Pierwsza dama polskiej fantastyki

Takeshi. Cień Śmierci rozpoczyna nowy rozdział w karierze pisarskiej Mai Lidii Kossakowskiej i jest doskonałym połączeniem wielu pasji autorki, o których opowiedziała MAGLOWI. Tym razem wyruszamy do Japonii.

wyd. Fabryka Snów

MAGIEL: Jest Pani jedną z niewielu kobiet, które odniosły sukces na polskim rynku fantastyki. W czym tkwi tajemnica Pani sukcesu?

Maja Lidia Kossakowska: Tę tajemnicę znają tylko czytelnicy. To ich trzeba pytać, nie mnie. Nie pomagają mi ani żadne pozy, kalkulacje , ani czarna magia. Nie siadam i nie zastanawiam się na zimno, co „dobrze idzie”, na co jest popyt, co jest aktualnie modne. Na szczęście mechanika sukcesu w literaturze jest wciąż nieprzewidywalna. Trzeba pisać prawdziwie, rzetelnie, po swojemu. Zawsze staram się wymyślić i stworzyć interesujące, dobrze napisane, niesztampowe książki i wkładam w to wiele pracy oraz serca. Jeśli się podobają, bardzo się cieszę. Nie czuję się też jakoś niezwykle wyjątkowa. W polskiej fantastyce mamy dużo piszących dziewczyn, są autorki ze znacznym dorobkiem, są debiuty. Nie jestem dziewczynką bawiącą się z chłopakami w męskie gry. Fantastyka to gra dla każdego.

Ukończyła Pani Liceum Sztuk Plastycznych i studia magisterskie na kierunku archeologia na Uniwersytecie Warszawskim. Czemu nie zdecydowała się Pani na pracę zgodną z wykształceniem?

To pisanie zawsze było moim marzeniem i celem, a studiów kształcących przyszłych pisarzy po prostu w Polsce nie ma. Z resztą, tak naprawdę, nie da się wykreować autora od zera, na kursach czy warsztatach. Oczywiście, uczestniczenie w zajęciach literackich pod okiem dobrego wykładowcy z pewnością pomaga rozwijać zdolności, ale dyplom kursu kreatywnego pisania czy nawet tytuł magistra literatury nie czyni z nikogo pełnoprawnego autora. W czasach kiedy ja obierałam kierunek studiów, w naszym kraju nie można było nawet marzyć, żeby utrzymywać się z pisania książek. Dlatego postanowiłam poświęcić się archeologii, a w wolnej chwili pisywać powieści, śladem wielu wyśmienitych autorów, którzy decydowali się na karierę akademicką. Na szczęście dla mnie sytuacja się zmieniła, rynek otworzył i mogłam zająć się zawodowo tym, czego najbardziej pragnęłam. Zdecydowałam się więc na pracę zgodną z marzeniem, a nie wykształceniem. To chyba nieźle, prawda?

Z której książki jest Pani najbardziej dumna? Która dawała najwięcej satysfakcji podczas procesu twórczego?

Wielokrotnie wspominałam, że uważam cykl Upiór południa za mój najlepszy projekt. To na nim uczyłam się całkiem nowego, dojrzałego,, nowoczesnego warsztatu. Napisać cztery książki w zupełnie różnych, odważnych, wymagających literacko stylach? Kto jeszcze pokusi się o takie szaleństwo? Jak dla mnie, eksperyment się powiódł. Z pewnością otworzył mi drogę do lepszego, bardziej świadomego, swobodnego pisarstwa, do głębszego, ciekawszego języka i klarowniejszej umiejętności obrazowania opisywanego świata. Bez Upiora nie byłoby Takeshiego. W każdym razie, na pewno nie w tej formie, jaką ma powieść obecnie.

Debiutowała Pani na łamach czasopisma Fenix opowiadaniem Mucha w 1997. Jakie emocje Pani wówczas towarzyszyły?

Szalone. Nie mogłam uwierzyć, że widzę własne nazwisko, swój tekst w druku. Rany, tego się do niczego nie da porównać. Debiut to niesłychanie potężny wstrząs. Takie emocjonalne tsunami, po którym świat nigdy już nie będzie taki sam. Budzą się równocześnie nadzieje i okropne lęki. Co dalej? Ten tekst wydrukowali – hurra! Ale czy wezmą następny? A jeśli nie? Co wtedy?
Śpiewają chóry anielskie i drżą w posadach żywioły. Rozum usypia, emocje szaleją a po świecie fruwają demony. Tak, mniej więcej, wygląda debiut.

Prywatnie jest Pani żoną pisarza fantasy – Jarosława Grzędowicza. Czy wymieniacie się nawzajem pomysłami, inspiracjami, czy też tematy pracy pozostają w domu tabu?

To dom zwykłego małżeństwa, a nie klasztor z regułą milczenia. Oczywiście, rozmawiamy o pracy, bo dla nas obojga to także wielka pasja. Ja nie podsuwam Jarkowi pomysłów, ani on mnie, ale znamy swoje fascynacje literackie, inspiracje i pomysły, bo to naturalne. Jesteśmy odrębnymi pisarzami, kreujemy własne wizje, własne światy, choć niewątpliwie wpływamy na siebie, tak jak zwykle to czynią bliscy sobie ludzie. Jesteśmy też pierwszymi czytelnikami swoich tekstów. Czasem prosimy się nawzajem o radę lub podsuwamy patenty na rozegranie jakiejś drobnej sceny, nie zawsze się do nich stosujemy.

Wielu pisarzy posiada specyficzny tryb pracy, ma swoje specjalne nawyki. Wobec tego, w jaki sposób Maja Lidia Kossakowska tworzy swoje dzieła?

Chciałabym odpowiedzieć, że rozpoczynam dzień od konnej przejażdżki po plaży lub leśnej drodze, żeby zebrać myśli i przygotować się do pracy, a potem siadam na słonecznej werandzie, wpatrując się w fale bijące o brzeg, wsłuchana w rzewne, nostalgiczne krzyki mew, przenoszę się całkowicie do świata, jaki zamierzam stworzyć i zaczynam pisać. Albo wieczorem popijam mojito w tropikalnym barze, patrząc na rozwichrzone łby palm, podczas gdy wygłodniały horyzont połyka wielkie, czerwone słońce, a ja notuję sobie na serwetkach pomysły na jutro.

Ale to nieprawda. Jest całkiem zwyczajnie. Siadam przed laptopem i zaczynam pracę. Nic ciekawego dla postronnego obserwatora. No, może tyle, że zwykle zanim zacznę stawiać pierwsze litery, mam całą książkę wymyśloną i rozpisaną na sceny.

Oprócz spełniania się jako literatka zajmuje się pani również dziennikarstwem, realizowaniem programów TV, a także malowaniem obrazów. Jednak które z tych zajęć traktuje Pani priorytetowo?

Niekoniecznie spełniam się jako literatka, bo to taka mała szklanka, którą wznosi się toasty. Nie jestem aż tak krucha i wolę nieco inny sposób spełnienia. Zwykle mówię, że jestem po prostu pisarzem. Opowiadaczem historii. To z pewnością zawód starszy i mniej kontrowersyjny od najstarszego zawodu świata. Bardziej szacowny, śmiem twierdzić. A równie potrzebny. Nawet w kulturach pierwotnych z przyjemnością słuchano ciekawych historyjek. Miłość do opowieści chyba tkwi w ludzkiej naturze. Na szczęście dla pisarzy. Tak się korzystnie złożyło, że już od paru lat nie muszę zajmować się dziennikarstwem, ani telewizyjnym, ani prasowym. Piszę książki. I to z całą pewnością był i jest absolutny priorytet. A malarstwo to po prostu hobby.

Pani najnowsza książka Takeshi. Cień Śmierci jest powiewem świeżości w naszej rodzimej fantastyce. W końcu nie na co dzień czyta się opowieści w klimacie Kraju Kwitnącej Wiśni. Skąd pomysł na taką temat powieści?

Takeshi nie jest tak naprawdę opowieścią o Japonii, lecz pewną wariacją na temat części japońskiej kultury, a szczególnie mitologii i dawnych wierzeń. To nie jest powieść historyczna, ani też futurologiczna, traktująca o przeszłości bądź przyszłości Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie jest to także zupełnie oderwana od realiów fantasy z elementami japońskimi, ani historia alternatywna. To opowieść o Wakuni, Nowym Kraju, gdzie japońska tradycja miesza się z mentalnością ludzi należących do różnych kultur, a spotkania z mieszkańcami zaświatów, bogami, demonami, duchami i magicznymi zwierzętami są na porządku dziennym.

Od dawna interesuję się mitologiami i wierzeniami różnych ludów, a nadprzyrodzone i magiczne istoty pochodzące z kręgu legend japońskich są szczególnie fascynujące. Ta zwarta i intrygująca mitologia doskonale pasuje do świata powieści, którą zaczęłam właśnie tworzyć. Jeśli dorzucić do tego swoisty kodeks etyczny i moralny dawnych mieszkańców Japonii, malowniczość i egzotykę ich kultury, oraz niezwykłe wyrafinowanie estetyczne, powstała mieszanka, której nie mogłam się oprzeć. Kiedyś dawno, w fazie projektu, ta książka mogłaby opierać się o inną kulturę i mitologię, jednak teraz nie wyobrażam sobie, która mogłaby tu bardziej pasować.

Czy mogłaby Pani zdradzić nieco szczegółów dotyczących fabuły najnowszego dzieła czytelnikom MAGLA?

Jasne. Fabuła będzie wartka, wydarzenia wciągające i niezwykłe, bohaterowie wielobarwni i niejednoznaczni lecz przez to zyskają sympatię bądź wywołają nienawiść u czytelników. Od historii nie można się będzie oderwać, tylko pochłaniać ją jednym tchem. Język będzie plastyczny, nowoczesny i bezkonkurencyjny, opisy oszałamiające, dialogi błyskotliwe, spięcia i scysje pełne emocji, walki i potyczki krwawe i zaskakujące. Wszystko razem stworzy literaturę najwyższej próby. A przynajmniej taką mam nadzieję, oddając z drżeniem serca Takeshiego w ręce czytelników.

Do tej pory była Pani bardziej wiązana z serią o aniołach, czy też minipowieściami Upiór Południa. Jaki był powód stworzenia kolejnego uniwersum od podstaw?

Ewolucja? Konieczność? Naturalny bieg rzeczy? Wewnętrzny imperatyw przypominający prawa przyrody? Po zimie nastaje wiosna, potem lato, w końcu jesień. Ptaki odlatują, ptaki przylatują, rodzą się młode zwierzęta. A pisarz pisze coraz to nowe książki. Skończywszy jedną, zaczyna myśleć nad następną, potem zazwyczaj siada i zabiera się do pracy. Nazywają to, z jakichś przyczyn, rozwojem. Ja wiem jedno. Nie potrafiłabym utknąć na długie lata w jednym literackim uniwersum. Po jakimś czasie oszalałabym z nudów i pożarła komputer, a to mogłoby mieć żałosne konsekwencje. Te wszystkie cykle dłuższe niż kalendarz Majów, te heksalogie, oktologie, dwunasto-, osiemnasto-, sześćdziesięciotomowe dzieła nie są dla mnie. Wydaje mi się, że po dłuższym czasie każdy autor ma ich tak naprawdę dość. Porusza się, udręczony, po niegdyś ukochanym świecie, depcząc po jałowych ziemiach, gdzie tylko siwy dym, żałosny dźwięk skrzypiec i kości dawno zdechłych pomysłów. Wieje grozą. A i czytelnicy kręcą nosem. Nie, to już nie to. Skończył się. Wypalił. Zaczyna zjadać własny ogon.. Pisząc siedemdziesiąty tom serii można sobie odgryźć nie tylko ogon, ale i obie nogi. Tworzenie, wymyślanie, nie tylko fabuły, ale także realiów, w jakich rozgrywa się opowieść, to niezbędna i fascynująca część pracy pisarza. Pozwala doskonalić warsztat, popisać się wyobraźnią, kreślić coraz lepsze, pełniejsze, bardziej realistyczne światy. Rosnąć. Rozwijać się. Uczyć. Doskonalić. Słowem, same korzyści. Stworzony świat także gra w powieści, nie jest tylko nieistotnym tłem. Oddaje nastrój, podkreśla wydarzenia, determinuje charakter i sposób postępowania bohaterów. Do każdej historii pasuje inne uniwersum. Czemu więc nie powołać go do życia?

Takeshi. Cień Śmierci został zapisany ze ścisłym podziałem na rozdziały. Każdy z nich przedstawiał wyizolowany fragment opowieści. Przypominała mi w swojej konstrukcji film Quentina Tarantino, Kill Bill. W jakim celu zastosowała Pani ten zabieg literacki?

Jeśli się nie mylę, podział na rozdziały jest stary jak świat. Już Gilgamesz był bodajże podzielony na pieśni. Sama stosowałam ten podział, na przykład w Siewcy WiatruZbieraczu Burz. Oczywiście, bardzo mi zależało, żeby Takeshi. Cień Śmierci był bardzo obrazowy, malowniczy, niemal filmowy. Taka tematyka, takie realia aż się o to proszą. Z resztą Takeshi to taki mój wymarzony film na papierze. Powieść na kilka wątków, wielu bohaterów, dzieje się na różnych planach i płaszczyznach. Myślę, że czytelnikowi będzie w takiej sytuacji wygodniej czytać tekst podzielony na rozdziały.

Czy w związku z tym jest Pani otwarta na ekranizację tej książki?

Och, oczywiście! Na początku książki przyznałam się, że to film, który zawsze chciałam napisać. Fantastycznie byłoby naprawdę zobaczyć go na ekranie.

Co było źródłem inspiracji dla tytułowej postaci książki?

Zwykle, w wypadku moich książek, nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Inspiracji jest wiele, a bohater po prostu nagle pojawia się gotowy do działania i przemyśleń. Tym razem jednak przyznam, że pewnym impulsem do stworzenia Takeshiego była postać wykreowana przez japońskiego reżysera i aktora, Takeshiego Kitano w filmie Zatoichi. Ślepy masażysta a przy okazji natchniony szermierz to postać znana z japońskich legend, klasyczna już, wielokrotnie pojawiająca się w kinie i literaturze. Mój Takeshi to renegat, odszczepieniec i uciekinier, dla którego jednak honor i przyzwoitość pozostają wartościami nadrzędnymi. Obaj bohaterowie znacznie się różnią, mają odmienną mentalność i cele, ale nie zaprzeczam że to film Kitano natchnął mnie do stworzenia opowieści o samotnym wojowniku i wędrownym artyście zwanym niegdyś Cieniem Śmierci.

Zbieżność imion nie jest tu przypadkowa. To ukłon w stronę wielkiej postaci japońskiego kina.

Jak planuje Pani rozwinąć cykl zapoczątkowany przez historię Takeshiego? Bo chyba możemy zdradzić, że na jednej książce się to nie zakończy.

Nie, planuję na pewno dwa, trzy tomy. To będzie po prostu dłuższa powieść w kilku odsłonach. Mogę obiecać, że dołożę wszelkich starań, żeby działo się wiele, zaskakująco, dramatyczni, ostro i ciekawie. Może nawet wybuchnie otwarty konflikt między dwoma dominującymi państwami, Wakuni i Antilią. Może. Zobaczymy. Losy bohaterów się splączą i skomplikują, przeszłość upomni się o swoje, przeznaczenie nie pozostawi szans na łatwe wybory a magia, tajemnica i los odciśnie jeszcze mocniejsze piętno na życiu głównych postaci. I nikt nie będzie bezpieczny. W tej książce może się zdarzyć wiele złego, ale też wiele dobrego. Przeczytajcie i przekonajcie się sami.

Maja Lidia Kossakowska
Właściwie – Maja Lidia Korwin-Kossakowska-Grzędowicz. Magister archeologii śródziemnomorskiej, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego oraz Liceum Sztuk Plastycznych (tytuł zawodowy plastyk-wystawiennik). Pracuje też jako dziennikarka, realizuje programy w TV i maluje obrazy. Debiutowała w 1997 roku opowiadaniem Mucha zamieszczonym na łamach czasopisma Fenix. W 2001 roku otrzymała Srebrny Glob w kategorii Opowiadanie Roku za utwór Beznogi tancerz. Od tamego momentu wielokrotnie nagradzana za wyjątkową twórczość pisarską.

No votes yet.
Please wait...