Czy to koniec ery konsol?

W końcu doczekaliśmy się oficjalnej premiery od dawna zapowiadanej konsoli! – takie nagłówki towarzyszą uczestnikom każdych targów technologicznych. Także teraz, tuż po Consumer Electronics Show, na którym zadebiutowała Steam Machine, potencjalny płatny morderca obecnie dostępnych konsol. Wygląda na to, że powstał technologiczny Hitman.

Network-cloud

Materiały prasowe

Steam Machine to linia dedykowanych komputerów osobistych działających pod kontrolą systemu operacyjnego SteamOS – stworzonego przez Valve, ojca platformy dystrybucji cyfrowej. Każdy, kto kiedykolwiek miał styczność z takimi tytułami jak Call of Duty, Skyrim czy Left 4 Dead, doskonale ją zna. Producent jednak postanowił pójść o krok dalej i tak powstał SteamOS. Teraz, aby cieszyć się ulubionymi grami, wystarczy wygodnie rozsiąść się w fotelu i odpalić maszynę znajdującą się w salonie. Bioshock Infinite na 65-calowym ekranie z pewnością zapierałby dech w piersiach

Nowa siła, nowa jakość

W sierpniu ubiegłego roku na łamach gazet technologicznych można było znaleźć wiele informacji na temat SteamBoxa, którego dumnie reprezentował Xi3 Piston, ewidentnie odstający parametrami od konsol następnej generacji. Wraz z upływem czasu, Valve ujawniał coraz więcej informacji na temat swojego nowego projektu. Tak oto w styczniu 2014 roku na targach w USA, świat graczy dostał to, czego chciał. Valve wyjawił listę dwunastu partnerów, którzy zajmą się produkcją ich nowego dziecka. Wśród nich znajdują się m.in. Gigabyte, Zotac czy Digital Storm. Zaskoczeniem jest to, że każdy z nich wypuści produkt różniący się designem, konfiguracją i co najważniejsze – ceną. Najciekawiej zapowiada się Steam Machine od Alienware. Sam producent zapowiada, że to właśnie jego SM będzie godnym konkurentem dla Playstation 4 oraz Xbox One. Miejmy nadzieję, że nie są to słowa rzucone na wiatr, ponieważ na chwilę obecną Alienware nie udostępnił ani konfiguracji, ani ceny swojego produktu. Znając jednak dokonania „gamingowego” Della możemy spodziewać się Goliata wśród tłumu. Graczom nie pozostaje teraz nic innego jak czekać z niecierpliwością na dokładniejsze informacje.

Z dużej chmury mały deszcz

Nie tylko Steam chce utrzeć nosa konsolom i zwabić do siebie graczy. Potencjalnym pretendentem jest cloud gaming, choć nie jest to szeroko znany sposób rozgrywki. Może jest to spowodowane tym, że to dopiero raczkująca dziedzina na rynku technologicznym. Nie oznacza to jednak, że w jakimkolwiek aspekcie odstaje od reszty. Jak sama nazwa wskazuje, wszystko rozbija się o „chmurę”. Cały schemat jest bardzo prosty – nie potrzebujemy bajecznie drogiego sprzętu oraz terabajtów wolnego miejsca na nasze ulubione gry, gdyż tym wszystkim zajmą się serwery zewnętrzne. Wystarczy telewizor, monitor, tablet czy smartphone wyposażony w dekoder sygnału wideo określonego formatu oraz dostęp do Internetu. Na pierwszy rzut oka pomysł wygląda rewelacyjnie. Jednak jak wszystkie wschodzące gwiazdy, również cloud gaming musi stawić czoło niedogodnościom. Podstawowym problemem jest przepływ danych pomiędzy serwerem a odbiornikiem, czyli problem lagów. Kolejnym zagrożeniem są hakerzy, którzy pokazali swoją siłę rozkładając na łopatki takiego giganta jak Sony i jego PSN. W przypadku cloud gamingu takie zachowania mogłyby przybrać na sile. Ostatnim problemem są zapaleni gracze. Jak przekonać takiego weterana do zrezygnowania z blaszaka na rzecz „chmury”? Sami twórcy dostrzegli ten problem i oświadczyli, że ich usługa jest głównie kierowana do „mainstreamowych” graczy. Specjaliści zgodnie twierdzą, że o przyszłości grania w chmurze zadecyduje to, na ile będą w stanie poradzić sobie z pojawiającymi się na tym etapie przeszkodami.

Round one – fight!

Na korzyść Steam Machine przemawia ogromna biblioteka tytułów dostępnych od ręki oraz klasyczny, przez niektórych graczy uważany za wygodniejszy od pada, zestaw – mysz plus klawiatura. Dodatkowo tym, czym szczycą się pecetowcy, są gry strategiczne. No i mają rację – trudno wyobrazić sobie Rome: Total War na padzie. Jest tylko jeden problem – aby wyprzedzić konsole pod względem wydajności i grafiki, gracz będzie musiał się liczyć ze sporym wydatkiem. Jak pokazują wstępne informacje, Steam Machine będzie kosztował ponad tysiąc dolarów, więc prawdopodobnie większość pozostanie przy konsolach, których cena wynosi do 400 dolarów. Może w takim razie cloud gaming? Co prawda, nie potrzebujemy sprzętu, a co za tym idzie pozbawiamy się problemu upgrade’ów, ale czy rzeczywiście warto dla tych kilkuset złotych rocznie męczyć się z lagami? Albo, co gorsza, martwić się o niespodziewany atak hakerów?

Giganci z ręką na pulsie

Obecnie wydaje się że konsole są niezagrożone i jeszcze przez najbliższy czas będą cieszyły niejednego gracza. Warto jednak docenić starania producentów zmierzających do przerwania hegemonii konsol. Niestety, nawet jeśli pomysły są wybitne i obiecujące, to głównym czynnikiem weryfikującym ich zasadność i trafność jest czas. W przypadku cloud gamingu minie jeszcze wiele miesięcy zanim społeczeństwo zaufa czemuś, co można określić mianem niematerialnego. Z pewnością bardziej obiecujący jest Steam Machine. Valve ma rzeszę oddanych graczy, i to oni mogą stanowić o sile nowego produktu. Wszystko to są jednak wyłącznie przypuszczenia i rozważania. A jak dobrze wiadomo, w przypadku technologii niczego nie można być pewnym.

No votes yet.
Please wait...