Wojna o system

Zdaniem Federica Felliniego, młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, czego chcą, ale są absolutnie zdecydowani to osiągnąć. Eksperci wciąż zachodzą w głowę, jak odczytywać ich wysokie poparcie dla polityków antysystemowych.

wojna o system

Fot. Katarzyna Matuszek

Gdy cztery miesiące temu Paweł Kukiz zdobył ponad 20 proc. głosów w wyborach prezydenckich, towarzyszyły temu szok i niedowierzanie. Kandydat bez programu i pozbawiony szerszego zaplecza kadrowego, który swoją kampanię opierał na bojkocie, zdobył ponad czterdziestoprocentowe poparcie wśród osób w wieku 18-29 lat. Dla wielu był to wyraźny sygnał – młode pokolenie zaczyna się buntować.

Anty

Historia pokazuje, że takich spektakularnych wzlotów i upadków w polskiej polityce było wiele, a za każdym z nich stały pojedyncze grupy społeczne. Przypadek Pawła Kukiza nie jest pierwszym i prawdopodobnie nie ostatnim przykładem kandydata, który wybija się na opozycji wobec obecnej rzeczywistości. Tradycja ta sięga już pierwszych wolnych wyborów prezydenckich w III RP w 1990 roku, gdy do wyścigu o władzę stanął szerzej nieznany Stan Tymiński. Emigrant z Kanady, wróciwszy do ojczyzny postanowił stawić czoła ówczesnym kandydatom. Prezentował się jako obrońca pokrzywdzonych transformacją i co ważniejsze – podczas każdego spotkania wyborczego występował z czarną teczką, w której – jak twierdził – miał materiały kompromitujące jego kontrkandydatów. Efekt był spektakularny: Tymiński wszedł do drugiej tury, pokonując m.in. Tadeusza Mazowieckiego i Włodzimierza Cimoszewicza.

Tacy politycy pojawiali się co kilka lat. Ulubieńcem rolników okazał się Andrzej Lepper, który nawet przez rok był ministrem zajmującym się tym obszarem gospodarki. Kandydat młodych objawił się jednak dopiero 20 lat po Tymińskim – Janusz Palikot, były biznesmen i przez dwie kadencje poseł Platformy Obywatelskiej nagle został najgłośniejszym krytykiem rządu Donalda Tuska. Pod antyklerykalnymi i liberalnymi obyczajowo sztandarami szturmem zdobył 10 proc. głosów w wyborach w 2011 roku, a wśród uczniów i studentów aż 27 proc.

Mimo występowania pod różnymi hasłami oraz prezentowania odmiennych poglądów wszyscy antysystemowi kandydaci mieli kilka takich samych cech. Żaden z nich nie zdołał przekuć swojego sukcesu w długotrwałe poparcie elektoratu, blednąc na scenie politycznej wraz z zakończeniem swoich pięciu minut.

Każdy trafiał swoją retoryką na podatny grunt, zręcznie wykorzystując rozwlekłe w czasie, narastające przez lata podziały wśród wiodących ugrupowań politycznych i przekuwając je w swoją popularność. Z kolei pola do takiego wyróżniania się już od lat dostarcza podział polskiego środowiska rządzącego – spór pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością.

Geneza

Konflikt istniejący na tej osi wynika ze starcia idei, którego korzenie sięgają początku lat 90. O ile do wyborów w 1989 roku jeszcze cały obóz solidarnościowy stawał wspólnie, tak krótko później zaczął rozpadać się od środka. Już w 1990 roku wybuchła „wojna na górze”, w wyniku której rozstały się środowiska Lecha Wałęsy i ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego. Zaledwie rok później ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Wałęsy, Jarosław Kaczyński, opuścił stanowisko w atmosferze kłótni. Po kilku miesiącach i po przedterminowych wyborach parlamentarnych premierem został Jan Olszewski, związany ze środowiskami skupionymi wokół Kaczyńskiego. Rząd ten, nieposiadający większości parlamentarnej, nie mógł utrzymać się długo.

Punkt kulminacyjny nastąpił w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku. Tydzień wcześniej Sejm zażądał od Ministra Spraw Wewnętrznych stworzenia listy dawnych agentów Służby Bezpieczeństwa, pracujących wówczas na wysokich stanowiskach, co ówczesny szef MSW Antoni Macierewicz ochoczo uczynił. Lista zawierająca nazwiska m.in. Lecha Wałęsy, ówczesnego Marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego czy niedoszłego koalicjanta Leszka Moczulskiego spowodowała wielkie poruszenie – kilka godzin później rząd był już odwołany.

Wydarzenia te, ochrzczone mianem „nocy teczek”, wciąż tkwią w pamięci ich uczestników. Prawo i Sprawiedliwość tworzy narrację, jakoby rząd Olszewskiego próbował raz na zawsze oczyścić Polskę z komunistycznych wpływów i dlatego został odwołany. Środowiska skupione obecnie wokół Platformy Obywatelskiej uważają odwrotnie – był to fatalny rząd, a akta osób będących na tej liście były w dużej mierze sfałszowane przez bezpiekę. A to tylko jeden z wielu konfliktów – tych z kolei jest tyle, ile ugrupowań na przestrzeni lat. Trudno nie odnieść wrażenia, że w środowisku politycznym każdy każdemu wilkiem.

Nie koliduje to jednak z faktem, iż wielu polityków, widząc nikłe szanse na przetrwanie swoich macierzystych partii, przechodziło do konkurencyjnych ugrupowań, często o zupełnie innym programie. Za przykład może posłużyć Stefan Niesiołowski, niegdyś polityk Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, wówczas zaciekle zwalczający środowiska lewicowe i centrolewicowe, a teraz członek PO. Inni, po kłótni z dotychczas najbliższymi współpracownikami, przechodzili do konkurencji, z którą spory zdążyły na przestrzeni lat wygasnąć. W obecnie trwającej kampanii wyborczej najgłośniejszą zmianą barw stała się historia Ludwika Dorna. Znany niegdyś jako „trzeci bliźniak”, po wielu rozstaniach i powrotach z PiS, startuje do Senatu jako kandydat PO.

Stagnacja

Ciągłe zmiany ugrupowań oraz pojawianie się nieustannie tych samych twarzy jest poczytywane jako jedna z największych wad naszego systemu partyjnego. Według danych opublikowanych na stronie internetowej Kancelarii Sejmu obecnie spośród 460 posłów aż 209 zasiada w Sejmie od co najmniej 12 lat. Wielu z nich funkcjonuje w polskiej polityce od niemal dwóch dekad, nie kwapiąc się do przekazania władzy młodszej kadrze.

Według Agaty Diduszko-Zyglewskiej, dziennikarki i aktywistki miejskiej związanej z Krytyką Polityczną, perspektywy dla młodych do wejścia na listy wyborcze poprzez duże partie są minimalne. Po wielu tzw. młodzieżówkach widać, iż ugrupowania polityczne mają już od lat określone osadzone zespoły, nie zamierzające rezygnować ze swoich stanowisk. Nikogo nie interesuje, czy ktoś jest specjalistą w jakimś temacie, który byłby przydatny i wyróżniałby się w Sejmie. Niestety nie są kluczowe takie sprawy, które są istotne dla ludzi. Najważniejsze wydają się polityczne spory rytualne, a w nich – „rytualni wojownicy”.

Młodzi

Obserwując kondycję polskiego środowiska politycznego na przestrzeni ponad dwóch dekad łatwo dojść do wniosku, iż młodzi ludzie rzeczywiście mają przeciwko czemu się buntować. Te same twarze, kłótnie, afery, rażący brak kultury osobistej i wiedzy wśród niektórych posłów – a nic nie zapowiada zmian.

Wraz z przekroczeniem progu dorosłości przez kolejne pokolenie pojawiła się w gronie wyborczym liczna grupa dopiero od niedawna budująca swoją świadomość społeczno-polityczną. W percepcji wielu młodych trwające od 8 lat rządy PO są wiecznością. Pojawiające się w mediach historie o kolejnych skandalach, niepowodzeniach lub wpadkach tego ugrupowania naznaczają sposób odbierania tej partii przez młodych. Jednocześnie nie pamiętają czasów, gdy Polska znajdowała się pod kierownictwem PiS – nie mają zatem rzetelnej podstawy do racjonalnego porównania dwóch rzeczywistości.

Zarazem większość młodych nie boryka się jeszcze z szeregiem problemów, które są typowe dla nieco starszych pokoleń. Nie zaprzątają im głowy na przykład kwestie związane z utrzymaniem stabilności finansowej lub rodzicielstwem. Mając dość zawężony wachlarz interesującej ich problematyki oraz dysponując ograniczoną wiedzą, mogą łatwo ulec hasłom antysystemowym i sloganom związanym z ideami historycznymi lub ze specyficznie postrzeganą tradycją – stwierdziła w rozmowie z MAGLEM Agata Diduszko-Zyglewska.

Z innej strony, ze względu na dość specyficzną perspektywę spojrzenia na politykę i zagadnienia społeczne, młodzi ludzie nie są tak podatni na taktykę prowadzoną od dłuższego czasu przez Platformę Obywatelską polegającą na „straszeniu” Prawem i Sprawiedliwością. Nie mając świadomości politycznej obejmującej dłuższy okres, skupiają się na dostrzeganiu kolejnych wad PO, nie ograniczając się do akceptacji ich argumentów stanowienia „mniejszego zła”.

Ocena rządzących z perspektywy własnych problemów jest domeną każdej grupy wyborców, a dla młodych ostatnie lata rządów Platformy nie przyniosły ciekawej oferty. Brak perspektyw stabilnego zatrudnienia, często pomimo zdobytego wielkim kosztem wykształcenia, czy też brak szans na własne lokum to jedne z podstawowych problemów młodych w wyniku postępującej globalizacji. Zdaniem wielu osiem lat rządów PO nie przyniosło żadnej istotnej zmiany na lepsze w tych obszarach, a co ważniejsze nie stworzyło nawet wrażenia, że ktoś o tę zmianę zabiegał.

Ci na nie

Od czasu reformy systemu oświaty w 1999 roku polscy uczniowie poddawani są rygorowi testów. Test szóstoklasisty, egzamin gimnazjalny, a na koniec matura – nauczyciele robią wszystko, aby wyniki ich podopiecznych były jak najlepsze. Dlatego uczniowie już od najmłodszych lat przygotowywani są do tego, jak najlepiej wpasować się w klucz odpowiedzi. Ciągłe obcowanie z testami nie pozostaje bez wpływu na ich wyniki – w międzynarodowych rankingach polscy uczniowie są w czołówce Europy. Poziom edukacji wzrasta wyłącznie we wskaźnikach prezentowanych przez władze, natomiast system edukacyjny, który stworzyliśmy kilkanaście lat temu jest kompletnie dysfunkcjonalny i zabija to, co najlepsze w młodych ludziach, wpuszczając ich w testomanię – mówi dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. W pisaniu pod klucz młodzi Polacy są mistrzami. Nauczyciele przygotowując uczniów do rozwiązywania testów często zapominają o czymś innym. Przykładowo, na lekcjach historii zamiast analizowania faktów i myślenia przyczynowo-skutkowego stawia się na zapamiętywanie dat, a podstawa programowa ledwo zahacza o XX wiek. Taka edukacja może powodować problemy z krytyczną oceną faktów.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce widoczny jest problem braku nacisku na edukację obywatelską, szczególnie wśród młodzieży. Z tego powodu niestety często nie dysponuje ona podstawową wiedzą dotyczącą pojęć, definicji, nie rozumiejąc tym samym pewnych zjawisk. W związku z tym ma w głowach istny galimatias, przez co staje się dosyć łatwą zdobyczą dla różnych populistycznych trendów – dodaje Agata Diduszko-Zyglewska.

Jednocześnie młodość, niezależnie od sytuacji społeczno-politycznej, niemal zawsze jest podatna na górnolotne ideały. W związku z tym naturalnym zjawiskiem jest, że osoby dopiero co wkraczające w dorosłe życie starają się podważać zastany porządek rzeczy, wiążąc się między innymi z partiami opozycyjnymi, obiecującymi lepsze jutro. Mimo iż z badań Centrum Badania Opinii Społecznej z 2009 roku wynika, iż jedynie 13 proc. młodzieży bierze pod uwagę aktywny udział w życiu politycznym, jest to dość liczna grupa, mająca realny wpływ na kształtowanie się wyników sondaży wyborczych. Przekonać się można było o tym w pierwszej turze wyborów prezydenckich, analizując skład wiekowy grup popierających kolejnych kandydatów – wśród większości elektoratu Pawła Kukiza znaleźli się właśnie ci, którzy dopiero wkraczają w dorosłość.

Istotnym aspektem jest również rodzaj środowiska, w którym znaleźli się obecnie dorastający ludzie. Młodzi wychowywali się w innych warunkach niż starsi, w świecie ciągłych zmian. Zostali też ukształtowani przez rządzących w inny sposób – od początku w duchu skrajnie indywidualistycznym, dla których wzorcem osobowym był self-made man. Państwo i wszelkie formy instytucjonalizacji stanowią jedynie biurokratyczną przeszkodę. To pokolenie pojawiło się właśnie w polityce i jest bardzo zmienne w swoich wyborach, nie licząc nikogo poza samym sobą, co generuje niechęć do polityki – mówi Chwedoruk. Stąd państwo i system polityczny są postrzegane jako wrogowie, a na jego kontestowaniu można wiele zyskać.

Gros młodych ludzi wiąże swoje poglądy polityczne z tymi reprezentowanymi przez postacie sprzeciwiające się panującemu systemowi. Dostrzegając skostniałość rządzących ugrupowań politycznych, próbują kroczyć odmienną drogą, wierząc, iż to jedyne, co mogą zrobić.

Niezgrane

O ile jednak przeciwnicy panującego (nie)ładu politycznego przez lata byli na politycznym marginesie, o tyle teraz ich sytuacja ulega zmianie. Walka o rząd dusz trwa, a pretendentów do tronu jest kilku. Problem jednak tkwi w samych środowiskach – antysystemowcy nie są homogeniczną grupą i nie są w stanie się porozumieć między sobą. Spory pomiędzy członkami organizacji, a często i pojedynczymi frakcjami powodują, że kolejne próby jednoczenia spalają na panewce. Prym wiedzie Janusz Korwin-Mikke, który tradycyjnie co kilka lat opuszcza partię i tworzy nową. Znany z kontrowersyjnych wypowiedzi polityk przed każdymi wyborami oznajmia, że tym razem zdobędzie kilkanaście procent poparcia. Sukces, jakim było wejście do Parlamentu Europejskiego wydaje się jednak jednorazowy z racji struktury jego wyborców. Inny kandydat – reżyser Grzegorz Braun, przez niektórych został okrzyknięty nową nadzieją antysystemowców. Zamiast stać się jednak realną siłą, dzięki swoim bon motom został tylko bohaterem memów internetowych. Ruch Narodowy jest z kolei mieszanką różnych środowisk (deklarację podpisały m.in. Obóz Narodowo-Radykalny, Młodzież Wszechpolska i UPR), tworzących zwartą grupę, która jednak nie stanowi więcej niż 1 proc. społeczeństwa.

Dopóki te środowiska będą ze sobą skłócone, nigdy nie wejdą do Sejmu. Ratunkiem miał być Paweł Kukiz. Arytmetyka się zgadza – gdyby zsumować teoretyczne poparcie wszystkich środowisk antysystemowych, to byłyby w stanie razem zdobyć kilkanaście procent. Problemy zaczynają się jednak o krok dalej – ugrupowania te łączy jedynie pogląd głoszący niedopuszczalność obecnej sytuacji. Liberalny gospodarczo zwolennik Korwin-Mikkego, nie poprze etatystycznych postulatów Ruchu Narodowego i vice versa. Dlatego Kukiz nie publikował programu, bo każda z powyższych grup ma inne cele. Krok był w założeniu właściwy, w praktyce wyszło inaczej – wskutek różnic zarówno programowych, jak i personalnych ruch się rozpada.

Przyszłość

Z pewnością wiele zmian musi jeszcze zajść w polskim środowisku politycznym, by poprawić jego relację ze społeczeństwem, wzmacniając partnerskie postawy. Prędzej czy później nadejdzie taki moment, gdy pokolenie, które zaistniało w polityce dwadzieścia pięć lat temu będzie musiało odejść – nawet jeśli w kolejnych wyborach będą dostawać się do parlamentu, to z biologią na dłuższą metę nikt nie wygra.

Przez ten czas należy położyć większy nacisk na edukację obywatelską oraz zachęcanie do aktywnego udzielania się w życiu publicznym. Polscy politycy potrzebują prawdziwej rewolucji, aby ich powołaniem i misją była służba krajowi i obywatelom, a nie wygrana w rytualnych sporach. Dopóki zwyciężać będą partykularne interesy jednostek lub poszczególnych grup społecznych, dopóty sytuacja będzie pozostawiała wiele do życzenia. Prawdą jest jednak to, że pewne grupy zawsze pozostaną niezadowolone z polityki – a to da w przyszłości pole do popisu kolejnym antysystemowcom.