Podróż za jeden uśmiech

101, 114, 116, 167, 509, 511. Liczby, które na twarzy warszawiaków często wywołują uśmiech. Tymi liniami autobusów, umilając pasażerom miejskie podróże i jednocześnie zmieniając sposób patrzenia na ludzi wokół, jeździ Robert Chilmończyk, znany jako Wesoły Kierowca.

1174699_489514881161127_1653284391_n

zdjęcia ze strony Wesoły Kierowca

MAGIEL: Niestety, spóźniłam się na nasze spotkanie. A właściwie spóźnił się kierowca mojego autobusu. Panu też się to zdarza?

ROBERT CHILMOŃCZYK: Czasem tak i wiem, że pasażerowie często narzekają na opóźnienie. Ale gdy pokazuję im lizak z napisem „Uśmiechnij się”, szybko zapominają, i nie tylko o tym. Choć przez chwilę starają się nie myśleć o swoich problemach codzienności, właśnie tylko dzięki temu, że ktoś okazał się miły i życzliwy.

Łamie pan stereotyp zwykłego kierowcy.

Tak, to nie jest łatwe w naszym kraju. Większość społeczeństwa w ogóle nie docenia roli kierowcy, dzięki któremu ludzie docierają do pracy, szkoły, w umówione miejsce. Kierowca jest w ich oczach szary, ponury, obrażony na cały świat – i, niestety, tak często jest. Większość z nich nie rozumie, że pracuje w usługach, gdzie to kierowca jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Powinien być elastyczny i na przykład zaczekać na kogoś, kto biegnie na przystanek. Kiedyś ta praca była zaliczana do najbardziej stresujących. Mówiło się nawet „pan kierowca”, a dziś jest to zwykły obywatel, na którym często pasażerowie wyładowują swoje prywatne frustracje.

Czy spotyka się pan z pozytywną reakcją ze strony pasażerów?

Ludzie odbierają moją postawę bardzo życzliwie. Wiedzą, że nie zmienię całego społeczeństwa, ale takimi małymi gestami mogę wskazywać choć niektórym, że warto być otwartym. Czasem specjalnie na mnie czekają, tylko po to, by się ze mną przejechać. Nieraz obserwowałem, jak ludzie wychodzili wspólnie z mojego autobusu, kontynuując wcześniej rozpoczętą rozmowę. Albo młody człowiek odprowadzał starszą panią do domu. To bardzo miły widok. Wielu śledzi moją stronę na Facebooku, komentują, pozdrawiają i to napędza mnie do działania i dodaje skrzydeł. Oczywiście, zdarzają się reakcje negatywne, ale jest to może 2 proc. wszystkich. Co ciekawe, to wśród „kolegów” kierowców jest więcej takich niemiłych komentarzy. Zastanawiają się, po co wyrywam się przed szereg. Ale nie robię tego przecież po to, aby się wyróżnić.

A jak do pana postawy podchodzi pracodawca?

10409769_592417404204207_7142542859008133522_n

zdjęcia ze strony Wesoły Kierowca

Zarząd Transportu Miejskiego to duża, prężna firma w nowoczesnym mieście, które się zmienia. Pracują tam młodzi, kreatywni ludzie i spodziewałem się, że pozytywnie podejdą do moich działań. Myliłem się. Dla nich liczą się tylko procedury, człowiek jest postawiony na drugim miejscu. Choć mówią, że po to są przepisy, żeby je łamać, tu nie do końca o to chodzi. Myślę, że zawsze trzeba być kreatywnym, elastycznym i przede wszystkim nie dla siebie, ale dla innych. Obecnie pracuję tylko moimi lizakami. Raz lub dwa razy w miesiącu uda mi się dostać mikrofon, przez który witam wsiadających czy komentuję na bieżąco pokonywaną trasę. Kiedyś robiłem to codziennie, dziś pozostaje mi uśmiech. Nie mam chwil zawahania, nie zastanawiam się „po co?”, bo wiem, że robię coś fajnego dla siebie i dla ludzi. Szkoda tylko, że nie mam wsparcia w firmie i w mieście, by w ten sposób zmieniać rzeczywistość.

Niemiecka telewizja zrobiła o panu reportaż. Za granicą nie ma takiej otwartości, jaką pan prezentuje?

Byłem zszokowany, skąd się o mnie dowiedzieli. Może chcieli pokazać, że Polska się zmienia pod względem otwartości na drugiego człowieka. Na Zachodzie chyba łatwiej jest o życzliwość. Kiedyś pasażerka powiedziała mi, że czytała w zagranicznym przewodniku rady dla turystów przyjeżdżających do Polski. I poradzono tam, by nie uśmiechać się do innych na ulicy, bo zostanie się uznanym za wariata. To jest przykre. Ta sytuacja powoli się jednak zmienia, choć zależy to od wieku, miasta, nawet od pory roku. Oczywiście każdy ma swoje sprawy, ale przecież gdy zdarzały się w historii sytuacje ekstremalne, jak okupacja, ludzie też się uśmiechali mimo panującej tragedii. Sztuką jest cieszyć się każdą chwilą, każdym drobiazgiem.

Wozi pan cały przekrój społeczeństwa, jak mógłby je pan opisać?

Polacy są wciąż zamkniętą w sobie, zestresowaną grupą. Wyjątek stanowią ludzie młodzi oraz po alkoholu. Zmieniamy się pod wpływem zawierania nowych znajomości, postępu cywilizacyjnego czy po prostu czasu. Ja staram się to zmienić na swój sposób. Niestety, obecnie nie mogę się spełniać zawodowo, bo rzadko dostaję mikrofon; mam tylko te swoje lizaki. Pokazuję je kierowcom, którzy stoją w korkach i to naprawdę działa. Odrywają się od zadumy, milczenia, mają choć na chwilę jakiś temat do dyskusji. I choć mnie to nie dotyczy, cieszę się, że takimi krokami w jakiś sposób buduję fajne relacje w społeczeństwie.

Zapominamy o uśmiechu?

Przed podjęciem pracy jako kierowca byłem kelnerem. Kiedyś mieliśmy duży bankiet na 500 osób. Na porannej odprawie jako jedyny dostałem podziękowanie za to, że się uśmiechałem i zagadywałem do gości. To było dla mnie zupełne normalne, choć okazało się odstawać od tej normy, która wyznacza, by pracować jak robot. To nie do pomyślenia. Uśmiech to jest coś tak naturalnego jak oddychanie, tylko często o tym nie pamiętamy. Żyjemy w Warszawie, gdzie czuć ten wszechobecny pęd za pracą, karierą, sukcesem i przez to zapominamy o takich ludzkich potrzebach jak życzliwość, kultura. Nie można przecież pozwolić, by to wszystko zanikło. Na ogół ludzie potrzebują tej otwartości, tylko brakuje im odwagi, by się przełamać.
Z drugiej strony nie jesteśmy też do tego przyzwyczajeni i każdy taki gest początkowo odbiera się jako coś dziwnego, ale w gruncie rzeczy miłego.

Czy zatem zachowanie większości społeczeństwa wynika ze wstydu, wewnętrznych barier?

Jeśli młoda osoba nie boi się rozmawiać przez 10 minut przez telefon, to teoretycznie nie powinna mieć problemów z podjęciem rozmowy z kimś obcym. Życie pokazuje, że jest inaczej. Często to właśnie starsi nie mają zahamowań, by do kogoś zagadać; im łatwiej nawiązać kontakt. Może to kwestia doświadczenia życiowego. Przełamują bariery lęku i wstydu, które każdy z nas w sobie ma. Kiedyś też byłem bardzo zakompleksiony, ale z czasem to się zmieniło. Poznaje się tak różnych od siebie ludzi i dzięki temu świat jest po prostu ciekawszy. W mniejszych miastach wygląda to trochę inaczej, życie płynie nieco wolniej, mieszkańcy są mniej zaganiani. Może są bardziej zakompleksieni, ale z pewnością bardziej życzliwi i po prostu ludzcy. Ja jestem związany z Warszawą i nie wyobrażam sobie pracować gdzie indziej, choć może wtedy byłoby nieco łatwiej.

Robert Chilmończyk
Kierowca warszawskich autobusów zarażający pasażerów swoim dobrym humorem i pozytywną energią. Prowadzi profil Wesoły Kierowca na Facebooku.