Pierwszorzędni

Przepisy na sukces są różne: jedni radzą skoncentrować się na określonym celu, inni sugerują wielozadaniowość. Porady, by podążać za pasją, mieszają się z przyziemnymi argumentami, że to pieniądze są miarą sukcesu (choć do takich poglądów lepiej nie przyznawać się głośno – wolontariat i działalność charytatywna są ostatnio modne). Można tu też dorzucić równie banalne stwierdzenie, że jednej recepty na sukces po prostu nie ma.

felietony

Tymczasem podczas pewnego spotkania przeprowadzonego na pewnym kongresie dowiedziałam się, że taka recepta i owszem jest. Trzeba siadać w pierwszym rzędzie – oświadczył Pan Prezes grupce studentów stłoczonych na krzesłach ustawionych z tyłu sali. Korzyści? Rozliczne. Przede wszystkim w takim miejscu jesteś najbardziej widoczny, istnieje zatem większe prawdopodobieństwo, że zostaniesz zapamiętany (na przykład przez Pana Prezesa), a podczas rekrutacji do ciekawego projektu to twoja wyciągnięta w górę ręka będzie zauważona jako pierwsza.

Pierwszy rząd można też traktować bardziej metaforycznie – musimy być aktywni i dać się zauważyć. Zostawić za sobą niepewność, asekuranctwo oraz fałszywą skromność, zdjąć pelerynę-niewidkę (czip Google zapewniający niewidzialność dostępny dopiero w 2040 roku). Jeśli sami nie postaramy się o rozpoznawalność, nikt nie zrobi tego za nas.

Na wypadek, gdybyście wciąż nie byli przekonani do wybrania miejsca z przodu sali, pozwólcie, że przytoczę argument ostateczny. Usiadłem kiedyś w pierwszym rzędzie, a teraz jestem asystentem Prezesa – poinformował mnie konspiracyjnym szeptem siedzący obok młody mężczyzna, jednocześnie radząc, bym porzuciła bezpieczne zacisze drugiego rzędu na rzecz bajecznych zaszczytów oferowanych przez ten pierwszy.

W takim momencie można poczuć się jak uczestnik eksperymentu. Przesiąść się do przodu? A co, jeśli to tylko sprytny zabieg mający na celu sprawdzenie, na ile łatwo ulegamy podszeptom otoczenia? Wybranie statusu quo jest niewątpliwie bezpieczniejszą opcją, zakładając oczywiście, że nie poddamy się cichemu głosikowi w głowie mówiącemu, że oto stchórzyliśmy w obliczu niepowtarzalnej szansy. Podobno Polacy przodują w kategorii „naród chowający się z tyłu sali” – przynajmniej na tle Europy Zachodniej.

Postanowiłam być godną reprezentantką swojego narodu (trzeba się w końcu jakoś wytłumaczyć) i nie przesiadłam się do pierwszego rzędu. Nie zostałam też asystentką Pana Prezesa. Czyżby opisany mechanizm faktycznie działał?

No votes yet.
Please wait...