Jak zostać aktorem?

Nie będą jedli ani pili. Mogą zostawać w Akademii po nocach i przychodzić bladym świtem. Wytrzymają kontuzje i nauczą się szermierki. Wszystko, aby zostać dyplomowanym aktorem – nie oznacza to jednak aktora z angażem. Są jednak szczęściarze, którym się udaje już po drugim roku. Jak osiągnąć sukces w tym zawodzie, w którym właściwie sprzedajesz na wymagającej teatralnej scenie swój głos, ruch, wygląd i zdolność ekspresji? Oczywiście kluczem do sławy jest ciężka praca.

MAGIEL: Jak to się stało, że wybrałaś aktorstwo?

9NAYM3JoAebhNOzcYZFNr5fuqBDeCNu2bHgkNjpvj7M

fot. Robert Czepielewski

MARTA WĄGROCKA: Studiowałam dwa lata na Akademii Muzycznej w Gdańsku, na Wydziale Wokalno-Aktorskim, na specjalizacji musical. W pewnym momencie zorientowałam się jednak, że najbardziej fascynuje mnie teatr dramatyczny. Zajęcia z aktorstwa były na tej uczelni świetnie prowadzone, np. przez panią profesor Dorotę Kolak, Magdę Boć oraz przez świętej pamięci profesor Joannę Bogacką. Nagle się okazało, że to właśnie tym zajęciom najbardziej się poświęcam. Zaczęłam żyć moimi postaciami i tekstami, a śpiew i taniec powoli traciły na znaczeniu. Choć lata spędzone w Gdańsku były chyba najpiękniejszymi w moim życiu, to zorientowałam się, że z papierami po akademii muzycznej nie zagram na scenie dramatycznej. Na to nie mogłam sobie pozwolić. Zgłosiłam się więc w ostatniej chwili na egzaminy wstępne do Akademii Teatralnej w Warszawie. Prezentowałam część tekstów, nad którymi pracowałam w Gdańsku, choć musiałam wiele zmieniać, aby się dostosować do wymogów, jakimi są: proza klasyczna, współczesna, wiersz klasyczny, współczesny oraz monolog.

Jak wyglądają egzaminy, które co roku łamią serca tak wielu?

Przede wszystkim mają miliard etapów (śmiech). Pierwszy to tak zwany „przesiew” – straszna nazwa, ale zgodna z prawdą. W tym roku było 1100 osób, kiedy ja zdawałam – 1300, a przyjmują około 20. Komisja pierwszego etapu składa się z czterech profesorów mieszanych specjalizacji. Prezentuje się jedynie fragment tekstu i na tej podstawie ocenia się, czy ktoś ma warunki głosowe, dykcyjne, jak interpretuje tekst. Prezencja też ma znaczenie… Choć oczywiście nie jest to kluczowa sprawa. Jeśli komisja nie jest pewna, to istnieje szansa dogrywki, choć to się rzadko zdarza. Koszmarnie wspominam drugi etap – polega on właściwie na tym samym. Prezentuje się przygotowane teksty, ale komisja składa się już z dziewięciu osób. Kandydat jest, kolokwialnie mówiąc, „maglowany”. Czasami zdarza się, że ktoś sprawia świetne pierwsze wrażenie, ale na tym etapie odpada.

Co się następnie dzieje z nieszczęśnikiem o ambicjach aktorskich?

Trzeci etap składa się z konsultacji z wokalu, aktorstwa, ruchu, dykcji i egzaminu teoretycznego. Wtedy spędza się w akademii kilka dni, trzeba przejść przez każdą z tych komisji. Są to spotkania, na których ciężko się pracuje. Powtarza się ćwiczenia z aktorstwa, które mogą pojawić się w ścisłym finale. Sprawdzane są m.in. skala głosu, słuch, poczucie rytmu oraz warunki dykcyjne i emisyjne. Wszyscy zupełnie bez powodu boją się teorii, mimo że to nie chodzi o sprawdzenie wiedzy encyklopedycznej, ale elokwencji kandydata i jego orientacji w świecie kulturowym.

Ile osób dostaje się do finału?

Około siedemdziesięciu. Większość z nich jest bardzo interesująca, więc wybranie wygranej dwudziestki jest niezwykle trudne. Na tym etapie pojawiają się zadania na tekstach, piosenka, ale przede wszystkim chodzi o to, aby sprawdzić wszechstronność kandydata. Testowane są: jego ekspresja, temperament, subtelność, emocjonalność, praca głosem oraz umiejętność odejścia od przyjętej, czasem niestety „zauczonej” interpretacji. Sprawdzane są również, mogłoby się wydawać, takie prozaiczne rzeczy jak poruszanie się (to jednak bardzo ważne!) oraz radzenie sobie ze stresem, z jakim w tym zawodzie będzie się musiał zmierzyć przyszły aktor. Jak to teraz wspominam, wydaje mi się, że był to najbardziej stresujący okres w moim życiu. Nie wiem, czy miałabym wystarczająco dużo siły, aby jeszcze raz przez to przejść.

Jak wyglądają zajęcia na pierwszym roku dla złotej dwudziestki?

Zaczynają się najwcześniej o 8:15, a planowo kończą najpóźniej o 19:00. Zdarza się jednak wyjść o drugiej w nocy, czego panie portierki bardzo nie lubią. Mimo to, ogromnie dużo pracy studenci muszą wykonać sami. To, że profesor idzie do domu, nie oznacza, że student również. Powiedzmy, że siedzimy najczęściej od dziewiątej rano do ósmej, dziewiątej wieczorem. To tak standardowo, bez barbarzyństwa, z przerwą na kawę w bufecie. Piekło zaczyna się przed sesją.

Który z profesorów zrobił na tobie największe wrażenie?

Ciężko wybrać jednego, tym bardziej, że przez dwa lata spotkałam już wielu wspaniałych ludzi. Ale pamiętam, że zajęcia z profesorem Janem Englertem na pierwszym roku mnie trochę przeraziły… Nie spodziewałam się na jednym z pierwszych zajęć spotkania z legendą.

Krążą pogłoski, że podobnie jak na scenie, jest uwodzicielem i jednocześnie okrutnym ironistą.

(śmiech) Czasami w plotkach jest trochę prawdy… Oczywiście żartuję. Przyznam szczerze, początkowo trudno było się przyzwyczaić, że na korytarzu spotykam jednych z najwybitniejszych polskich aktorów: panią Annę Seniuk, Wiesława Komasę czy Wojciecha Pszoniaka. Potem człowiek się przyzwyczaja, ale na początku wali ci serce, jak ot tak, przypadkiem wpadasz przy wejściu na panią Maję Komorowską. Myślę jednak, że jedno z najważniejszych spotkań miałam z panią Ewą Bułhak, wybitną aktorką Teatru Narodowego. Osoba z ogromnym temperamentem oraz ogromnym sercem do pracy, a ja potrzebuję, by nauczyciel porywał swoich uczniów, „zainwestował w studenta”. Prowadziła z nami interpretacje piosenki, czyli coś, od czego chciałam odejść, rezygnując z Gdańska. Okazuje się jednak, że muzyka znowu do mnie wraca.

A teraz dzięki wokalowi dostałaś angaż w Och-Teatrze. Jak udało Ci się to zrobić?

Gram w spektaklu Maria Callas Master Class Terrence’a McNally’ego, który jest również autorem wielu librett do musicali. Sztuka jest oparta na prawdziwych wydarzeniach, kiedy to w Julliard School Maria Callas dawała lekcje mistrzowskie wybitnym młodym śpiewakom. Jest to również biograficzny spektakl, pełen retrospekcji, który ukazuje divę w momencie, kiedy nie była już w najlepszej kondycji wokalnej. Dostałam rolę uczennicy Callas. Przyszłam na casting po tym, jak dowiedziałam się, że poszukiwani są aktorzy, którzy potrafiliby wykonać arię operową. W próżności się zgłosiłam. Wcześniej były już jakieś castingi podczas mojej nauki w Akademii, ale jakoś mnie nie ciągnęło. W tym przypadku poczułam, że to jest połączenie dwóch światów – teatru dramatycznego i muzyki. Opiekunka wokalna spektaklu – pani profesor Joanna Cortes, która jest aniołem, zaproponowała, że da mi kilka lekcji i zobaczymy, czy w ogóle podołam zaśpiewaniu arii Ah non credea mirarti Belliniego z opery Lunatyczka. W trzy miesiące musiałyśmy przygotować coś, nad czym śpiewaczki pracują latami. Jednak okazało się, że przy jej wielkim wsparciu i solidnym treningu wokalnym to jest wykonalne. Dużo zawdzięczam pani Krystynie Jandzie i panu Andrzejowi Domalikowi – reżyserowi. Dali mi piękną szansę, zaufali.

Przypominasz sobie jakieś zabawne wydarzenie w Akademii?

Nie zapomnę tego, jak w czasie sesji zimowej dzieliliśmy salę egzaminacyjną z trzecim rokiem, który dzień wcześniej też tam grał przedstawienie. W szale kolega walnął w ścianę pomalowaną na czarno i powstała gigantyczna biała dziura. W porządku; myśleliśmy, że do następnego dnia panowie technicy dziurę zalepią. Do tego samego egzaminu wbijaliśmy w podłogę haczyki, aby zbudować namiot z linek, który miał być podwieszony pod sufitem. Przychodzimy następnego dnia rano tuż przed naszym egzaminem, a tu się okazuje, że nie ma haczyków, za to są jakieś wydrapane dziury w podłodze, a myśmy to kilka godzin montowali! A dziura w ścianie w najlepsze straszy. To był lekki zawał serca, panika, głupawka, ratowanie sytuacji.

Na pierwszym roku odniosłaś kontuzję. Jak do tego doszło?

Na zajęciach z gimnastyki robiliśmy podnoszenia w parach damsko-męskich. Może nie dobraliśmy się wzrostem lub wagą, bo mam 175 cm, a to jest dużo jak na dziewczynę. Po prostu źle wykonaliśmy jedno z podnoszeń. Zrobiliśmy raz ćwiczenie z asekuracją profesora. Udało się. Potem wykonaliśmy drugi już bez asekuracji i partner mnie upuścił. Przeważyło go. To było technicznie źle zrobione, ale nie była to absolutnie jego wina. Spadłam, byłam bardzo przestraszona, nie mogłam oddychać. Pojechaliśmy do szpitala i po kilku dniach okazało się, że rzeczywiście mam pękniętą płytkę graniczną trzonu TH7. To był pierwszy rok, tuż przed ostatnią sesją, po której jest selekcja. Byłam spanikowana. Ale co jest paradoksalne, nie martwiłam się tym, że mam kontuzjowany kręgosłup i, przykładowo, nie będę mogła już tańczyć do końca życia lub będę miała bóle. Nie, przerażało mnie, że nie zaliczę szermierki lub tańca, a to oznaczało, że nie przepuszczą mnie na drugi rok… Pomieszanie priorytetów, „życie szkołą” na 200 procent. Co jest jednak fantastyczne w Akademii, to fakt, że nikt z nas nie jest numerkiem. Wszyscy mamy imię i nazwisko oraz świetnie się znamy – zarówno z profesorami, i pracownikami administracyjnymi szkoły, czy też z paniami woźnymi. W związku z tym miałam odwiedziny pani dziekan, rektora, a zajęcia zaliczono mi na podstawie obecności i poprzedniej pracy. Dlatego właśnie opłaca się przykładać i nie olewać zajęć.

Marta Wągrocka

Studentka trzeciego roku wydziału aktorstwa na Akademii Teatralnej w Warszawie. We wrześniu debiutowała w spektaklu Maria Callas Master Class w Och-Teatrze, dzieląc scenę z samą Krystyną Jandą. Skończyła szkołę muzyczną w klasie skrzypiec, które rzuciła w kąt, zakochując się w musicalu, by w rezultacie zdradzić obydwa dla sceny dramatycznej.

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...