Koraliki nadziei

Autobus o tej porze nie jest zbyt tłoczny. Przepełnienie godzin „po pracy” minęło. Jest dobrze po dwudziestej. W tłumie zazwyczaj dociera do nas zbyt dużo bodźców, wobec czego uciekamy we własne zamyślenie. Gdy ludzi jest mniej, łatwiej coś zauważyć.

IMG_3656

fot. Fundacja Kapucyńska

Dwóch mężczyzn. Ocena po kilku chwilach – ten z lewej to elegancki pracownik korporacji, człowiek sukcesu, który mimo zmęczenia jest spokojny o jutro. Obok niego ktoś znacznie starszy. Nie owijajmy w bawełnę – pijak albo bezdomny. Siedzi sobie z boku, schowany wśród tłumu z cwaną miną, ściskając w ręce naddartą reklamówkę. Pewnie tylko czeka na swój przystanek, żeby wysiąść i popić z kumplami. Jeździ taki za darmo, bo nie ma za co kupować biletów, ale na wódkę ma. Ciekawe skąd. Elegancki Pan zniecierpliwiony zerka ukradkiem na zegarek. Uprzykrzyło mu się siedzenie koło kogoś z marginesu. Tym bardziej, że Pijak wyglądał nieciekawie – nieogolony, brudny, w podartych ubraniach. I jeszcze ta reklamówka z nieznaną zawartością.

Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Po jednym spojrzeniu każdego wsiadającego. Jednak Elegancki Pan i Pijak toczyli rozmowę. Albo inaczej – Pijak wygłaszał monolog. Wyjął z reklamówki swoje zdjęcie z Kardynałem. Próbował przekonywać na siłę Eleganckiego Pana, że był w tylu miejscach, że tyle świata zobaczył, tylu ludzi poznał. Elegancki Pan tylko patrzył przed siebie i przytakiwał. Nie miał ochoty na rozmowę. Ale zdecydowanie wszystko wskazywało na to, że się znają. Zmęczony wracał z pracy i wpadł na znajomego z dawnych lat. Pewnie myślał sobie, że jest skazany na rozmowę z kimś, kto jest gorszy. Sam jest sobie winien. Jego nastawienie potwierdzały pojawiające się co jakiś czas komentarze: ktoś musi pracować. Pijak nie traci jednak pewności siebie – musi się wygadać.

Sklepowe ostoje

Dużo takich biednych w warszawskiej komunikacji. Zimą będzie więcej, bo temperatura nie sprzyja, a w metrze czy w autobusie jest cieplej. Przemieszczają się z miejsca na miejsce, łączą w grupy i jakoś sobie radzą. Można zaobserwować ciekawą zależność między temperaturą a zachowaniem bezdomnych. Wraz z mrozem pojawiają się oni w okolicach sklepów. I nie jest to wcale związane z żebraniem o jedzenie czy pieniądze. Sklepy mają specjalne luki wentylacyjne. Zimą leci stamtąd ciepłe powietrze. Wtedy bardziej ich widać. Nieraz kilka osób siedzi w takim miejscu pod brudnymi kocami i starymi kołdrami. Czyli pod wszystkim, co znajdą na śmietnikach.

Kiedyś byłam nastawiona przeciwko dawaniu pieniędzy bezdomnym. Z jednej strony nakręca to spiralę bierności, bo daje się rybę, a nie wędkę. Ale jak dać tym ludziom pracę? Każdy program pomocy ma jeden podstawowy warunek – trzeba przestać pić. A to nie takie proste. W przypadku bezdomnych pojedyncza osoba nie może nic zdziałać. Bez zgody i determinacji osoby potrzebującej niewiele można zmienić. Mówi się, że jest to problem miast, państwa, a pojedyncza jednostka mało może. Zdarzają się zapaleńcy, którzy pracują w wolontariacie, zakładają fundacje, które oferują bardziej adekwatną i przemyślaną pomoc. Ale nie można ukrywać, że społeczeństwo jest mało zainteresowane problemem biednych.

Niespokojne noce

Część bezdomnych nie chce z takiego stanu wychodzić. Nie chcą, by coś ich ograniczało, żeby ktoś im wydawał polecenia w pracy. Znają ten świat i taka zmiana wydaje im się nie tylko nieosiągalna, ale też zbyt ingerująca w porządek, który sobie ustalają. Bo bezdomni mają swoje własne plany dnia. Część z nich ma harmonogram – rano śniadanie na Sapieżyńskiej, później obiad na Miodowej, koronka do Miłosierdzia, później centrum handlowe albo dworce, bo ciepło. Problem pojawia się w nocy, kiedy nie mają co ze sobą zrobić. Często śpią na klatkach w blokach, ale zależy to od nastawienia mieszkańców. Wchodzą po północy, a wychodzą przed świtem. I tak ciągle. Ale są ludzie, którzy wpadli w bezdomność dopiero niedawno i są zdeterminowani, by coś zmienić. Szukają pomocy w ośrodkach, łapią się każdej dorywczej pracy, nie są bierni. W Warszawie jest im łatwiej, bo to w końcu stolica, również stolica bezdomnych.

Różańcowa terapia

Na Miodowej znajduje się Fundacja Kapucyńska, która zajmuje się pomocą takim ludziom. Już od dwudziestu lat prowadzona jest przyklasztorna jadłodajnia dla ubogich i bezdomnych. Mimo, że sama fundacja działa oficjalnie od czterech lat, to pomoc udzielana jest znacznie dłużej. Organizacja zapewnia pomoc psychologiczną, organizuje warsztaty oraz wsparcie zarówno duchowe jak i duszpasterskie. W ramach pomocy bezdomnym organizuje się dla nich tutaj nie tylko jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy, ale też spotkania integracyjne, po to, by nie czuli się wykluczeni. Spotkania sprawiają, że nie czują się zapomniani.

W piątki Fundacja organizuje akcję Przystanek Miodowa. Bezdomni spotykają się wspólnie z wolontariuszami i robią różańce. Początkowo mieli zrobić ich dwieście, na sprzedaż podczas spotkania kulturalno–rekolekcyjnego Golgota Młodych. Plan zakładał chwilowe zaangażowanie bezdomnych. Okazało się, że akcja cieszyła się bardzo dużą popularnością. Widać było, że odbywa się to z korzyścią dla samych podopiecznych.

Bezdomni zaangażowali się w pracę, bo mogli robić coś pożytecznego dla innych, poczuli się potrzebni. Do tej pory to oni potrzebowali pomocy innych, teraz sami mogli dać coś z siebie. Spotkania przy różańcu stały się doskonałym sposobem na rozmowy i uspokojenie się. Oderwanie od smutnej, szarej rzeczywistości. Przez swoje zaangażowanie pokazują, że coś potrafią. Dla niektórych jest to forma terapii – wyciszają się i modlą o lepsze jutro. Dla innych możliwość pokazania swoich zdolności oraz tego, że nie są bezwartościowi, że potrafią coś zrobić. Ich zdeterminowanie ma udowodnić, jak bardzo zależy im by coś zmienić. A do zmiany jest wiele – muszą zmienić swoje życie. Ale chcą też pomóc samej fundacji. Każdy różaniec trafia do internetowego sklepiku, a zebrane pieniądze wracają do bezdomnych. Są przekazywane na fundację.

rozaniec

fot. Fundacja Kapucyńska

Podkowa przynosi szczęście

O trzynastej pod klasztorem kapucynów zbiera się grupa bezdomnych. Czekają na otwarcie drzwi i wpuszczenie ich do środka. Każdy musi być przed wejściem sprawdzony alkomatem. Słychać wesołe rozmowy, wszyscy dobrze się znają. W sali stoły ustawione są w podkowę. Alicja, koordynatorka, rozdaje wszystkim koraliki, każdy zajmuje miejsce i zabiera się do pracy. Koraliki nawlekane są na sznurek w odpowiedniej kolejności, tak, by po połączeniu oba sznurki złączyły się w różaniec. Bezdomni zaczynają ze sobą rozmawiać, cały czas pracując. Robią to machinalnie, w końcu niejeden różaniec już zrobili. Wolontariusze pomagają im, nie tylko angażując się w pracę, ale przygotowując kanapki i ciepłe napoje. Niesamowite, jak bardzo wszyscy podopieczni są uprzejmi, grzeczni dla siebie i wolontariuszy. Widać, jak się starają. Gdy któregoś z nich nie ma akurat przy stole, gdy rozdawane są kanapki, inni pamiętają, by wziąć porcję dla kolegi. Gdy byłam na spotkaniu, bezdomni przygotowywali kartki świąteczne z życzeniami dla wolontariuszy. Każdy z nich mógł dodać coś od siebie i napisać życzenia, które będą przekazane na wspólnej Wigilii.

Stereotypowo myśli się, że ludzie bezdomni to ci, którzy przepili wszystko. W większości to ludzie z jakimś uzależnieniem, niekoniecznie alkoholowym. W powszechnym przekonaniu bezdomny to menel, który jest zupełnie niepotrzebny. Generalizowanie i wrzucanie ludzi do jednego worka zawsze jest krzywdzące. Historia każdego człowieka jest inna. Czasem życie zależy od nas samych, ale często to życie nas zaskakuje.  Nie zawsze uzależniony bezdomny przepił wszystko. Zdarza się, że wpadł w nałóg po trafieniu na ulicę. Łatwiej jest spać na ławce, jak się jest zupełnie pijanym. Człowiek nie czuje wtedy strachu, nie boi się, że jest sam. Bezdomni w większości są sami albo opuszczeni przez rodzinę. I skrzywdzeni przez życie, w bardzo różny sposób. Czy to przez alkohol, narkotyki, hazard, czy też przez chorobę psychiczną czy jakąś tragedię. Każdy bezdomny skrywa swoją tajemnicę, bo nie traci się wszystkiego bez powodu.

Lepszy świat

Ja zderzyłam się na Przystanku Miodowa z zupełnie innym obrazem bezdomnego. Spędziłam z nimi parę godzin. To bardzo mało, ale wystarczająco dużo, żeby zauważyć, że niektórzy z nich robią wiele, żeby z bezdomności wyjść. Pracują nad sobą. Nawet to nawlekanie różańców traktują bardzo poważnie – to ich praca, która ma przysłużyć się fundacji i innym bezdomnym. Ci ludzie nie byli marginesem społecznym, który szkodzi. Byli osobami, którymi trzeba pomóc nie poddać się w walce o lepsze jutro. Jest wśród nich poeta, wielu z nich skończyło nawet studia. Nie są głupi, w większości wręcz odwrotnie. Ci przychodzący tutaj nie wyróżniali się szczególnie. Ja zawsze dbam o to, żeby na ulicy nie było mnie widać. Żebym był taki jak inni, chociaż bezdomny. Jutro kończy mi się tymczasowa praca, ale już wysłałem swoje CV w parę miejsc, będę szukał. Wcześniej pracowałem w zawodzie, bo ukończyłem studia oficerskie. Ale później alkohol, rodzina nie wytrzymała. Nie układało się, podjąłem parę decyzji za szybko i wylądowałem bez pracy na ulicy. Ale zrozumiałem, że mam problem i pracuję nad tym, żeby się udało. I codziennie się modlę.

Robienie różańców ma dla nich także znaczenie symboliczne. Traktują to jako dodatkową modlitwę. W tych ludziach było widać naprawdę ogromną wiarę. Mimo doświadczenia przez los, dalej wierzą, że ich modlitwy mogą dużo zdziałać. Jeden z nich opowiadał o pielgrzymce na Jasną Górę, którą fundacja im zorganizowała. Naszą intencją było wyjście z bezdomności i rozpoczęcie normalnego życia. Szliśmy razem z ludźmi niemającymi statusu bezdomnych. I w ogóle nie czuliśmy się wykluczeni. W tamtej chwili przecież wszyscy byli bez dachu nad głową. Nikt nie patrzył na nas krzywo, nie litował się nad nami. Byliśmy równi, tworzyliśmy wspólnotę. To też było dla nas bardzo ważne.

Przy Fundacji działa obecnie około czterdziestu wolontariuszy. Większość z nich to młodzi ludzie, studenci. Ale są też starsze osoby. Nie każdy może zostać wolontariuszem, bo to praca znacznie cięższa niż na przykład z dziećmi. Ci ludzie są doświadczeni przez życie, często trudno sprawić, by znaleźli w sobie siłę do zmian. Alicja już cztery lata zajmuje się bezdomnymi. Najpierw była wolontariuszką, obecnie pełni funkcję koordynatora projektów. Gdy przyszłam pierwszy raz, nie potrafiłam się do końca odnaleźć. Miałam przyjść za tydzień, ale nie przyszłam. Zdecydowałam się dopiero za dwa i zostałam. Działalność wolontariusza to praca trudna, bo naszym zadaniem jest znalezienie wspólnego języka i pomoc zrównoważona na tyle, by nie stała się nadgorliwą opieką. Możemy ich nakierowywać, ale nie możemy nimi sterować. Każdy wolontariusz powinien uświadomić sobie, że plan na dalsze życie każdego bezdomnego to nie jest mój plan, ale ich plan dla siebie.

Przesłuchanie

Wspomniany Elegancki Pan z autobusu okazał się być reżyserem. W którymś momencie Pijak zaczął mówić o tym, że tak wiele potrafi. Zaczął wręcz błagać o szansę zaistnienia. To nie było komiczne, to było przykre i smutne. Mnie śpiewu uczył taki śpiewak z Mazur, taki no, nie pamiętam, jak on miał. No ten, no… Ale ja znam szanty! Oj, szanty tak. Jak ryknę, to ryknę! – i ku przerażeniu Eleganckiego Pana zaczął śpiewać na cały autobus. Zmieniał tempo, wczuwał się, momentami zapominał i wręcz krzyczał, co zwróciło na tych dwóch uwagę nie tylko moją, ale I reszty pasażerów. Pewnie pomyśleli, że zwykły biedak się upił i śpiewa. A przecież w swoich oczach był na prawdziwym przesłuchaniu. Może jedynym w życiu. To była jego szansa, chciał ją w pełni wykorzystać.

Elegancki Pan szybko podniósł się ze swojego siedzenia. Zanim ktokolwiek się poruszył, już był na zewnątrz. Pijany wstał, chwiejnym krokiem wytoczył się z autobusu, potrącając po drodze paru pasażerów. Jeszcze w głowie powtarzałam sobie jego ostatnie słowa – Panie reżyserze, pan pamięta. Ja umiem śpiewać. A i zagram wszystko, wszystko. Mogę być kim tylko zechcę.