Fryzjer

Ścinanie włosów (i nie tylko) po turecku

20150316_184858Taka natura cywilizowanego człowieka, że co kilka miesięcy wypadałoby pójść do fryzjera, żeby nie wyglądać jak jakiś jaskiniowiec. Długo się opierałem przed tureckim fryzjerem, ale kiedy mój współlokator oznajmił mi, że on idzie, widziałem, że przyszedł czas i na mnie. Fryzjerów w Stambule jest na pęczki, na każdej ulicy jest jakiś, więc droga od domu nie była daleka. Jak większość tego rodzaju usług w Turcji, także fryzjerzy dzielą się na męskich i żeńskich. Są też uniseksowi, ale oni są podobno drodzy, bo to jak europejski stylista. W każdym razie nie dla nas.

Idziemy więc do zwykłego lokalu dla mężczyzn na naszej ulicy. Siadam na fotelu i mówię, jak chcę być obcięty, zadowolony, że jestem ze współlokatorem pełniącym rolę tłumacza. Fryzjer stawia przede mną szklaneczkę herbaty (tak, herbatę w Turcji dostaniemy wszędzie) i zabiera się do roboty. Z dużą dokładnością i pewnością zarazem obcina kosmyki, nie przepuszcza żadnemu detalowi. Malutką maszynką obcina mi nawet włosy na uszach (nawet nie wiedziałem, że mam tam włosy), pęsetą drażni mi trochę brwi.

Ogólnie – wielka dbałość o szczegóły, obcinał mnie chyba z godzinę. ale to nie był koniec… Gdy już moja nowa fryzura była gotowa, a ja zabierałem się do wstawania ze słowem teşekkürler na końcu języka, fryzjer otworzył jakieś dwa słoiki. Jeden był maseczką na włosy, drugi – na twarz. Po chwili byłem cały wymaseczkowany, przez co wyraz zdziwienia na mojej twarzy musiał wyglądać wyjątkowo głupio, co bardzo rozśmieszyło mojego współlokatora. Po chwili jednak i on miał na twarzy tą samą maseczkę co ja. Podobno w Turcji jest to standard, że poza obcinaniem fryzjerzy oferują różne dodatkowe usługi kosmetyczne. Podobno ci lepsi nawet robią manicure. Mój na szczęście ograniczał się tylko do maseczek. Cała ta przyjemność kosztowała mnie 20 lir (ok. 30 zł). Tureccy mężczyźni naprawdę muszą o sobie dbać.

No votes yet.
Please wait...