za pomocą światłych kapłanów, czy ich horoskopy są zgodne). Piryanka przegląda, zastanawia się, czasem skontaktuje się z którymś z nich. Już prawie zaręczyła się z jednym z nich, lecz niestety – jego rodzice na wieść o jej drobnej wadzie wzroku rozmyślili się. Poszukiwania trwają nadal.

W listopadzie jadę na jej wesele do Indii. Nie miałam okazji jednak poznać pana młodego. Jak się okazuje, panna młoda też nie.

Przede wszystkim kontrast

Obraz Indii – tak bardzo popularny na zachodzie – uwzględnia także niezwykle istotną statystykę, która wśród czułych na ludzką niedolę Europejczyków wywołuje westchnienia pełne empatii. Chodzi oczywiście o liczbę ludzi żyjących za mniej niż dolara dziennie. Do tego warto też zawsze dorzucić informację o stopniu analfabetyzmu, utrudnieniach w dostępie do opieki medycznej oraz edukacji i problemach z dostateczną ilością pitnej wody. To wszystko można jeszcze opatrzyć zdjęciem warunków, w jakich żyje znaczna większość mieszkańców Indii i gotowe – wydaje nam się wówczas, że mamy do czynienia z krajem na wskroś ubogim i zacofanym.

indie2

fot. Katarzyna Borzym

Nic bardziej mylnego. Indie to nie bieda. Indie to kontrast – i to taki, że aż trudno się z tym pogodzić. Najciekawszym przykładem tego zjawiska jest Gurgaon – niegdyś wioska na przedmieściach Delhi, dziś – centrum finansowe i symbol nowoczesnej potęgi wschodzących Indii. Pod siedzibą jednej z korporacji Wielkiej Czwórki, której nie powstydziłoby się londyńskie City, rozciąga się morze szałasów skleconych z byle jakich, znalezionych na ulicy materiałów – od gałęzi, poprzez pojedyncze cegły aż po stare łachmany. Za błyszczącymi szybami zapadają decyzje dotyczące kwot o jakich nam się nawet nie śniło. Przed nimi zaś toczy się życie polegające na nieśmiałej, bezsensownej egzystencji od wschodu do zachodu słońca. Te dwa światy spotykają się na wspólnym gruncie – jezdni, gdzie prymitywne rowerowe riksze tkwią w korkach razem z luksusowymi samochodami, skuterami, radośnie skaczącymi świniami, sennie wałęsającymi się krowami. I tylko piesi muszą naprawdę uważać – jeśli sami się o siebie nie zatroszczą, to nikt nie zwróci na nich uwagi.

Ludzka masala

Grudniowe noce na pustyniach w Rajastanie są bardzo zimne. Jedynym sposobem, by choć trochę ogrzać się przed snem, jest pochylenie się nad malutkim ogniskiem, rozpalonym z kilku cierniowych gałązek. Indyjscy przewodnicy chętnie poczęstują lokalnym trunkiem. W takich warunkach nie sposób uniknąć naprawdę głębokich rozmów. – Mam dwadzieścia sześć lat, od jedenastu jestem żonaty. Mamy dziesięcioletniego syna, czteroletnią córkę, a kilka miesięcy temu urodziło nam się jeszcze jedno dziecko. Kocham moje dzieci, ale proszę Boga, by nie dawał mi ich więcej – wyznał nam nasz przewodnik. – Dzieci to wielkie błogosławieństwo i powinienem być wdzięczny, że mam płodną żonę, ale boję się, że nie podołamy finansowo. Tak czy siak, wszystko w rękach Boga – dodał. Tradycja jest ważniejsza od zdrowego rozsądku – dzieci nadal traktowane są jako zabezpieczenie na starość, szczególnie w najuboższych grupach społecznych.

Nie ma wątpliwości, że trzeba coś z tym zrobić. Najłatwiej oddziaływać za pomocą obrazów i prostych skojarzeń. Nie można było przepuścić takiej okazji jak premiera najnowszego filmu o przygodach Jamesa Bonda. Kiedy rozochocona gawiedź tłumnie wypełniła sale kinowe, w przerwie wyemitowano dość niezwykły spot. Oczom widzów ukazały się dwa kontrastujące ze sobą wizje rodziny – jedna to typowe 2+2, cieszące się z doskonałych szkół, do jakich dostały się dzieci i wakacji na Goa, a druga – 2+5, zatroskane twarze rodziców, liczących pięćdziesięciorupiowe banknoty. Konkluzja jest prosta – mała rodzina to dużo pieniędzy i dużo radości, duża – same kłopoty. O co mogło chodzić? Otóż ów spot prezentował niewątpliwe zalety wazektomii.

Duża liczba ludności ma ciekawe konsekwencje. Nikt nie jest traktowany indywidualnie. Jesteś tylko jednym z milionów, miliardów nieprzeliczonych rzeszy ludzi, którzy mają swoje rodziny, marzenia, cele, bądź po prostu przyziemne, codzienne sprawy do załatwienia. Wszystko to jednak łączy się w wielką, zagmatwaną mieszankę, którą tutaj nazywa się masalą. Nie ma mowy o indywidualności, bo takich jak ty są miliony. Nikt nie zwraca więc uwagi na pojedynczego człowieka, który umiera na ulicy. Nikt nie przejmie się tym, że z pędzącego pociągu wypadnie człowiek. – Co się z nimi dzieje? – zapytałam naiwnie współtowarzysza podróży. – Jak to co? Umierają. – rezolutnie odpowiedział, wzruszając ramionami.

O Indiach marzyłam od lat. Przed przyjazdem oglądałam filmy, czytałam książki, wypytywałam ludzi. Chciałam się przygotować na szok kulturowy, przed którymi ostrzegali mnie wszyscy znajomi. Teraz myślę, że było to zupełnie zbędne – nic nie przygotuje cię na to, czego tutaj doświadczysz. Z przykrością odkrywałam, że może nie jestem aż tak wolna od tego całego zachodniego wygodnictwa. Z radością doświadczałam też tego, że mimo zmęczenia całym indyjskim kotłem wciąż jeszcze chciałam odkrywać nowe oblicza tego kraju. Dopiero po kilku miesiącach zrozumiałam, co miał na myśli pewien dziwny mnich z Tajwanu, którego spotkałam wraz z moją przyjaciółką i towarzyszką Karoliną w Nepalu, tuż przed przyjazdem do Delhi – Indie są jak kwiat lotosu. Wyrastają na najgorszych nawet bagnach, a przecież nie da się zakwestionować ich niezwykłego, delikatnego piękna.

No votes yet.
Please wait...