Analogowe wspomnienia

Ze snu budzi mnie dochodzący z pobliskiej kuchni dźwięk audycji Polskiego Radia, podkład dla brzdęku zmywanych naczyń. Wstaję i biegnę do pokoju obok. Włączam telewizor, po czym bez chwili zawahania wcielam w życie kombinację przycisków na pilocie. Telegazeta wydaje ładować się w nieskończoność. Mam siedem lat, a ten dzień nie jest zwykłym dniem.
Dziś mój tata kupi komputer.

GRAFIKA: Marta Kasprzyk, Aleksander Łukaszewicz, Marta Lis

Dyskietka

Zanim wszyscy poznaliśmy nieskończone, jak się wówczas wydawało, możliwości Windowsa 98, cudowną grafikę i smak pierwszego Mortal Kombat na dwie ręce, nasze głowy zaprzątały miliony innych, ważnych spraw. Kolekcje z gum Turbo, komiksy, sobotnie poranki z Disneyem. Według Małego Rocznika Statystycznego GUS w roku 1997 niecałe 9 proc. gospodarstw domowych mogło poszczycić się posiadaniem peceta, widniejącego w publikacji pod nazwą komputer osobisty”. W ponad połowie domów znajdował się za to magnetowid.

Na miarę naszych możliwości

Po jedynej właściwej stronie żelaznej kurtyny proces twórczy różnił się nieco od zachodnich wzorców. Jednym z najciekawszych wymysłów naszych radzieckich przyjaciół było zjawisko „inżynierii odwrotnej”. W celu dogłębnego poznania mechanizmów działania zachodnich wynalazków naukowcy rozbierali na części pierwsze nawet zabawki. Kopie wytworów niesprawiedliwego kapitalizmu miały nadać koloru szarej rzeczywistości. W Polsce hulały jeszcze w latach 90. O marne, sowieckie egzemplarze Elektroniki, przenośnej gry z wyświetlaczem LCD, dziś zabijają się kolekcjonerzy. Pierwowzorem był produkt Nintendo, Game & Watch. Szczęśliwcom, których ojcowie pracowali „na landach”, znany był jako Tricotronic. Dziś za sprawną wersję popularnych „ruskich jajeczek” należy zapłacić co najmniej 200 złotych. W zależności od rodzaju zainstalowanej gry cena na Allegro sięga nawet 340 złotych.

Zaprezentowana w 1983 roku (ponownie przez Nintendo) 8-bitowa konsola gier wideo znana pierwotnie na rynku japońskim jako Famicom, nie cieszyła się w Polsce wyjątkową popularnością. Światowy sukces NES był jednak początkiem podróbki pierwowzoru, dostępnej na polskich bazarach i targowiskach. Sprzedawana w tysiącach postaci, znana pod jedną nazwą. Pegasus okazał się marzeniem na miarę możliwości naszych rodziców.

Królestwo szarej strefy

Kogo nie denerwował pies z gry Duck Hunt? Czołgi, Lekkoatletyka. Do dziś pewnie niewielu z nas wie, jak faktycznie nazywały się gry, przy których spędziliśmy tysiące godzin. Żółte „dyskietki” były obiektem pożądania, technologia pistoletu wprawiała w zachwyt. Mario Bros, Złota Czwórka, Złota Dziesiątka – wersje tych gier sprzedawano w Polsce nie tylko na bazarach, lecz także legalnie, w sklepach. Do nabywanych zgodnie z prawem tytułów zalicza się między innymi gra Micro Machines. – Najlepsze gry na Pegasusa to oczywiście Contra i właśnie Micro Machines, czyli wyścigi, w których musiałeś wyprzedzić przeciwnika na wysokość ekranu. Graliśmy u kumpla. W planszy z biurkiem dwa stoły były połączone linijką, przed którą znajdował się punkt kontrolny. Na jednej połowie była jednak gumka, przez którą odpadało się z gry. Poznaliśmy wtedy dylemat kurczaków – wspomina Maciek, były redaktor naczelny magla, dziś doktorant SGH.

Najlepsze czasy Pegasusa minęły, ale Mario Bros do dziś znajduje się na szczycie sprzedażowej listy wszechczasów. Według portalu techtimes.com gra została kupiona niemal 300 milionów razy. Statystyki nie biorą pod uwagę produkowanych głównie w Chinach i Rosji pirackich egzemplarzy. Trudno podejrzewać, żeby te, które kupowaliśmy na bazarach były oryginalne.

Lata mijały, a komputery gościły w coraz większej liczbie domów. Marta tak wspomina pierwsze kontakty z grami: Swoją przygodę zaczęłam z drugiego planu, donosząc jedzenie bratu i kuzynom. Dbałam, by nie musieli odchodzić od klawiatury. W taki sposób poznałam chociażby pierwszy RedAlert, przy którym zawsze prosiłam by „zbudować pieski” – owczarki służące do zagryzania żołnierzy.

Podopieczni Kazimierza Funka

Odkrywca witamin mógłby być dumny z polskich dzieci lat 90. Nieświadomi faktu, że zbyt duże dawki Vibovitu mogą prowadzić do poważnych konsekwencji (hiperwitaminoza A i D3), zjadaliśmy kilogramy tego cudownego produktu. Obowiązkowo niezgodnie z przeznaczeniem – na sucho, za pomocą palców bądź bezpośrednio na język.

Niemniejszą popularnością cieszyły się gumy Turbo. Chyba nikt z nas nie zna jednak osoby, która upodobała sobie jej walory smakowe. – Nie lubiłem gumy Turbo, lubiłem samochody z gumy Turbo – opowiada Maciek. Były tanie jak barszcz, zazwyczaj nie kończyło się więc na zakupie jednej sztuki. – Nigdy nie kupowałeś jednej, bo było wiadomo, że są serie po 10 nowych obrazków – przyznaje drugi z Maćków – Co oczywiste, od razu chciałeś mieć wszystkie. To niestety było niemożliwe, bo w tej dziesiątce był co najwyżej jeden biały kruk. Pamiętam, że miałem zaprzyjaźnionego kioskarza, do którego chodziłem po papierosy dla rodziców. Żeby wydał mi paczkę miałem ze sobą kartkę podpisaną przez tatę, być może brałem ze sobą nawet dowód ojca. Po jakimś czasie ten kioskarz sprawdzał, jaka naklejka jest w środku – zwierza się.

Zbuduj swój Kaczogród

Zafascynowani postaciami z sobotnich kreskówek zbieraliśmy karteczki. Zapach farby drukarskiej do dziś przywołuje wspomnienia. Giełdzie fantów nie było końca. Popularnością cieszyły się też komiksy. Pierwszy numer „Kaczora Donalda” ukazał się w kwietniu 1994 roku jako dwutygodnik. Do każdego wydania dołączano prezent dla czytelników – raz maszynę liczącą, innym razem „lepką rączkę” czy ukochaną przez fanów grę „Zbuduj swój Kaczogród”. Cieszył każdy mały gadżet. – Do jednego z pierwszych numerów dołączono pakiet akcji. I tak przez kilka numerów każdy mógł handlować z kumplami. Niestety, nikt nie wiedział, do czego to służy – mówi mój rozmówca.

Wkrótce średnia sprzedaż „Kaczora Donalda” sięgnęła 200 tys. egzemplarzy i w 1997 roku został on przekształcony w tygodnik. Jeden z internautów wspomina na forum: – Kiedyś do numeru dodano małą „bombę śmierdzidłową” z siarkowodorem. Wtedy trudno było coś takiego dostać, więc wykupiliśmy z kolegami cały nakład z kiosków dookoła szkoły i zasmrodziliśmy pracownię fizyczną na parę godzin. Wielbiciele wspominają, że odmowa zakupu nowego komiksu była jedną z najsroższych kar.

Kreskówki nagrywane na kasety VHS i oglądane kilkadziesiąt razy nie zabierały nam jednak czasu na zabawę na świeżym powietrzu. Trzepanie dywanów było ostatnią funkcją trzepaków, piłka na komputerze nieporównywalnie nudna w stosunku do tej z kolegami. Dwa ognie, zielone, podchody, klasy… Do domów ściągały nas ulewy i zachody słońca. Pozdzierane kolana i blizny, obozy harcerskie w spartańskich warunkach. Dziś w szkole nie można zjeść drożdżówki. W artykule-manifeście autorstwa Rafała Drzewieckiego Nasze dzieci to pierdoły opublikowanym w „Dzienniku” możemy przeczytać, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

Dziś „Kaczor Donald” znów ukazuje się dwa razy w miesiącu, a nakład według ZKDP wynosi 40 tys. egzemplarzy.

Kasety + ołówek = ?

Gdyby ktoś w latach 60. powiedział Hendrixowi, jak w 2015 będzie wyglądać słuchanie muzyki, pewnie ten zaśmiałby się i zasugerowałby, że to przez halucynacje po dragach. W dzisiejszych czasach mamy nieograniczony dostęp do zasobów muzyki – od sieci sklepów muzycznych w każdym większym mieście, przez serwisy internetowe typu SoundCloud czy Bandcamp (o YouTube nie wspominając), a kończąc na streamingu. Za jednym dotknięciem ekranu mamy dostęp do milionów utworów. Tym bardziej ciekawi obecny trend powracania do, wydawałoby się, archaicznych metod słuchania muzyki.

Ostatnio najczęściej słyszy się o płytach winylowych. Choć raczej można kojarzyć je jako atrybut na potańcówkach naszych dziadków, to muzyczni hipsterzy nie wyobrażają sobie dzisiaj uroczystego odsłuchu muzyki bez czarnej płyty. Niektórzy mogą pamiętać jeszcze z dzieciństwa całą operację, jaką było nakładanie igły na płytę winylową i zastanawianie się, czy poszło w dobrą ścieżkę. Jednak dla większości pokolenia lat 90. pierwszym kontaktem z własną muzyką były kasety magnetofonowe. Giełdy, na których nimi handlowano, dawały dreszcz emocji, który dzisiaj można porównać z hazardem. Podobne wrażenia towarzyszyły przesłuchiwaniu ze znajomym na pojedynczej słuchawce nowej kasety Ich Troje. To były momenty inicjacji muzycznej, stąd nie dziwi fakt, że niektóre zespoły nawet dziś decydują się na wydawanie limitowanych edycji nowych nagrań konwertowanych na kasety.

Analogowe pokolenie

Opinia, że jakość muzyki puszczanej z analogowych źródeł jest lepsza ze względu na czystsze brzmienie, ostatnio coraz bardziej zyskuje na popularności. Nie jest to stwierdzenie bezzasadne. Chwilą, która doprowadziła do rewolucji brzmieniowej było upowszechnienie się formatu cyfrowego, czyli płyt CD. Oznaczał on koniec męczenia się z przewijaniem kaset i w dalszej perspektywie dał pole do rozwoju muzyki w Internecie.

Wymienia się wiele czynników, które zwiększają popyt na materiały takie jak płyty winylowe czy kasety magnetofonowe, ale największym z nich jest nostalgia. Ludźmi, którzy decydują się na inwestycję w retro-sprzęt są najczęściej osoby, które wcześniej posiadały walkmana czy discmana i chcą sobie przypomnieć jak słuchało się muzyki w starych, dobrych czasach, nawet za cenę niewygody. W końcu kto nie pamięta przekręcania kaset ołówkiem, żeby cofnąć do odpowiedniego momentu w utworze? Nawet pierwsze empetrójki pobierane z eMule czy Kazaa dawały pewien dreszcz emocji, bo trzeba było na nie wyczekiwać. Muzyka brzmiała inaczej, bo nie była aż tak powszechna, wiązała się z wieloma rytuałami, które – choć mogą się wydawać się bezsensowne – nadawały specjalnego, niezapomnianego klimatu. Dobre utwory brzmiały jeszcze lepiej, a jeśli natrafialiśmy na słabe, staraliśmy się je omijać.

gg

Wiadro z Internetem

Wszystkie rozrywki, które do tej pory były normą dla dzieci, zostały wywrócone o 180 stopni przez globalną sieć i komputery. I nie można tak mówić tylko o dzisiejszym pokoleniu, które nie wyobraża sobie rozrywki bez smartfona czy tabletu. Pokolenie lat 90. też tego doświadczyło, choć na swój sposób. Wszystko było nowe, dlatego musieliśmy znaleźć swoje sposoby, żeby okiełznać sprzęt. Były to czasy kiedy Internet dopiero raczkował, osiągając zawrotną prędkość maksymalną 256 kb/s. Mimo to każdy posiadający dostęp do Internetu mógł przechadzać się po korytarzu podstawówki jak król życia. Rozgrywki po Lanie w Quake’a, Fifę, czy Counter-Strike’a były na porządku dziennym, a kafejki internetowe jeszcze miały rację bytu.

Internet wywrócił do góry nogami formę i częstotliwość komunikacji międzyludzkiej. Rozmawiamy lub piszemy wiadomości zawsze i wszędzie. Rzadko kiedy przypominamy sobie, że jeszcze nie tak dawno temu, żeby zadzwonić do kogoś choćby po krótką informację, musielibyśmy stać cierpliwie w przedpokoju, wykręcając numer korbką.

Większość z nas zna memy, na których widzimy ludzi z telefonami w rękach w trakcie spotkań rodzinnych czy randki. To świetnie obrazuje jak telefonia komórkowa wpłynęła na zmiany w komunikacji międzyludzkiej. W trakcie obiadu mam wrażenie, że nie jestem tylko ja i moja rodzina, ale dodatkowo kilku studentów, na których maile odpowiadam, przyjaciele mojej córki, z którymi prowadzi konwersacje na Messengerze oraz duże grono kontrahentów naszej firmy. – mówi dr Anna Kozłowska z Zakładu Socjologii Kolegium Ekonomiczno-Społecznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Dzisiaj nawiązywanie relacji międzyludzkich wydaje się niemożliwe bez Messengera czy maila. Rozmowy nigdy nie były prostsze niż teraz. W każdym momencie można odezwać się do dowolnej osoby. Co ciekawe wcale nie oznacza to, że jakość samych rozmów się poprawiła. Rozmawiamy więcej, częściej pojawiają się tematy trywialne, żeby nie powiedzieć głupkowate. Wysyłanie zdjęć kotków, filmików, na których upadający szpadel wybija rytm Smells Like Teens Spirit – tego typu treści zapewne nie zdobywałby popularności gdyby nie globalna sieć.

Neolingwistyka

Na skutek zwiększenia liczby wiadomości dochodzi do zdecydowanego uproszczenia języka. I choć jest to kompletnie naturalne, a podobne procesy obserwujemy od dziesiątek lat, wielu purystów lingwistycznych obwinia komunikację internetową o wszystkie językowe zmiany na gorsze. Różnice widać nie tylko w warstwie słownej, lecz również ogólniejszej, graficznej – wracamy do używania piktogramów. Emotikony i naklejki są już stałym elementem komunikatorów internetowych, począwszy od Gadu-Gadu, a kończąc na Messengerze i WhatsAppie. Piętnastominutowa rozmowa bez jakiegokolwiek uśmieszka wydaje się dziwna, żeby nie powiedzieć chłodna. Zdania kończone tylko kropką świadczą o przesadnej powadze rozmówcy. Śmieje się z tego sam Internet, tworząc profile takie jak „Kropka nienawiści”.

Analogowa rzeczywistość jest echem przeszłości, która, choć stosunkowo niedawno, to jednak bezpowrotnie minęła. Najlepiej byłoby połączyć dzisiejszą technologię z uważniejszym, charakterystycznym dla przeszłości, podejściem do życia. Co chyba coraz częściej można uznać za nieosiągalne.