Tyrmand wraca do kraju

Powrócił po 48 latach. Nie mówi po polsku, trochę odmłodniał i nie nosi już kolorowych skarpetek oraz okularów w grubej oprawce. Oczy też ma jakieś inne, większe – zdradzają go wciąż tylko semickie rysy twarzy, wysokie czoło i kruczoczarne włosy. Połamał zęby na Wall Street i nie uratował Ameryki przed nią samą, więc wraca inspirować Polaków do ratowania ich własnego kraju. Miał mieć na imię Mieczysław, po dziadku, ale ostatecznie stanęło na Matthew, bo Mieczysławów ze świecą szukać na nowojorskim Brooklynie. Warszawa odzyskała Tyrmanda – Matthew Tyrmanda, syna Leopolda.

fot. Aleksandra Jabłońska

MAGIEL: W tej chwili wiemy o Tobie tyle, że masz na nazwisko Tyrmand i że jesteś synem swojego ojca. No to kim w takim razie jesteś – Polakiem czy Amerykaninem?

Matthew Tyrmand: W szczególności doceniam to pytanie biorąc pod uwagę wiele rozmów, podczas których Polacy dali mi do zrozumienia, że mnie tu nie chcą i żebym trzymał się od Polski z daleka (śmiech). Kim jestem? To dobre pytanie. Właściwie to uważam siebie za Amerykanina polskiego pochodzenia. Z punktu widzenia technicznego jestem jednak bardziej Amerykaninem – tam się wychowałem i tam ukształtowała mnie amerykańska kultura, tradycja oraz filozofia. Ale odkąd w pełni zdałem sobie sprawę, że mój ojciec był Polakiem, z każdym rokiem i z każdym miesiącem czuję się coraz bardziej związany emocjonalnie z Polską – chcę tu przyjeżdżać, chcę tu być.

Może jednak poczuwasz się do bycia Żydem?

Nie, nie poczuwam się i nie identyfikuję się z tą kulturą. Oczywiście, mam we krwi religijną i kulturalną tradycję, której nie mogę zignorować, ale odcinam się od wszelkich społeczności religijnych. To nie jest mój świat, ja do niego nie należę.

Jak to, nie myślałeś nigdy o pracy w kibucu?!

Nie! Być może nawet jest to ostatnia rzecz, którą chciałbym robić w życiu. Nawet nie byłem nigdy w Izraelu, chociaż miałem tam rodzinę – moja babcia mieszkała tam po II wojnie światowej, ale zmarła jakoś wkrótce przed moimi narodzinami. Natomiast bardzo chętnie bym się tam wybrał. Zwłaszcza, że jestem zainteresowany historią Żydów, choć nigdy nie czułem się jakkolwiek kierowany żydowską filozofią.

Twój ojciec, uciekając przed komunizmem i emigrując do Ameryki, skazał się na zepchnięcie na drugi plan. Tu w Polsce był niezwykle ważną postacią, publicystą i pisarzem, a tam właściwie nikt go nie znał…

Tak, rzeczywiście w Ameryce nie był popularny i niewiele osób znało jego dzieła. Dopiero teraz trwają prace nad przetłumaczeniem Dziennika, który ma wkrótce zostać opublikowany. Na angielski przetłumaczono dotychczas tylko Złego oraz Siedem dalekich rejsów, z czego Siedem… zostało jednakże wydane przez prasę brytyjską, nie amerykańską. Zatem Dziennik to pierwsza powieść papy, którą wydadzą amerykańscy księgarze (Zły został opublikowany przez Uniwersytet Kalifornijski – przyp. red) i cieszę się, że mogę przy jej redagowaniu współpracować. Chciałbym, aby ta książka była czytana również na uniwersytetach, ponieważ stanowi przekaz z pierwszej ręki, opisujący komunizm, który studenci będą mogli analizować w swoich badaniach nad tym systemem. Będę starał się jeździć po środkowowschodnich uniwersytetach w USA i promować tę książkę.

Wiele swoich żali na rzeczywistość w Polsce Twój ojciec wylewał w Dzienniku 1954. Jak w takim razie wyglądałby Dziennik 2014 Matthew Tyrmanda?

Kiedy pisał Dziennik miał 34 lata, ja mam teraz 32. Wydawało mi się, że większość swojego życia spędzę na Wall Street – sprzedawałem i kupowałem akcje, pracowałem ponad siły. Dopiero w 2008 roku (upadek Lehman Brothers i początek kryzysu finansowego – przyp. red) straciłem pasję do tego zajęcia – praca maklera stała się dla mnie mniej interesująca i mniej opłacalna pod każdym względem: zarówno finansowym, intelektualnym, jak i emocjonalnym. Przeszedłem małe załamanie psychiczne. Gdy w 2011 roku odszedłem z mojej ostatniej firmy, zastanawiałem się, co będę dalej robić. Choć oczywiście ze mną nie było tak źle, jak było wtedy z moim ojcem. Zarobiłem na Wall Street trochę pieniędzy, które dały mi luksus wyboru projektów, w które chciałem się zaangażować. Mój papa w tamtym okresie robił podobnie: zajmował się tym, co mu odpowiadało i co uważał za słuszne. Pisał, co chciał napisać, zajmował się filozofią, ponieważ ona go satysfakcjonowała. Ja teraz pracuję pro bono dla kilku organizacji – robię to z przekonania, a nie jak wcześniej na Wall Street, kiedy starałem się zarobić pieniądze. Stanowczo odczuwam zatem, jakby historia w jakiś sposób zataczała koło.

Wychowywałeś się na Brooklynie – widzisz jakieś podobieństwo między tym miejscem i przepełnioną publiczną szkołą, o której wspominałeś w wywiadzie do „Dużego Formatu”, a realiami opisanymi w Złym?

Tak, Brooklyn to był trochę Dziki Zachód. Tygiel różnych narodowości – byli tam Hiszpanie, Azjaci, Rosjanie, Żydzi, dzieci z mieszanych małżeństw, co z pewnością nauczyło mnie dogadywać się ze wszystkimi. Choć z drugiej strony środowisko oczywiście było trudne i wzmagało przestępczość – w szkole zamontowane były czujniki do wykrywania metalu, a jednego nauczyciela kiedyś zamordowano. Ale dzięki temu nauczyłem się rozmawiać z każdym, podobnie jak czynił to mój ojciec. Mimo że żył w realiach socjalizmu, jeśli pojawiał się ktoś otwarty, to bez względu na status społeczny czy materialny, przyjmował go do siebie. Wydaje mi się, że odziedziczyłem po nim tę otwartość umysłu.

Otwarty umysł i pasję do czytania. Pisałeś w autobiografii, że jesteś molem książkowym. Masz jakąś ulubioną książkę lub nawet listę ukochanych lektur?

Oczywiście – wciąż dużo czytam! Choć ulubiona książka lub lista ulubionych pozycji jest oczywiście czymś, co się zmienia w miarę tego, im więcej czytamy. Ale jeśli miałbym wybrać najważniejszą książkę, to byłby to Atlas Zbuntowany Ayn Rand. Pozycję tę przeczytałem kilka lat temu i absolutnie zmieniła moje życie. Stworzono w niej cały świat, który zawsze odczuwałem jako bardzo bliski mojemu. Rand zarzuca się, że była zimna, bezemocjonalna w swych opisach – ja płakałem przez cały czas. Ale nie dlatego, że była to lektura smutna, ale z powodu jakiegoś rodzaju olśnienia – Rand krytykowała w latach 50-tych wszystko to, na co ja teraz narzekam. Na wszystko to, co robią politycy i jak narzucają masom swoje rozwiązania w imię „wyższego dobra”. Ten cały kolektywizm w myśleniu został wypunktowany przez Rand tak doskonale, że jeden z najlepszych okresów w swoim życiu spędziłem właśnie na lekturze Atlasu. Przeczytałem tę książkę w roku 2009, gdy pojechałem do Hiszpanii, gdzie powoli zaczynał się kryzys. Siedząc więc w Hiszpanii wierzyłem w wolny rynek i wolność myślenia. Miałem czas, byłem wolny, podróżowałem i mogłem dokładnie przemyśleć sobie całą filozofię przedstawioną w tym dziele.

Miałeś okazję poznać trochę polskiej literatury?

Bardzo chciałbym przeczytać więcej twórczości Gombrowicza, to co czytałem dotychczas absolutnie rzuciło mnie na kolana – czuję, że jest to dla mnie następny krok w odkrywaniu polskiej literatury. Poza tym oczywiście Zbigniew Herbert – czytałem dzieła zebrane w języku angielskim, ale to przede wszystkim poezja. Herbert i papa byli przyjaciółmi, tak jak byli przyjaciółmi ze Stefanem Kisielewskim. Ale Kisiela, o ile wiem, nigdy nie przetłumaczono na język angielski, choć Abecadło Kisiela sprawia trochę wrażenie pisma tak ważnego, jak ważna była Cywilizacja komunizmu mojego ojca – dzieło rozliczające wszystkich za wszystko. Niestety jedyna styczność, jaką miałem z Kisielem, to tylko taka, że pamiętam iż przyjechał do Stanów na pogrzeb mojego ojca.

Kisiel żalił się w Abecadle… że Twój ojciec uważał, że ma grube palce. Do tego porysował kiedyś Twojemu tacie auto…

Tak, słyszałem już tę anegdotę! Można powiedzieć, że zaznaczył swoje terytorium. Wyciął w karoserii kamieniem wielki napis…

… „Dupa”

Tak! (śmiech) Prawie jak Robin Hood, na tym prywatnym samochodzie w komunistycznej rzeczywistości.

Przyjeżdżając do Polski odwiedziłeś Darłowo – to tam miała miejsce akcja Siedmiu dalekich rejsów. Coś szczególnego zwróciło Twoją uwagę podczas lektury tej powieści?

W Darłowie miało właściwie miejsce moje pierwsze spotkanie z szerszą publicznością. Można więc powiedzieć, że jeśli Darłowo było dla mojego ojca „exit-point” w komunistycznej Polsce, to dla mnie to był „entry-point” w nowej, kapitalistycznej Polsce. Co do samej książki – fabuła Siedmiu Dalekich Rejsów jest oparta prawdopodobnie na wątku autobiograficznym mojego ojca, gdy rozważał ucieczkę z Polski w roku 1947. Ludzie wtedy powoli dostrzegali, że triumf Sowietów w Europie Wschodniej będzie miał niewiele lepsze konsekwencje od bolszewickiej rewolucji w Rosji. Myślę, że papa właśnie z tego powodu był wtedy w Darłowie i rzeczywiście myślał o ucieczce z kraju. Czemu zdecydował się zostać i dalej walczyć – nie wiadomo. Może jakimś kluczem jest to, że Siedem… jest romansem, w którym kobieta mówi głównemu bohaterowi: „Kocham Cię, zostań ze mną w Polsce”. A że kobiety są tu piękne i wspaniałe, to byłby to jakiś argument (śmiech).

Tyrmand i cywilizacja wolności

fot. Aleksandra JabłońskaGdy tak opowiadasz o tych koncepcjach Ayn Rand to brzmisz jak libertarianin…

Tak, jestem stuprocentowym libertarianinem. Ayn Rand wierzyła, że wolny umysł idzie w parze tylko z wolnym rynkiem. Wolność i prosta koncepcja: „zostaw mnie w spokoju!”. W Stanach popularność tych poglądów rośnie – wystarczy spojrzeć na Tea Party. Oczywiście media, które w części finansowane są przez rząd, będą wyzywały ich od nazistów, rasistów, rewolucjonistów i anarchistów. Nie mają oni oczywiście z tymi poglądami nic wspólnego – opierają się one tylko na dwóch żądaniach, które wysuwa cały ten ruch, czyli niższe podatki i państwo-minimum. Klasa średnia w USA jest już zwyczajnie zmęczona opłacaniem wysokimi podatkami czegoś, co uważają za sprzeczne z ich etyką.

To może bycie libertarianinem w Stanach oznacza dziś bycie konserwatystą?

Nie, bycie libertarianinem oznacza bycie libertarianinem! Oczywiście dzielę z konserwatystami wiele poglądów dotyczących potrzeby i roli religii w społeczeństwie oraz jakości kultury w sferze publicznej. Kultura jest bardzo ważna, ale obszar indywidualnej wolności chciałbym pozostawić nienaruszony. Nie jestem na przykład przeciwko aborcji i denerwuje mnie fakt, że sześćdziesięcioletni politycy mówią kobietom, co mogą, a czego nie mogą robić z własnym ciałem. Podobny temat to sprawa małżeństw homoseksualnych. To nie krzywdzi nikogo, że dwóch mężczyzn chce się pobrać. Jest to ich prywatna sprawa i niech pozostanie miedzy nimi, nie róbmy z tego ogólnoświatowego problemu.

Obserwowałeś kiedyś, co się dzieje w Unii Europejskiej? Poleciłbyś europejskim przywódcom lekturę Atlasu Zbuntowanego?

Tak, ale wiem, że tego nie zrobią, bo są zabetonowani we własnych poglądach. Dziś w Unii politycy chronią swoich przyjaciół kosztem wolnej konkurencji, która powinna kwitnąć na wolnym rynku; to przecież on gwarantuje niższe ceny, więcej innowacji i lepszą jakość usług. Kartele i politycy działają przeciwko temu – to właśnie charakteryzuje myślenie w sposób kolektywistyczny. Ayn Rand w swoich esejach zamieszczonych w Cnocie egoizmu podkreślała, że w służeniu samemu sobie znajdują się ramy zasad moralnych. Zakładając przedsiębiorstwa i starając się być bogatym możemy pracować na rzecz wspólnego bogactwa. To jest właśnie służba ludziom, a nie tworzenie utopijnych pomysłów na papierze, których nie sposób wcielić w życie.

Mówi się o Twoim ojcu, że chciał „uratować Amerykę przed nią samą”. Twoje ambicje też sięgają tak daleko?

Politycy są gotowi zrobić wszystko kosztem społeczeństwa, by samemu czerpać korzyści. Papa chciał uratować Amerykę przed nią samą i przegrał. Ale ja chyba chciałbym więcej dobrego zrobić w Polsce. Jestem jakoś zaangażowany w debatę w Ameryce, ale nie uratuję już na pewno jej przed nią samą – to zaszło zbyt daleko. Kiedy jestem w Polsce, ponoszę owszem trochę ryzyko bycia „supertrollowanym” na każdej stronie internetowej – Wracaj do Nowego Jorku, ty oportunistyczny śmieciu z Wall Street! Ale poznałem też w Polsce wielu młodych ludzi, którzy są inteligentni i świadomi swojej historii, a także rozumieją kulturę oraz polityczne przemiany, które dokonują się w ich ojczyźnie. Jest to nad wyraz optymistyczne i dostrzegam w tym energię, której brakuje dzisiaj amerykańskiej młodzieży.

Czyli młody Tyrmand teraz uratuje Polskę przed nią samą? Młodzi ludzie wcale nie spoglądają z takim optymizmem na swój kraj…

Oczywiście, że nie, bo politycy dają im bardzo dobry powód do tego! Nie uratuję Polski przed nią samą, bo to ludzie muszą uratować swoją demokrację. Demokracja wymaga od ludzi walki o wolność. Mogę jakoś w tej walce pomóc – być trochę prowokującym, dodawać swoje uwagi, w końcu nie jestem taki nieśmiały (śmiech). Nie przyjechałem tutaj mówić ludziom, co mają robić – przyjechałem opowiadać im o tym, w co wierzę. Narzekanie i apatia – to jest coś, co mnie martwi w Polsce. I jeszcze ta miłość do wszystkiego, co amerykańskie. Rozumiem, że w czasie zimnej wojny posiadanie dżinsów realizowało tę potrzebę kontaktu z Zachodem, ale teraz macie swoją wolność i nie musicie już tak spoglądać na Amerykę. Tak jak już mówiłem – nie chcę, by ludzie mówili, że przyjechał tu ten głupek z Nowego Jorku i mówi nam, jak powinniśmy żyć. Jako ekonomista mogę wspierać Polaków tym wszystkim, co przekazała mi Szkoła Chicagowska i doświadczenie na Wall Street. Chciałbym uczestniczyć w debacie publicznej, ale nie zamierzam angażować się politycznie. Chcę tylko inspirować ludzi.

Widzieliśmy, że zgromiłeś decyzję rządu w sprawie przesunięcia środków emerytalnych z OFE do ZUS. Zbiegło się to z drugim głosem z Ameryki – felietonem Steve’a Forbesa, w którym porównał zmiany w OFE do nacjonalizacji z czasów stalinizmu w Polsce…

Jako ekonomista poczułem rzeczywiste przerażenie (dosł. that scared the shit out of me – przyp. red.). OFE były szansą na zdywersyfikowanie źródeł stóp zwrotu poprzez prywatny sektor i konkurencję. Teraz rząd przesuwa te pieniądze na rachunek państwowy – na dodatek do instytucji dającej mniejszą stopę zwrotu. I jeszcze ma czelność mówić: „to wszystko dla waszego bezpieczeństwa, wierzcie nam!”. W ten sposób oczywiście doprowadzą do zmniejszenia proporcji długu publicznego względem PKB, będą mogli jeszcze bardziej zadłużać państwo i z ręką w kieszeni wygrać wybory w 2015 roku. Liczą oczywiście na efekt keynesowskich mnożników, które działają tylko w krótkim terminie. Nikogo nie interesuje to, co się dzieje z długiem w dłuższej perspektywie, bo tym będą musieli się martwić dopiero ich następcy. Keynesizm nigdy nie miał być zamkniętą metodologią działania – w sposób inflacyjny miał tylko dawać „kopa” gospodarce. Nawet Keynes mówił o tym, że zwiększanie wydatków działa tylko w krótkim terminie.

Bo w długim okresie wszyscy jesteśmy martwi?

Tak, i nie ma darmowego lunchu!

Hipster-Tyrmand z Placu Zbawiciela

fot. Aleksandra JabłońskaCo w takim razie sądzisz na temat współczesnej Warszawy? Dla większości ludzi twórczość Twojego ojca jest nierozerwalnie związana z tym miastem.

Kocham Warszawę. Nowy Jork jest trochę za bardzo skoncentrowany na przyszłości, tymczasem Warszawa jest dla mnie mieszanką teraźniejszości i przeszłości. Możesz wjechać na szczyt wieżowca zaprojektowanego przez Liebeskinda i zobaczyć budynek przypominający o Powstaniu Warszawskim. Bardzo też lubię dawną siedzibę partii komunistycznej, bo teraz znajduje się w niej bar z doskonałym piwem (śmiech). Uwielbiam to miejsce, prowadzi je mój bardzo dobry przyjaciel.

Cuda na kiju. Tak, też bardzo dobrze znamy to miejsce.

Tak, chyba się tam nawet kiedyś spotkaliśmy! Jakoś w marcu, bądź kwietniu, dosłownie każdego dnia spotykałem kogoś nowego. Poza tym uwielbiam okolice ulicy Mokotowskiej i Placu Zbawiciela. Moja dziewczyna zawsze mówi – Chodź, zróbmy coś na Mokotowskiej. Chciałbym zaangażować się w coś w Warszawie – sporo rozmawiałem o pomyśle uruchomienia fundacji. Myślę, że pierwszym krokiem mogłoby być rozpoczęcie przyznawania czegoś w rodzaju nagrody imienia mojego papy. Może na przykład dla polskich pisarzy na emigracji albo w ogóle pisarzy hołdującym takim wartościom, jakie wyznawał mój ojciec? Ale te wszystkie pomysły dopiero się rozwijają.

Podobno sam też chcesz otworzyć lokal w Warszawie.

Jestem poważnie zainteresowany otwarciem restauracji i wrócę tu pewnie w listopadzie lub w grudniu, by rozpocząć poszukiwania odpowiedniego miejsca. Oczywiście, będzie to coś otwartego całą dobę – w końcu, kiedy jesteś na rauszu, masz często ochotę coś zjeść w nocy. Wszyscy lubimy kebaby – ja też jestem zakochany w Kebab Kingu, ale po żywieniu się kebabem z ostrym sosem piąty dzień z rzędu, mam go już trochę dość. Chciałbym, żeby było tam trochę kuchni amerykańskiej, trochę francuskiej, trochę polskiej. Otwarte całą dobę, dobrze wyposażony bar, może trochę jazzu, kawa, masa zdjęć i rysunków na ścianach – będzie fajnie i mam nadzieję, że takie miejsce stanie się w Warszawie bardzo popularne.

Plac Zbawiciela i jedzenie całą dobę? To pewnie słyszałeś o tatarze na Warszawskiej?

A tak, to jest to miejsce, gdzie lubią wpadać chłopaki z „Frondy”. Jak widzieliście, byłem też zaangażowany w dyskusję na temat palenia tęczy na Pl. Zbawiciela…

Tak, widzieliśmy że protestowałeś przeciwko wykorzystaniu wizerunku Twojego ojca na okładce nowego numeru „Frondy”. Pisałeś, że Twój ojciec nigdy nie poparłby aktów wandalizmu. (Na okładce „Frondy” znalazł się Leopold Tyrmand w kąpielówkach i z gumowym krokodylem leżący pod płonącą tęczą na Pl. Zbawiciela – przyp. red.)

Właściwie to nie zgadzam się faktycznie ze wszystkim, za czym opowiada się Fronda, ale lubię tych chłopaków, bo uważam, że prowokują do myślenia i nakręcają w ten sposób debatę. Chociaż gdzieś niedaleko nich jest też trochę oderwanych od rzeczywistości durniów, no i trochę świrów na dalekie prawo, ale przecież takich samych dziwaków mamy w Stanach na radykalnej prawicy.

Zostając przy Pl. Zbawiciela: byłeś w Ministerstwie Kawy albo w Karmie?

Nie, ale skoro polecacie to z pewnością będę musiał tam trafić! Dzisiaj też planuję wyskoczyć na Plac Zbawiciela, żeby zobaczyć się ze znajomym, z którym nie widziałem się od miesięcy. Wypijemy nieco piwa, pewnie wpadnie trochę ludzi z prawicy, trochę z lewicy, będzie mała kłótnia.

Dla wielu warszawiaków wspomnienia związane z tymi okolicami sięgają liceum albo nawet wcześniej. Niektórzy nauczyciele lubili się czasem przechadzać tamtędy i patrzeć, czy uczniowie nie palą papierosów w kawiarniach.

Wszyscy tu palą! To jest coś, na co mogę narzekać w Polsce. Nawet ja tu palę! Nienawidzę papierosów, a kiedy jestem w Polsce, palę prawie cały czas. Mam tu może tylko trzech przyjaciół, którzy nie palą. Z czego jeden jest zbyt zajęty paleniem trawy, żeby palić jeszcze papierosy.

Dobra, to teraz pytanie z innej beczki – lubisz tramwaje? Twój ojciec sporo się rozwodził nad przyjemnościami związanymi z podróżą tramwajami w Warszawie.

Tak, bardzo lubię system tramwajowy w Warszawie, ale jeśli mam na coś narzekać, to na to, że w tych starych czasem bywa albo nazbyt gorąco, albo nazbyt zimno. To trochę zabawne, że gdy patrzę na te stare tramwaje, myślę sobie, że pewnie niektóre z nich chyba wciąż są jeszcze tymi, którymi jeździł mój ojciec – może je tylko przemalowano od tamtego czasu.

Odwiedziłeś jeszcze jakieś miejsca, które tak barwnie opisywał Twój tato?

Oczywiście, byłem wielokrotnie w budynku YMCA przy Pl. Trzech Krzyży, gdzie mieszkał mój ojciec przez wiele lat i gdzie pisał swój Dziennik. Za pierwszym razem gdy byłem w Polsce, musieliśmy się tam z moją dziewczyną niemalże włamywać. Wtedy zobaczyłem pokój mojego ojca – był malutki, wielkości chyba tego stołu (Matt opukuje duży, drewniany stół, przy którym siedzimy). Wchodzisz do pokoju i właściwie padasz na łóżko. To było niesamowite doświadczenie być świadomym, że ojciec mieszkał tu przez tyle lat. Byłem też w wielu innych częściach miasta. Papa dużo pisał także o Woli. Wola mi się podoba, przypomina mi trochę Brooklyn – trochę ruin, które teraz wypełnia się luksusowymi apartamentowcami. Praga wydaje mi się również bardzo interesująca – prawdopodobnie gdybym się miał przeprowadzić do Warszawy, szukałbym czegoś właśnie na Pradze.

Ale nie zaprzeczysz, że tak naprawdę wszyscy tylko czekają aż wprowadzisz szumnie zapowiadaną „Tyrmandówkę” na rynek?

Tak, tyle osób mnie o to pyta! Wprowadzenie jej na rynek nie będzie trudnym zadaniem, zwłaszcza, że mam swego rodzaju smykałkę do interesów. Myślę, że będzie to całkiem niezły biznes. Oczywiście, o ile nie wykopię dokładnie tego przepisu, według którego robił ją mój tata. Bo tego podobno nie da się pić – przynajmniej tak zawsze uważała moja mama.

Matthew Tyrmand

(ur. 1981) syn pisarza Leopolda Tyrmanda. Wychowany w Nowym Jorku, absolwent ekonomii na University of Chicago. Blisko 10 lat pracował z powodzeniem na Wall Street. Obecnie doradza małym i średnim przedsiębiorstwom. W 2010 roku pierwszy raz przyjechał do Polski, gdzie czuje się jak w domu; intensywnie uczy się języka polskiego i często bywa na Placu Zbawiciela. We wrześniu 2013 roku ukazała się jego książka autobiograficzna Jestem Tyrmand, syn Leopolda.

Rating: 3.0. From 2 votes.
Please wait...