W polskim domu

Chyba nic nie odzwierciedla człowieka tak dobrze, jak własne cztery kąty. Domowe skarby niczym odciski palców zachowują w sobie duszę i historię właścicieli. Wspomnienia, które mogą być zniszczone lub zachowane za sprawą błysku flesza.

fot. Barbara Pudlarz

Co to za dom? Nawet pieca ni ma – zauważyła Leonia Pawlak, bohaterka kultowej komedii „Sami swoi”, świętującej w tym roku 50 lat. Ten film wyjątkowo trafnie opisuje polską rzeczywistość po zakończeniu II wojny światowej, celnie punktując nasze narodowe przywary. To również obraz realiów życia polskiej rodziny. Aż trudno uwierzyć, że przez ten czas tak wiele się zmieniło.

Późniejszą, PRL-owską rzeczywistość równie zręcznie przedstawia Zofia Rydet w szeroko znanej w świecie fotografii kolekcji zdjęć z lat 1978-1990, którą niedawno można było podziwiać w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zapis to swoisty reportaż o sferze prywatnej polskiej społeczności wiejskiej. Ukazuje wystrój chałup mieszkańców, a pośrednio, poprzez przemyślaną kompozycję większości fotografii – ich ubiór, tradycje, a nawet charakter.

Zofia Rydet uważała, że otoczenie człowieka może powiedzieć o nim więcej niż on sam. Stworzyła fotoreportaż, mając świadomość, że przemiany społeczne bezpowrotnie zacierają ówczesny wygląd mieszkań. Miała rację – na przestrzeni ostatniego półwiecza wystrój polskiego domu diametralnie się zmienił.

Rodem ze skansenu

Zapach świeżego chleba wypełnia całą izbę. Bochenek, który leży na stole zostanie przez gospodarza napoczęty dopiero po skończeniu poprzedniego przygotowanego z nabożną czcią, tym razem przez sąsiadkę zza płotu. Kilkanaście kolejnych porcji pieczywa powędruje odwiecznym łańcuchem współzależności do wszystkich gospodarstw małej społeczności. Pod żadnym pozorem chleba nie można wyrzucać – szacunek do symbolicznego ciała Chrystusa zakorzeniony jest w Polakach niezwykle głęboko.

Mała stabilizacja za Gomułki zdaje się wpływać zarówno na trwałość rodzinnych więzi, jak i solidność domowych murów. Wnętrze sprawia wrażenie zadbanego, ale nie jest to regułą. Czasem wygląd czy nawet czystość domu zależała od regionu. Bardzo bogate w przedmioty i dekoracje Podhale kontrastowało ze schludnym i minimalistycznym wnętrzem Śląska – komentuje Zofia Augustyńska z Fundacji im. Zofii Rydet. Dominują odcienie szarości i ciemnego brązu, choć uwagę zwracają liczne, wielobarwne ozdoby. Cała wieś ma malowane wszystko w kolorowe kwiaty, wzorki, zwierzęta. Chaty, wnętrza, stodoły, studnie, nawet psie budy malowane – tak wyglądem pewnej wsi zachwyciła się kiedyś autorka Zapisu. Jasne ściany, miejscami osmalone dymem z pieca, są bogato przyozdobione świętymi obrazkami, a szczególnie wizerunkami Matki Boskiej, podwieszonymi ukosem pod sam strop.

Religia to dla domowników jeden z najważniejszych elementów życia, nadaje mu sens i tempo. Posłannictwo Karola Wojtyły sięga dopiero jednej parafii, wydaje się, że poznański październik już wieki temu odbił się od wiejskich ścian. Na ich tle najbardziej wyróżniają się zdjęcia rodzinne. Pokój znajduje się pod czujnym okiem pary dziadków, rodziców i trójki dzieci o poważnych, silnie wyretuszowanych obliczach. Można się zastanawiać, czy elegancki ubiór to pamiątka ze ślubu któregoś z bliskich, czy efekt długo wyczekiwanej wizyty fotografa.

Ze świecą w domu babci

Komodę stojącą poniżej czarno-białego zdjęcia zdobi mała, drewniana figurka niedźwiedzia – pamiątka po wizycie w górach, i zestaw chińskiej porcelany. Cenne przedmioty skutecznie przyćmiewa kaflowy piec, który sięga aż po sufit. To jednak stół przy oknie zajmuje centralne miejsce w pokoju. Wyrasta z niego las złożony z paru wysokich, niewypalonych świeczek i srebrnej solniczki. Jak widać, ustawa o powszechnej elektryfikacji wsi i osiedli z 1950 roku nie zdołała zabrać świecom ani lampie naftowej ich podstawowych funkcji. Wspólne rozmowy przy posiłku są dla wielu ulubioną porą dnia. Rodzinne święta nie koncentrują się na wysyłaniu sobie nawzajem prezentów i kartek z życzeniami, lecz na wspólnych tradycjach, przyjemnościach i obowiązkach. W ciągu dnia względną jasność pomieszczenia zapewnia otwarte na oścież, wychodzące na podwórze okno. Okno na świat.

W oddali wybrzmiewa ryk kombajnu. Późne lato to czas żniw, pobliski pegieer to być może najbardziej zapracowane miejsce na Ziemi. Mimo wszystko nieprzemijającą popularnością cieszy się drewniana ławka przy domu, gdzie można odpocząć słonecznym popołudniem. W świecie, w którym wymarzony telewizor ogranicza się do dwóch państwowych kanałów, a blok rysunkowy i kredki dostaje się na Boże Narodzenie, najmłodsze pokolenie musi samodzielnie organizować sobie czas. Brukową uliczką naprzeciwko okna przebiega właśnie hałaśliwa gromadka dzieci. Gwar wzmacnia jeszcze grupka kolorowo odzianych gospodyń, wywieszających pranie w rytm kolejnych towarzyskich plotek.

Wielki blok z wielkiej płyty

Pod koniec lat 50. nasila się napływ ludności ze wsi do miast, związany z poszukiwaniami pracy w ośrodkach przemysłowych. Rozpoczyna się prawdziwa rewolucja, wskaźnik urbanizacji skacze gwałtownie w górę. Jeszcze na początku lat 60. większość Polaków mieszka na wsi, ale w ciągu kilku lat już ponad połowa rodaków zasiedli szybko rozwijające się ośrodki miejskie. Ludność przeprowadza się do przemysłowych osiedli, które stopniowo zaczynają wtapiać się w miasta. Rozrost miast powodował, że rozrastały się także osiedla na peryferiach. Długie dojazdy do pracy, a także brak infrastruktury w miejscu zamieszkania powodowały, że nowe osiedla były tylko sypialniami. Dobrym tego przykładem od lat 70. po późne 80. był warszawski Ursynów – mówi dr Andrzej Zawistowski, dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN i wykładowca SGH.

Na początku zaludniane są stare, mało wygodne kamienice. Przedwojenne mieszkania dzielone są na mniejsze, często w jednym lokalu melduje się kilka obcych sobie rodzin. W Warszawie o takich mieszkaniach mówiono „kołchozy” – dr Zawistowski. Poszczególne rodziny dostawały na wyłączność pokoje, jednak kuchnia i łazienka oraz przedpokój były wspólne. Rolę kamienic z czasem przejmują mieszkania na wielkich osiedlach. Po przeprowadzce do miast ludzie starają się zerwać ze stylem życia, wystrojem i zwyczajami charakterystycznymi dla wsi. Luksusem są mieszkania w blokach, które są synonimem nowoczesności. Taki styl życia staje się coraz popularniejszy, a ten popyt trzeba jak najszybciej zaspokajać. Zgrabnym rozwiązaniem problemu okazuje się budowanie bloków z tzw. wielkich płyt. Stawianie jednakowych budynków z gotowych prefabrykatów ma przyspieszyć powstawanie nowych osiedli i zniwelować problem braku mieszkań. Domy te miały masę wad: były bardzo energochłonne, niestarannie wykonane, bardzo akustyczne – mówi dr Zawistowski. Mimo tych defektów, tysiące ludzi ubiega się w spółdzielniach mieszkaniowych o przydział własnego lokum.

Nowy ustrój, nowy wystrój

Migracje do miast ciągną za sobą zmiany w wyglądzie typowych czterech kątów. Mieszkania w blokach (często niewielkie) wymuszały racjonalizację ich wystroju. Stąd zamiast łóżek – wersalki czy półkotapczany, zamiast kredensów – meblościanki, zamiast stołów – niskie ławy – dodaje dr Zawistowski. Kolejny etap zmian w mieszkaniach rozpoczyna się wraz z otwarciem granic w 1989 roku. Prawdziwego rozpędu nabiera jednak nieco później. Przełomowym momentem w kształtowaniu u Polaków nowej świadomości było pojawienie się sieci IKEA – twierdzi Piotr Sarzyński, dziennikarz „Polityki” i socjolog, autor książki „Wrzask w przestrzeni: dlaczego w Polsce jest tak brzydko?”. Stanowiła ona symbol otwarcia się na świat, poznania zachodnich wzorów. Mniej więcej w tym samym czasie powstaje kilka polskich prywatnych producentów mebli, takich jak Black Red White czy VOX, oferujących kompromis między nazbyt prostą IKEĄ a polskimi zbyt ,,barokowymi”, zakorzenionymi w szlacheckiej tradycji gustami. Do tych, którzy woleli pozostać przy obfitej stylistyce, kierowana jest oferta firmy KLER. Niemiecka estetyka przypada Polakom do gustu, bo stanowi bardzo widowiskowy symbol bogactwa. Masywne meble, wielkie skórzane fotele i kanapy przez długi czas będą postrzegane jako oznaka dobrobytu.

Polacy mają już w czym przebierać i część ludzi zaczyna świadomie kształtować swój gust. To był czas, kiedy bardzo rozwinął się rynek pism wnętrzarskich, powstały tytuły takie jak „Cztery Kąty”, które pokazywały, jak mieszkać, jak się meblować – dodaje Sarzyński. Zarówno zagraniczne, jak i pierwsze polskie seriale podświadomie kształtują gust społeczeństwa. Poprzez ekran telewizora sączą one w Polaków odmienne poczucie estetyki. Bohaterami polskich produkcji, które pojawiają się najwcześniej, jak np. Klan, są zwykli, szarzy ludzie, co zachęca do przenoszenia nowoczesnych, choć nadal bezpiecznych wzorców na własny grunt. Amerykański serial Dynastia przyciąga miliony rodaków przed szklane ekrany. Tak zwany syndrom Dynastii był trochę frustrujący, bo to bogactwo można było tylko w drobiazgach przenieść do domu, na przykład pod postacią jakiejś lampy, która tak naprawdę tylko udawała barokowo-bogatą, bo nawet taka nie była – zaznacza Piotr Sarzyński.

Powiew zmian

półjapka kolor

fot. Barbara Pudlarz

Mała Unitra na parapecie kuchennego okna radośnie wygrywa zachodnie przeboje Radia ZET, drugiej polskiej prywatnej stacji po RMF FM. Jeszcze dekadę wcześniej melodia, a zwłaszcza słowa śpiewane przez zagraniczną gwiazdę, przetłumaczone z angielskiego byłyby uznane za dekadenckie. Drewniana boazeria w przedsionku dzielnie tłumi dźwięki roznoszące się po niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu w wysokim miejskim bloku. W sercu domu, przy kuchennym, przysłoniętym metalowymi żaluzjami oknie, stoi mały kwadratowy stolik, a na nim lekko wygnieciony, otwarty na programie dnia „Tele Tydzień”. Odporna na brud gumowa cerata w czerwoną kratę odbija światło słoneczne rozproszone przez rząd jednakowych, jedenastopiętrowych bloków majaczących za oknem.

Intensywne kolory ścian, z ostrym pomarańczowym wylewającym się z dużego pokoju starają się odciąć od nijakiej, stonowanej kolorystyki PRL-owskich wnętrz. Brązowo-rdzawy wystrój pomieszczeń sugeruje zarówno chęć podążania za nową modą, jak i tęsknotę za ,,ustrojem słusznie minionym”, co prowadzi do swoistego chaosu estetycznego. Dziedzictwo minionych dwudziestu lat przeplata się z upragnionymi znakami nowoczesności. Najłatwiej jest zdjąć gruby, dekoracyjny dywan, wiszący dotychczas na ścianie. Nie każdego jednak stać na kompletny remont: panele zamiast linoleum, zrywanie boazerii oraz wymianę mebli za jednym zamachem, choć też nie wszyscy decydują się tak szybko porzucić to, co znane od lat. Kolorowe gazety i programy telewizyjne dopiero zaczynają kształtować poczucie estetyki Polaków. Zza szyb lakierowanej meblościanki zakrywającej całą ścianę błyszczą wystawne kryształy: ustawione ukośnie talerze, a obok nich kieliszki. Jedną z półek zajmują rodzinne zdjęcia w plastikowych ramkach, część w sepii, a reszta w kolorze. Z jednego uśmiechające się sylwetki w swetrach z golfem i flanelowych koszulach, z innego – szczerząca zęby w sztucznym uśmiechu rodzina na tle najdłuższego w kraju molo – pamiątka z pobytu na sopockim festiwalu.

Raczkujący kapitalizm pozwala marzyć o domu jednorodzinnym – takim na przedmieściach, w hollywoodzkim stylu, z białym płotem i ukwieconym ogrodem – lub dla mniejszych optymistów własnym ,,em”. Na razie samo określenie bardziej kojarzy się z popularnym wśród sąsiadów dopiero wchodzącym na polski rynek fast-foodem z żółtą literą w logo.

Mentalność zaklęta w otoczeniu

Przemiany ustrojowe w Polsce powodują, że wyznacznikiem odróżniającym od siebie domy nie jest już warstwa społeczna, lecz częściej gust i znajomość umiaru, choć także hierarchia wartości. Znaczna większość społeczeństwa bardzo powoli decyduje się na zmianę wystroju swoich domów. W dużym stopniu z powodów finansowych, ale z drugiej strony, także z powodów świadomościowych – w hierarchii potrzeb i oznak prestiżu meble były dość nisko – tłumaczy Piotr Sarzyński. Pod koniec lat 90. Polacy żyją w przeświadczeniu, że lepiej jest kupić auto lub wyjechać na wakacje niż zmieniać wystrój mieszkania. Najlepszą okazją do kupna nowych mebli jest ich zwyczajne zużycie – w innym przypadku to czyste marnotrawstwo.

W domach zamieszkiwanych wspólnie przez kilka generacji okazję do generalnego remontu stanowi także wymiana pokoleniowa. Nie ma więc nic dziwnego w dyskusjach o wyburzenie starego pieca kaflowego, do którego babcia jest tak mocno przywiązana. Potrzeba stabilizacji odczuwana poprzez stałe otoczenie lub zwykłe przywiązanie do zabytkowych mebli po przodkach wpływają na wygląd polskich domów nie bardziej, niż dbałość o tradycje. Podążanie za trendami nie każdemu przychodzi łatwo – Polacy w wielu dziedzinach życia przejawiają naturę konserwatystów. Dlatego też jeszcze przez wiele lat przekraczając progi niektórych domów o niezmiennym od lat wyglądzie, będzie można niemal cofnąć się do poprzedniej epoki. W młodszym, bardziej otwartym na zmiany pokoleniu rośnie poczucie „moje mieszkanie świadczy o mnie”. Od pokolenia rodziców, często nazywanego pokoleniem IKEA, przejmują potrzebę estetycznego zwracania uwagi na to, jak mieszkają, jednak teraz ważniejsza jest dla nich indywidualność. Można ich nazwać pokoleniem poszukiwania, miłośnikami stylu fusion – wszechobecnej manifestacji wyobraźni, silnej osobowości i kreatywności.

Wciąż jednak wydaje się, że takie podejście leży na przeciwnym biegunie niż poczucie estetyki większości Polaków. Piotr Sarzyński twierdzi, że wspomniany wzorzec „na bogato” jest w nas cały czas dość silny i niemalże tkwi w naszej narodowej tradycji – to pochodna wzorca szlacheckiego, wzmocnionego przez wpływy estetyki rosyjskiej i bliskowschodniej. Uznanie, że coś jest w dobrym stylu, jeśli jest „na bogato” jest w nas silnie zakorzenione i mimo coraz większej popularności szwedzkiego minimalizmu, mnóstwo Polaków nadal wybiera tę estetykę.

Drewno i chrom

Minęły już dwie dekady, odkąd wybrzmiały ostatnie dźwięki Radia Wolna Europa. Obecnie falami radiowymi roznosi się częściej „za wolne Wi-Fi”. W nowocześnie i nieco minimalistycznie urządzonym pomieszczeniu przeważają nieśmiertelne odcienie beżu i brązu, jedną ze ścian pokrywa tapeta imitującą pnie wysokich drzew. Wzrok przykuwają metalowe elementy mebli i ozdobnych wazonów kontrastujące z porozrzucanymi tu i ówdzie ozdobami z naturalnych materiałów: poduszkami w lnianych poszewkach, małymi wiklinowymi koszami. Na podwieszanej półce stoi antyrama ze zdjęciami z ostatnich wakacji w Maroku. Znaczną część pokoju zajmuje skórzana narożna kanapa. Przetarta w niektórych miejscach z powodu swej strategicznej funkcji rodzinnego centrum wypoczynkowego, stoi dokładnie naprzeciwko plazmowego telewizora, z którego wydobywa się rozdzierający krzyk reklam. Okno, przysłonięte do połowy roletami, zdobi szereg różnokolorowych doniczek, wśród których króluje okazała orchidea. Prawdziwym oknem na świat wydają się jednak ekrany leżących na niskim stoliku kawowym smartfonów czy stojącego w salonie telewizora. Brzdęk powiadomienia z jednego z urządzeń poprzedza długi dźwięk z kuchni sygnalizujący zakończenie cyklu mycia zmywarki.

Dojazd z willi na przedmieściach do pracy w centrum zajmuje godzinę – tyle samo, co w stronę przeciwną do rodziców na wieś. Wyjątkowe zagęszczenie domów jednorodzinnych w otoczeniu miast zaczyna zarażać tendencją mniejsze miejscowości i wsie. Na prowincji coraz częściej młodzi ludzie wyprowadzają się z wielopokoleniowych domów na rzecz budowania od zera własnych czterech kątów. Ciężko stwierdzić, co jest silniejsze – potrzeba manifestacji swej niezależności bądź też nieco grubszego portfela czy chęć odcięcia się od starego i niepraktycznego budownictwa. Obecnie zamiast trzech pokoleń w jednym domu, częściej spotyka się dwa domy zamieszkałe przez trzy pokolenia.

Gdy piasek w klepsydrze kolejnej generacji przesypie się do końca, jego dziedzictwo nie zostaje nagle starte z powierzchni ziemi. Odrapaną ścianę można stopniowo odmalować, niemodne obrazy zastąpić nowymi, a przestarzałe komputery wymienić na lepsze. Relacje dziadków stają się tylko opowieściami, a ciekawostki z dalekiej przeszłości – legendami. Na szczęście pamięć o naszych czasach nie musi być zachowana tylko w bezużytecznych antykach i zawodnej pamięci. Kolejna Zofia Rydet żyje gdzieś pośród nas, a Zapis to projekt nieskończony.