Na fali sprzeciwu

Słucham morza z zamkniętymi oczami. Tego szumu fal, który wszędzie podobno brzmi tak samo, a jednak inaczej. Na policzkach czuję specyficzny morski wiatr, a bose stopy stykają się z lodowatą wodą. To najlepiej pamiętam z wizyty w Trójmieście sprzed kilku tygodni i sprzed kilkunastu lat.

felietony

Zaskakująca jest szybkość, z jaką człowiek jest w stanie przenieść się w czasie i przestrzeni – nie tak dawno w końcu wyprawa na drugi koniec kraju była ogromnym wyzwaniem, a co dopiero za granicę! Szczególnie w czasach PRL-u, kiedy uzyskanie paszportu wiązało się z wieloma formalnościami lub niechlubnymi kontaktami z ówczesną władzą. W oddali wciąż majaczą żurawie, ale stocznia wydaje się tylko pomnikiem przeszłości, zgromadzenia, które razem miało wielką moc.

A teraz? Tak szeroko otworzyliśmy okno na świat, że jesteśmy zaślepieni tym blaskiem i nie dostrzegamy własnego domostwa. A jeśli już, to oddzielamy się wyimaginowanymi murami i bluźnimy przeciw sobie. Nieważne czemu się sprzeciwiamy, ważne, że to robimy. I ten bunt przestaje być domeną punków oraz ludzi młodych, największy żar wylewa się z osób starszych i „zainteresowanych” krajową polityką.

Zatrzymano mnie na ulicy z pewną petycją, podziękowałam z uśmiechem i chciałam odejść jak zawsze. Za plecami usłyszałam pogróżki, że nie będę mogła tak spokojnie spacerować. Ja rozumiem, że miała to być forma zachęcenia do podpisu, ale żeby tak perfidnie kłamać? Jedyne, co jest w stanie powstrzymać człowieka przed spacerem, to niepełnosprawność nóg (a i tak wtedy można się poruszać innymi środkami transportu), ciężka choroba lub śmierć. Chyba że za rogiem miała czekać na mnie grupa aktywistów, dzięki którym zwiedziłabym szpital albo kostnicę.

Ta globalna mobilność jest nie do powstrzymania. Życie jest dla mnie taką rzeką z meandrami losu, która nabiera pędu z każdym spadem. Z czasem łączy się z innymi, krzyżuje i rozdziela, ale to wspólnie najbardziej wpływa na okoliczne tereny. A kończy i tak w oceanie ciemności, niezależnie od swoich źródeł czy biegu. I tak, wczoraj byłam nad polskim morzem, jutro w słowackich tatrach, a jeszcze później trafię na Saharę. Albo i nie, bo wpadnę do morza przepełnionego nienawiścią ludzi zdobywających plażę parawanami w środku nocy.

A tymczasem stoję na brzegu, póki droga na plażę jest jeszcze nieskażona wrogością, a spotykam jedynie grupy morsów i opuszczone zjeżdżalnie. Jednak już niedługo spotkam inne rzeki, podążymy razem wspólnym torem i nie otoczymy się wałami, a rozlejemy na okoliczne tereny.

No votes yet.
Please wait...