Wykład jest jak koncert w tournée

Mówi, że nagroda od studentów jest więcej warta niż wszelkie ordery. Zapalony fan FC Barcelony. Kolejny wolny termin w jego kalendarzu wypada za 18 miesięcy, dlatego postuluje o zwiększenie liczby godzin w dobie. Rozmowa z dr. hab., prof. SGH, Waldemarem Rogowskim, Inspiracją Roku Studium Licencjackiego.

rogowski

fot. Anna Drwięga

MAGIEL: Jakie było Pana największe marzenie w czasach studenckich?

Dr hab., prof. SGH Waldemar Rogowski: Już na trzecim roku miałem córkę – Patrycję i właściwie jedynym moim marzeniem było wówczas, aby udało się pogodzić życie osobiste ze studiami. Z uwagi na dziecko zależało mi na tym, aby ukończyć studia na w miarę wysokiej pozycji – to mi się udało. Dzięki ciężkiej pracy znalazłem się w pierwszej trójce roku.

A co zdecydowało, że został Pan wykładowcą?

Jeszcze podczas studiów rozpocząłem pracę w banku inwestycyjnym. Zaraz po ukończeniu nauki otrzymałem także propozycję asystentury, ale…opierałem się. Jednak nie na długo, gdyż prof. Kasiewicz i prof. Grzywacz tak długo mnie namawiali, aż w końcu skusili. Mówili: Przyjdź na pół etatu na asystenturę, zobaczysz jak to jest. No i jak przyszedłem zdałem sobie sprawę, że to jest to, co chciałbym w życiu robić. Coś, co daje ogromną satysfakcję i możliwość obcowania na co dzień z ciekawymi i inspirującymi ludźmi.

Czyli powyżsi profesorowie byli dla Pana inspiracjami?

Nie tylko byli, lecz nadal są. Mimo że formalnie role trochę się odwróciły, gdyż obecnie jestem kierownikiem Zakładu, w którym pracuje profesor Kasiewicz, to i tak uważam ich nie tylko za swoich mentorów, nauczycieli, lecz także, co jest dla mnie najważniejsze, za oddanych przyjaciół. Zawsze mnie inspirowali i wspierali. I mam nadzieję, że tak będzie zawsze.

Chodził Pan na wykłady?

W zależności, czy córka w nocy spała, czy nie (śmiech). A tak na serio, miałem taką strategię, i mówię też o tym studentom podczas zajęć, że uczęszczałem na te wykłady, które mnie interesowały. Nie namawiam Was do opuszczania zajęć, ale prawda jest jednak taka, że wykłady można podzielić na 3 rodzaje: ważne i przydatne, czyli te, na które zawsze warto chodzić – są one inspirujące nie tylko przez samą treść, lecz także dzięki ciekawej formie. Zdarzają się też mało przydatne, ale ciekawie prowadzone. Ja np. przyjeżdżałem na 8 rano na historię miast, prowadzoną przez profesora Morawskiego. Wykład był tak rewelacyjny, że aula zawsze była pełna i z zapartym tchem słuchała opowieści pana profesora, co dla mnie, jako finansisty, a nie humanisty, było czymś wyjątkowym. I te trzecie – nieprzydatne i nieciekawie prowadzone.

Kiedy na czwartym roku studiów pracowałem, zacząłem jeszcze raz studiować matematykę, statystykę i ekonometrię, gdyż dopiero wtedy zrozumiałem, że to mi jest potrzebne. Przychodziliśmy na wykłady w kilka osób i po jakimś czasie zdominowaliśmy je pytaniami. Pewnego razu wykładowca zapytał nas, skąd mamy taką wiedzę na pierwszym roku i wtedy musieliśmy przyznać się, że jesteśmy już poważnymi studentami czwartego roku oraz terminującymi bankowcami (śmiech).

Pana wykłady na pewno są przydatne, ale z odpowiedzi ludzi głosujących na Pana wiemy też, że są po prostu ciekawie prowadzone. Jak Pan to robi?

Staram się, żeby każdy mój wykład był unikalny. Jest oczywiście rama (program do zrealizowania), ale wszystko zależy od grupy. Mój styl to konwersatoria, niezależnie czy prowadzę wykład dla 30 czy dla 100 osób. Zawsze mówię studentom, że podstawą jest zrozumienie i sam staram się przekazywać im praktyczny background. Od wielu lat pracuję w biznesie i dostrzegam wiele problemów zarządczych, dlatego staram się namawiać do myślenia, nie do wkuwania. Wykłady można porównać do koncertów artysty, który każdy z występów podczas tournée traktuje indywidualnie. Repertuar może być taki sam, ale każdy występ jest inny. Tak samo ja staram się prowadzić wykłady. Próbuję poznać grupę i współpracować z nią. Inspirować w sensie prac dyplomowych.

Mam w tym swój interes, gdyż potem spotykam się ze studentami na kanwie biznesowej. Dużo łatwiej jest z nimi współpracować, kiedy nauczeni są kreatywnego myślenia. Nie zawsze Uczelnia daje możliwość takiej swobodnej dyskusji z wykładowcą. Doświadczyłem ciekawych sytuacji, kiedy moi studenci przychodzili na przykład do banku, w którym byłem dyrektorem, na audyt i było zaskoczenie z obu stron. Natomiast wieczorem spotykaliśmy się na wykładzie. To jest właśnie unikalne na SGH, że możemy się ze studentami spotkać również na zewnątrz, w realnym świecie biznesowym.

Co Pan robi poza wykładami?

Od kilku dobrych lat pracuję w Biurze Informacji Kredytowej. Zajmuję się wszelkimi analizami związanymi z business intelligence. Zbiór informacji jest niewiarygodny. Mamy ich ogromną ilość, właściwie o wszystkich otwartych rachunkach kredytowych i prowadzimy różne, bardzo ciekawe i inspirujące (śmiech) analizy.

Nie sądzi Pan, że zmienia się rola Uczelni? Z ośrodka naukowego, miejsca gdzie zdobywa i pogłębia się wiedzę, w miejsce promocji korporacji?

Moim zdaniem można to wszystko ze sobą połączyć. Jestem zwolennikiem praktycznej wiedzy „akademickiej”. Szkoła Główna Handlowa jest uczelnią biznesową. Nie można sobie wyobrazić szkoły biznesowej bez zakotwiczenia w praktyce. Tym bardziej, że duża część idei i koncepcji biznesowych wychodzi od biznesu – do nauki. Prowadzimy badania, których bardzo często inspiratorem rozwiązań jest biznes. On kreuje, a my to opisujemy. Ubolewam nad tym, że duża część naszej kadry nie widzi wartości, jaką niesie bardzo ścisła współpraca z biznesem. Co ciekawe, widzą to studenci. Przy moim Zakładzie Zarządzania Ryzykiem od prawie 20 lat bardzo prężnie działa Studenckie Koło Naukowe Konsultingu, które organizuje m.in. bardzo ważne i praktyczne eventy, choćby – już po raz 17., Maraton firm konsultingowych.

Może oni wyobrażają sobie biznes bardziej jako indywidualną działalność?

Być może. Często firmy przychodzą do nas, żeby zaistnieć jako przyszły pracodawca, ale z drugiej strony, my jako uczelnia, powinniśmy traktować podmioty zewnętrzne na zasadzie partnerów do badań naukowych. Kiedy my idziemy jako uczelnia do biznesu z jakimiś badaniami, to dla większości przedsiębiorców jesteśmy naukowcami z głową w chmurach – zero wartości dodanej. Ale gdy przychodzi uczelnia, np. z firmą konsultingową, to mamy od razu potwierdzoną przydatność biznesową naszych rozwiązań. Polskie uczelnie nie są traktowane jako podmioty oferujące praktyczne rozwiązania. Czasami mam wrażenie, że badamy tylko to, co interesuje nas. Pytanie, na ile to jest ważne z perspektywy otoczenia? Obecnie można zaobserwować ciekawą tendencję zwiększenia zainteresowania studentów zakładaniem własnej działalności gospodarczej (przedsiębiorczością). Uczenia odpowiadając na ten trend powinna aktywnie uczestniczyć w procesie inkubowania i akcelerowania firm zakładanych przez jej studentów i absolwentów. Byłoby to dla nich ogromnym wsparciem a dla Uczelni wartością dodaną. Ubolewam też, że na naszej Uczelni nie ma zbyt wielu ćwiczeń. Zajęcia powinny opierać się na dużej liczbie business case’ów, dyskusji, projektów. Chciałbym mieć możliwość prowadzenia Oceny Projektów Inwestycyjnych dla 40 osób, gdzie każdy zaliczałby egzamin poprzez przygotowanie projektu, modelu biznesowego oraz jego obronę, dyskusję, polemikę. Jednak ze względu na koszty, jest to raczej niemożliwe.

Co robiłby Pan, gdyby nie był Pan wykładowcą?

Tak wrosłem w bankowość, że chyba byłbym po prostu bankowcem, a może znalazłbym inny pomysł na aktywność zawodową. Myślę, że szukałbym możliwości pracy bardziej koncepcyjnej. Kilka lat temu poszedłem pracować do Biura Informacji Kredytowej, gdzie mam możliwość oderwania się od operacyjności, w jakiej niestety funkcjonuje większość banków. Dotąd zawsze pracowałem w departamentach operacyjnych, kredytowych. W BIK-u koncentruję się bardziej na pracy koncepcyjnej. Obecny świat daje wiele możliwości na samorealizację. Jest tylko jedno ale. Dzień mógłby być o wiele dłuższy. Niestety doba ma nadal tylko 24 godziny.

Mimo zapracowania, na pewno znajduje Pan czas na odpoczynek. Jakie ma Pan hobby?

Uwielbiam jeździć na nartach, ale w tym roku byłem tylko kilka dni w górach i czuję niedosyt. Wcześniej grałem w squash’a, niestety wysiadły mi kolana. Moim nowym hobby jest budowa domu. Jesteśmy z żoną Renatą na etapie urządzania wnętrz. Usłyszałem takie powiedzenie, że domu się nie wykańcza, tylko dom wykańcza człowieka (śmiech). Obecnie jestem na etapie weryfikacji empirycznej tej tezy. Lubię dobre książki, ale niestety od kilku lat z powodu chronicznego braku czasu odkładam je tylko półkę. Uzbierał się już dość duży stosik. Na bieżąco czytam tylko książki biznesowe. Jestem także fanem FC Barcelony, wyposażonym w pełen asortyment kibica. Bardzo lubimy też z Renatą jeździć po świecie, poznawać nowe kultury, miejsca.

Gdzie widzi Pan siebie za 10 lat?

W nowym budynku F, w ładnym gabinecie profesorskim (śmiech). No i w biznesie, może nie w takim wymiarze jak obecnie ale biznes i nauka nakręcają się wzajemnie, więc jest to dobre połączenie.

Oraz nominacja profesorska, wręczona przez prezydenta?

Tak. To jest godny cel, ale na razie Renata powiedziała, że po habilitacji i profesurze uczelnianej muszę odetchnąć i znaleźć czas dla rodziny. Moje otoczenie zaczyna się buntować, że trzeba rok wcześniej umawiać się na wyjazdy. Mój kalendarz jest zapełniony na 18 miesięcy do przodu. Jeśli jest jakakolwiek impreza rodzinna, to najpierw ze mną uzgadniają termin. Są niestety takie sytuacje, których nie można przesunąć. Miałem na przykład komunię chrześniaka i ogromny problem, bo ksiądz nie chciał negocjować terminu (śmiech). Musiałem okazać dużą elastyczność.

Nie wszyscy studenci będą mieli przyjemność spotkać Pana na swojej drodze edukacyjnej, mieć z panem wykład lub pisać Pracę magisterską. Czy ma Pan jakieś słowa, wskazówki, które chciałby Pan im przekazać?

Jeśli chodzi o wybory przedmiotów, zawsze warto planować na jakieś 3 semestry do przodu. Zrobić logiczną ścieżkę, żeby wybór miał jakiś cel. Za moich czasów studenckich program studiów był sekwencyjnie ułożony. Wybierajcie na tematy prac dyplomowych (licencjackich i magisterskich) coś, co was interesuje, ciekawi oraz posiada praktyczny wymiar. Pisanie z musu jest drogą przez mękę. Ja nie przyjmuję „pułkowników”, tzn. u mnie nie pisze się prac, które mają leżeć na półkach. Mam bardzo dużo publikacji w oparciu o badania, które robiłem razem ze swoimi magistrantami. Praca magisterska jest pracą naukową musi być więc na odpowiednim poziomie merytorycznym. Nie może być kompilacją z kilku książek. Staram się być wymagający, ale też pomagać, no i chyba także inspirować.

Czy podoba się to Panu?

Dużym komplementem jest dla mnie uznanie ze strony absolwentów, których spotykam po kilku latach i którzy mnie nie unikają, ale wręcz przeciwnie, podchodzą – witając się z uśmiechem. Czasem dziękują za okazaną życzliwość i pomoc podczas studiów. I w takim momencie wszystkie trudy, problemy i wysiłek jaki ponoszę aby łączyć obie aktywności, pracę naukową i pracę w biznesie przestają ciążyć. Potencjał, jaki daje ta Uczelnia jest ogromny, trzeba tylko chcieć i umieć z niego skorzystać. I na koniec ostatnia rada: Wierzcie w siebie – to podstawa sukcesu.

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...