Zaklęci w kulturze fit

Na ulicy wymijają nas biegnące sylwetki. Na sklepowych półkach batony fit powoli wypierają te klasyczne. Co drugi billboard krzyczy o wyjątkowej promocji karnetów na siłownię albo o zniżce na profesjonalne buty do biegania. Pogrążamy się w otchłani narzekań na swoje ciało. Jedynym, co może nas z niej wyciągnąć, jest spadek wagi.

graf. Dominika Wójcik

Karolinę zaniepokoiły nazbyt opięte dżinsy. Brzuch też jakby miejscami się wylewał. Zamknęła się w łazience i rozebrała do majtek. Zrobiła kilka zdjęć. Stanęła na wadze. Ważyła więcej niż jej mama w dziewiątym miesiącu ciąży. Na zdjęciach jakoś też się nie poznała. Niemożliwe. Co ona ze sobą zrobiła?

Kumpel Dawida kiedyś rzucił: „chodźmy na siłkę”. To poszli. I tak chodzili przez dwa miesiące. Przecież kiedyś trzeba wypracować wygląd prawdziwego mężczyzny. W tym samym czasie na horyzoncie pojawił się stary znajomy, który za niską cenę pozbywał się sprzętu do ćwiczeń: jakieś gryfy, jakieś ciężary. Dawid skorzystał z okazji i przemienił mieszkanie w siłownię.

Magda jakoś nigdy nie lubiła się męczyć. To nie tak, że jest leniwa. Od czasu do czasu to nawet lubi. Po prostu woli inaczej spędzać czas. Ma cudownych przyjaciół, wspaniałą rodzinę. Czego chcieć więcej? Mówi, że akceptuje siebie. Czasami tylko, kiedy spotyka się ze swoimi fit-znajomymi, czuje się niekomfortowo.

Żyjemy w kulturze fit. Najpopularniejszy i stopniowo wszechogarniający styl życia opiera się na zdrowiu i określonym, kulturowo akceptowanym wyglądzie. Z ciałem zaś zawsze coś jest nie tak: to za wiotkie, to za pulchne czy zbytnio otłuszczone nie tam, gdzie potrzeba. Trzeba nad nim pracować: wziąć się w garść, ogarnąć się, popracować nad sobą. Przecież każde ciało może być fit.

Ciało, dasz radę!

Wzorce sylwetek – co szczególnie widać na zmieniających się modelach kobiecej figury – ulegają przeobrażeniom w zależności od czasu i miejsca. Zazwyczaj są odzwierciedleniem kulturowych żądz i obsesji. Jeszcze do niedawna proponowany wygląd męskich i żeńskich ciał można było wyczytać z buteleczek szamponów. Kosmetyki dla panów gwarantowały silne, sprężyste i mocne włosy, a pań miały być pachnące, mięciutkie i pełne blasku. Ta metafora pokazuje obraz kobiecości i męskości, jaki miały osiągnąć i reprezentować nasze ciała. O ile w przypadku mężczyzn ciało wysportowane, muskularne i sprawne to nadal funkcjonujący standard, o tyle w przypadku kobiet na naszych oczach ma miejsce rewolucja. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat modne było ciało szczupłe, drobne, wręcz zanikające. Niewielkie piersi, wąskie biodra: sylwetka bardziej typowa dla dorastającej dziewczynki niż dojrzałej kobiety.

Aktualnie coraz częściej Polki też pragną być silne. Stać pewnie na nogach, a nie anemicznie się chwiać. Wydaje się, że nie chcą już wklęsłego brzucha, ale sześciopaku. Za zmianę odpowiada wysyp wirtualnych trenerów, na których czele stoi Ewa Chodakowska. Zasłynęła darmowymi zestawami ćwiczeń, które publikowała na YouTubie. Zestaw ćwiczeń o wymownie brzmiącej nazwie „Skalpel” został wyświetlony już ponad 10 milionów razy. Jeśli wierzyć danym z Facebooka, z Chodakowską ćwiczą ponad dwa miliony osób, i to nie tylko kobiety. Można włączyć jej nagrania w każdej chwili, nie trzeba ruszać się z domu czy płacić za siłownię. Wyzbywamy się obaw, że podczas zajęć w grupie zbłaźnimy się, bo nie nadążymy za tempem innych. Ewa dopinguje z ekranu: Dasz radę – mówi. Wytrzymaj jeszcze chwileczkę!

Nie poddajemy się. Jesteśmy przekonani, że się opłaci. Regularnie na profilu trenerki pojawiają się zdjęcia jej fanek, tzw. przed i po – zazwyczaj są na nich osoby, które faktycznie straciły kilkanaście czy kilkadziesiąt kilogramów. Oczywiście ćwiczenia to nie wszystko, równie ważna – a według niektórych nawet ważniejsza – jest odpowiednio zbilansowana dieta. I Chodakowska też takie diety oferuje. Część darmowo – dla zachęty, a część, tę bardziej wyspecjalizowaną i spersonalizowaną, już odpłatnie.

Przykład Chodakowskiej ma w sobie dwa elementy, które są kluczowe dla zrozumienia rozkwitu kultury fit: promocję praktyk dyscyplinujących ciało oraz samonakręcający się biznes, polegający na utowarowieniu zdrowia.

Wepchnąć ciało w formę

Praktyki dyscyplinarne to przede wszystkim dieta i ćwiczenia fizyczne. Na pierwszą z nich składają się ściśle określone rodzaje posiłków i dozwolone produkty, określony czas trwania i zapowiedź efektów. A te mają być na wyciągnięcie ręki. Stosując dietę, próbujemy poskromić odczuwany głód, ograniczamy przyjemność czerpaną z jedzenia. Należy kontrolować apetyt i zarządzać nim z żelazną wolą. Ciało staje się wrogiem, który chce udaremnić nasz wielki dietetyczny projekt. Ten mechanizm dotyczy nie tylko głodówek, lecz także większości mniej lub bardziej restrykcyjnych diet. Chodzi o samokontrolę i podporządkowanie danej regule.

graf. Dominika Wójcik

Bycie fit oznacza trenowanie zarówno na siłowni, jak i uczestnictwo w zajęciach grupowych. Ćwiczenia czekają w grafiku na nasz wybór niczym dania w menu. TBC (total body condition), ABT (abdominal, buttocks, thighs), płaski brzuch, zgrabne uda i pośladki, energy challenge… Tak samo jest ze sprzętami na siłowni. A na nich ćwiczą zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Chociaż „pakują” podobnie – pomimo tego, że kobiecie wolno bardziej niż kiedyś zwiększać wytrzymałość i tężyznę, że kobiecej muskularności próbuje się nadać erotyczny charakter – to kobieta nie może mieć ciała bardziej umięśnionego od mężczyzny. Podstawowy element różnicujący z buteleczki szamponu zostaje zachowany.

Alarmująca waga spowodowała, że Karolina zdecydowała się zmienić swój styl życia. Po paru tygodniach zaczęła odczuwać efekty regularnych ćwiczeń. Skąpana w morzu pochwał, pod ostrzałem zazdrosnych spojrzeń opowiadała wszem i wobec co je, ile je, kiedy je. I że to wcale nie takie trudne, wystarczy chcieć. Chociaż teraz bez problemu zakłada stare dżinsy, większą przyjemność robią jej zakupy. Bo przecież musi kupić wszystko o rozmiar mniejsze.

Dawid wymienia same superlatywy ćwiczeń. Zmienia się jakość całego życia. Wylicza: poprawia się jakość snu, wzmacniają się ścięgna i stawy, polepsza się gęstość i uwapnienie kości, cera, włosy i paznokcie są w lepszym stanie. Trzeba po prostu ruszyć się sprzed telewizora, nie jeść bezmyślnie chipsów i zabrać się za siebie.

Magda nie wyklucza, że być może wiosną coś zrobi. Może pójdzie na zumbę, to podobno przyjemne. Taki taniec, ale z elementami fitnessu. Nie jakieś cyrki, nie będzie się katować morderczymi ćwiczeniami i głodówką. Mogłaby w sumie poprawić kondycję. Magda ma taką teorię, że na siłownię chodzą tak naprawdę rozmiarowe „eski” i „emki”, czasami „elki”. Nie osoby, które mają problemy z otyłością, a ci, którzy obsesyjnie się jej boją.

Zdrowe ciało – drogie ciało

Nie każdego stać na bycie fit. Aby w pełni realizować aktywny tryb życia, trzeba mieć odpowiednie wyposażenie. Bezszwowe ubrania wentylujące, nawadniające akcesoria, buty aktywujące odpowiednie grupy mięśni, urządzenia kontrolujące efekty wysiłków ćwiczącego. Jeśli nie odpowiednie wyposażenie, to chociaż stylowe – każda szanująca się sieciówka posiada teraz dział z odzieżą sportową. Ceny bluzek na ramiączkach to średnio 70 zł, getrów 130 zł, butów 160 zł. Karnety na siłownię też kosztują: pomimo rozbudowanych sieci promocyjnych, zniżkowych kart członkowskich miesięczne opłaty oscylują wokół 150 zł.

graf. Dominika Wójcik

Porady dietetyczne to również stawki rzędu kilkuset złotych (często to opłata jednorazowa). Oczywiście nie trzeba z nich korzystać. W Internecie jest sporo blogerów układających zdrowe/bio/gluten-free posiłki. Jedną z najbardziej znanych jest Anna Lewandowska, specjalistka ds. żywienia. Na swojej stronie proponuje między innymi na śniadanie komosę ryżową z płatkami, na obiad purée z wężymordu z rybą, na kolacje przegrzebki z warzywami.

Pomysły są Lewandowskiej, ale przygotować i zapłacić za składniki musimy sami. Mało kto ma czas i pieniądze na prowadzenie takiego stylu życia. Bieda czy poziom przeciętnego studenckiego życia nie są tym, czym chwalimy się na lewo i prawo. Na Instagramie nie ma zdjęć sportsmenów w spranych, wymiętych dresach. Nikt nie dodaje zdjęć mrożonek albo odgrzewanych pierogów z hasztagiem foodporn. Nie każdego stać na bycie fit.

W środkach masowego przekazu promowany jest tylko zdrowy tryb życia: produkty spożywcze, zachowania, aktywności fizyczne, wypoczynek, suplementy. Wydają się tak niezbędne, że bez nich zaczynanie jakiejkolwiek dyscypliny jest bezsensowne.

Kiedy ciało woła o pomoc

Kultura fit nie dla wszystkich jest rodzajem mody. Pacjenci, którzy zgłaszają się do poradni, w zdecydowanej większości mają realne problemy ze swoją wagą – mówi Katarzyna Kaszyca z Instytutu Dietetyki. Rzadko kiedy przychodzą pacjentki, które chcą zmniejszać wagę z prawidłowej na tę poniżej granicy normy; wtedy zdecydowanie próbujemy je odciągnąć od tego pomysłu. Instytut Dietetyki to poradnia dietetyczno-psychologiczna koncentrująca się na długofalowej pracy z pacjentami opartej nie tylko na trosce o ciało, lecz także o psychikę. Główną motywacją osób odchudzających się jest poprawa swojego wyglądu, ale równie dobrze chęć zadbania o parametry krwi, zmniejszenie poziomu cholesterolu czy kwasu moczowego. Kobiety dążą do zmieszczenia się w swoją dawną garderobę, mężczyznom często zależy na poprawie wydolności, dzieci chcą lepiej poczuć się w swoim otoczeniu – komentuje dietetyczka i dodaje: Wiele osób chce schudnąć bardzo szybko, co niestety przekłada się na występowanie efektu jojo: pacjenci bardzo często nie myślą o swoich działaniach w długiej perspektywie, a w krótkiej: „już za 3 miesiące będę miała 15 kg mniej”. Nasuwa się pytanie, czy decyzja o skorzystaniu z porady specjalisty jest decyzją o podjęciu całkowitej metamorfozy. Oczekiwania pacjentów złożone w jeden spójny obraz mówią o czymś innym: Nie chodzi o osiągnięcie sylwetki bardzo szczupłej modelki: większości pacjentów przeszkadza nadmiernie odstający brzuch, tak zwana oponka. Praktycznie każdy pacjent zgłaszający się do nas chce to zmienić, wcale nie myśląc o innych partiach ciała – tłumaczy Kaszyca.

Karolina już nie wróci do śmieciowego jedzenia. Teraz nie wie jak to możliwe, że tak źle traktowała swój organizm. Jadła bez rozwagi, teraz już świadomie. Ale raz na jakiś czas ma cheat day. To nie jest tak, że się łamie – dietetyk jej pozwolił. Wtedy Karolina może jeść i chipsy, i czekoladę, i frytki smażone na głębokim oleju. To taka przyjemność, odskocznia. Karolina mówi, że wie, że to przecież śmieciowe jedzenie, ale co ma zrobić, skoro to jej smakuje?

Odkąd Dawid postanowił zostać kulturystą, w wolnych chwilach między ćwiczeniami przegląda w internecie artykuły. O zdrowiu, o odpowiedniej diecie, o właściwym doborze ćwiczeń. Znajomi mówią, że przesadza, rodzina – że marnuje czas. Ale Dawid wie, że odnalazł swoją pasję. Mówi, że znajomi śmieją się, że kiedy już wychodzi z nimi na miasto, to rzadko coś zamawia – bo to wszystko niepoliczalne.

Magda ma czasem gorsze dni i wtedy musi sobie podjadać. To taka szczególna forma jedzenia więcej, która polega na zakradaniu się do kuchni po kostkę czekolady i powrocie do pokoju. Taki proces może powtórzyć się kilkanaście razy. Magda nigdy nie weźmie całej tabliczki czekolady ze sobą, nie położy na biurku i nie będzie jej jawnie jeść. Trochę ma do siebie żal, trochę jej za siebie wstyd, trochę jakby ukrywała się sama przed sobą.

Ciało oszalało

Po drugiej stronie barykady są osoby, które przeholowały. O anoreksji, bulimii czy kompulsywnych zaburzeniach odżywiania mówi się jako chorobach cywilizacyjnych XXI wieku. Anna Gruszczyńska jest blogerką i autorką książki Wilczo głodna. Jak wyjść z kompulsywnego jedzenia i nie zwariować. Wilczy głód to jej nazwa na bulimię, z którą sama borykała się przez 14 lat. Problem może dotknąć dosłownie każdego, ale oczywiście niektórzy mają większe predyspozycje do zachowań kompulsywnych.

Na rozwój choroby wpływają trzy czynniki, ale nie wszystkie trzy muszą być obecne – mówi Gruszczyńska. Wymieniane przez nią powody to przede wszystkim różnego rodzaju uzależnienia w rodzinie, które przenoszą się na kolejne pokolenia. Po drugie – czynnik emocjonalny, który jest również powiązany z dzieciństwem – jedzenie zamiast rozmowy. Nagradzanie sukcesów w szkole pączkami, zajadanie problemów w McDonaldzie. Sytuację pogarszały znajdujące się w okolicy ciotki i kuzynki, które ciągle się odchudzały. Trzeci czynnik to własne eksperymenty żywieniowe. Scenariusz jest praktycznie zawsze taki sam: chciałam schudnąć, zastosowałam restrykcyjną dietę, po której zaczęłam rzucać się na jedzenie. Wpadłam w błędne koło, które toczy się do dziś… Moja najstarsza Wilczyca jest w nałogu już 38 lat i wymiotuje codziennie – opowiada blogerka. Mimo to broni kultury fit: – Nie ma nic złego w miłości do endorfin i uczucia spełnienia, jakie rodzi się podczas treningu. Bo sport to fantastyczna sprawa – zapewnia oraz dodaje, że problem zaczyna się, kiedy sport przesłania wszystkie wymiary życia. Już nie ćwiczysz dlatego, że to jest fajne, tylko dlatego że musisz. Moje dziewczyny piszą mi czasem, że ćwiczą i płaczą: z bólu, zmęczenia, bezsilności. Kto szczególnie powinien na siebie uważać? Według autorki wyjątkowo narażone są osoby inteligentne, wrażliwe, ale trochę zagubione. Te, które realizują się na kilku polach, ale nie do końca wiedzą, do czego w życiu dążą. Takie, które są w wielu dziedzinach dobre, lecz nie najlepsze. Ludzie nienauczeni dyscypliny i konsekwentności. Jeśli dodamy do tego skłonność do uzależnień, to powstanie typowa Wilczyca.

Ciało podporządkowane, ciało konsumowane

czwarta

graf. Dominika Wójcik

Powody do rozważań o cielesności dał Michel Foucault, francuski socjolog i filozof. Uważał, że powstaniu instytucji parlamentarnych i nowych koncepcji wolności towarzyszy dyscyplina skierowana przeciwko fizyczności. Jego teorie inspirowały wielu, szczególnie rozwinęła je filozofka Sandra Bartky. Opisywała praktyki, takie jak ćwiczenia fizyczne, diety, które dopiero miały wytworzyć „odpowiednie” ciała. Według niej to przeciwko kobiecej sylwetce skierowano szczególną dyscyplinę – jest w niej wpisany podrzędny status. W kobiecie jest poczucie wstydu za własną cielesność, wrażenie, że jest ono w jakiś sposób wybrakowane, potrzeba ciągłego ulepszania. Jeśli utrzyma dyscplinę i uda jej się wypracować idealnie jędrne, seksowne ciało, to może i zyska zainteresowanie oraz podziw, ale nie uzyska rzeczywistego prestiżu czy jakiejkolwiek większej władzy społecznej. Cały wysiłek, który włoży w dojście do mistrzostwa w samokontroli, jest w zasadzie pozbawiony znaczenia. Niekiedy kobiety są wyśmiewane i lekceważone ze względu na swoje „trywialne” zainteresowania i mało rozwijający sposób spędzania czasu. Kto więc nakłada na nas tę dyscyplinę? Bartky enigmatycznie odpowiada: władza dyscyplinarna znajduje się wszędzie i nie ma jej nigdzie, dyscyplinują wszyscy i nie dyscyplinuje nikt w szczególności. Jaśniejszej odpowiedzi udziela dr Anna Wójtewicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu: Władzę sprawuje społeczeństwo poprzez media, rynek, instytucje edukacyjne, rodzinę, systemy ochrony zdrowia. Wzorce cielesności przyswajamy od wczesnego dzieciństwa, modyfikujemy w toku życia i weryfikujemy pod wpływem społeczności. Ciała, które uważamy za idealne, są takie tylko w konkretnym kontekście społeczeństwa zachodniego (europejskiego i amerykańskiego). Wójtewicz jest autorką książki Ciało w kulturze konsumpcji, w której analizuje wszelkie działania wobec ciała. Od momentu pojawienia się mediów i rozwiniętego rynku dóbr i usług wachlarz czynności i produktów, których organizm potrzebuje, znacznie się poszerzył. W kulturze konsumpcyjnej dopatrzyć się można źródła, z którego płynie między innymi przekonanie o tym, że w sposób dowolny możemy modyfikować swoją fizyczność. Konsumpcja nakłania nas do realizowania najróżniejszych potrzeb, zapewniając w ten sposób dobre samopoczucie. To właśnie kupujemy, dbając o ciało zgodnie z kulturowym wzorcem. Programy typu „ekstremalna metamorfoza” wykorzystują ten trend w sposób przekraczający granice absurdu.

Żyjemy w czasach, w których z jednej strony otyłość staje się coraz powszechniejszym problemem. Z drugiej zaś – paniczny lęk przed dodatkowymi kilogramami napędza styl życia oparty na konkurencyjności ciał, kupowaniu samoakceptacji w zamian za ciągłą kontrolę i ograniczenie. Ale dzięki temu Karolina nauczyła się, że warto dbać o siebie niezależnie od tego, ile się waży. Schudła już 10 kg, ma nadzieję, że waga się utrzyma.

Dawid nauczył się pokory, przekracza swoje granice każdego dnia. Jest teraz trenerem personalnym – to on układa innym ćwiczenia i diety, doradza. Magda trochę się miota pomiędzy nonkonformizmem a – jak mówią jej znajomi –„zrobieniem czegoś dla siebie”. Nie wie tylko, czy zmieniałaby swoje przyzwyczajenia dla siebie, czy dla innych. Bo do kogo w końcu należy jej ciało?