Ucz się i pracuj

Rekrutowałeś się na studia dzienne, jednak zabrakło Ci kilku punktów, żeby się na nie dostać. W takiej sytuacji rozwiązaniem jest zwykle nauka w trybie popołudniowym, za którą trzeba płacić. A gdyby tak to uczelnia płaciła Tobie? Choć brzmi to mało realistycznie, taki system faktycznie istniał w SGH – i to w dość nieodległej przeszłości. Pieniędzy nie otrzymywało się jednak za nic.

unspecified3

Przez lata – od czasów PRL-u aż do początku XXI wieku – na wielu polskich uczelniach funkcjonowały eSHaPy, czyli Studenckie Hufce Pracy. Istniały one także w SGH aż do roku akademickiego 2010/2011. O przyjęcie do SHP mogły starać się osoby, które nie zakwalifikowały się na studia, ale przekroczyły minimalny próg punktowy ustanowiony przez Uczelnię. Zgodnie z zapisami w regulaminie przyjęć z tego rozwiązania miało prawo skorzystać kilkadziesiąt osób rocznie.

Jak wskazuje już sama nazwa tej struktury, zadaniem członków SHP była praca na rzecz Uczelni. Zależnie od zapotrzebowania poszczególnych działów i predyspozycji eSHaPowców byli oni kierowani do pracy administracyjnej lub eksploatacyjnej. W zamian otrzymywali prawo do uczęszczania na część przedmiotów, gwarancję przyjęcia w kolejnym roku akademickim (pod warunkiem solidnego wypełniania swoich obowiązków) oraz – niezbyt atrakcyjne – wynagrodzenie pieniężne. W 2003 roku Uczelnia zapewniała około 500 zł netto miesięcznie, jednak w ostatnich latach funkcjonowania systemu całkowicie zrezygnowano z wypłacania „pensji”, uznając SHP za rodzaj wolontariatu. Choć mogłoby się wydawać, że roczna praca za (pół)darmo nie jest zbyt kuszącą ofertą, chętnych nie brakowało – aż do ostatniego roku funkcjonowania hufca w SGH zainteresowanych było więcej niż dostępnych miejsc. Początki w SHP bywały jednak trudne. Pamiętam, że jak się dostawałam na hufiec, to długo musiałam się przekonywać, że nie reprezentuję jakiegoś gorszego sortu studentów – wspomina Gosia.

Nieuniknione kontrowersje

Funkcjonowanie SHP było bez wątpienia bardzo korzystnym rozwiązaniem dla Uczelni. Studenci pracujący w hufcu wykonywali szereg prac, które w znaczący sposób usprawniały jej działanie. Trudno sobie wyobrazić, aby sekretarka dziekana musiała obejść wszystkie zainteresowane jednostki, rozlokowane w kilku budynkach i donieść im materiały konferencyjne. To robił hufiec. Wspomagał także informację uczelnianą, odbierał zagranicznych profesorów z lotniska, zamiatał liście sprzed budynku, przygotowywał zaproszenia na konferencję, odśnieżał, gromadził dokumenty studentów Erasmusa. To było ogromne odciążenie dla administracji Uczelni – wspomina Filip, który pierwszy rok studiów spędził w SHP. Inaczej opisuje to Agata, studentka pracująca niegdyś w dziale wymagającym szczególnie wytężonej pracy: To był super wyzysk i czysty zysk dla SGH. Tak znienawidziłam tę uczelnię, że po pierwszym roku chciałam się przenieść na WNE.

Ostatecznie z hufca zrezygnowano – główny powód stanowiły wątpliwości prawne związane z pomijaniem standardowej rekrutacji. Do SHP nie kwalifikowano automatycznie osób, które znalazły się na szczycie listy rezerwowej. Każdy zainteresowany musiał przejść określoną procedurę, złożyć podanie do rektora i liczyć na jego pozytywne rozpatrzenie. To rodziło wątpliwości – bo jak sprawdzić, czy rzeczywiście przyjęto osoby o najlepszym kompetencjach? Warto zaznaczyć, że SGH nie była wyjątkiem; na licznych uczelniach funkcjonowały tzw. listy rektorskie, które budziły nie mniejsze kontrowersje.

Emocje wywoływały znane nazwiska pojawiające się na listach przyjętych do SHP. Na uczelni do dziś wiele osób wspomina pracującego w szatni syna ówczesnego premiera, ciekawość mediów rozpaliło także zakwalifikowanie do hufca maturzysty, którego ojciec pełnił funkcję dyrektora parku narodowego. Nie brakowało także oskarżeń o przyjmowanie „po znajomości” krewnych i znajomych pracowników SGH. Syn wykładowcy statystyki, bratanek jednego z profesorów, córka wykładowcy rachunkowości – to tylko część przykładów, które można znaleźć na forach internetowych. Przypadek i ludzka zawiść czy nieuczciwe praktyki Uczelni? Jak pisze jeden z internautów: po zleceniu zewnętrznego audytu nieprawidłowości dopatrzono się w zaledwie kilku przypadkach. Takie stwierdzenia nie studziły jednak emocji.

Pomocnicy potrzebni od zaraz

Kilka lat później podczas rozmów o hufcu dominuje przede wszystkim żal, że na korytarzach Wielkiej Różowej nie spotyka się już eSHaPowców. Ludzie, którzy należeli do SHP, byli bardziej samodzielni, zaradni, znali uczelnię – opowiada pracownik administracyjny SGH. Obecnie podczas ważnych wydarzeń (jak na przykład Święto SGH) Uczelnia korzysta z pomocy pełnych zapału, ale jednak mniej doświadczonych wolontariuszy.

Kiedyś sytuacja wyglądała inaczej. Wiedzieliśmy jak działa SGH, co gdzie załatwić, do kogo iść, jakie procedury wypełnić – wspomina Filip i dodaje: Ubolewam i wiem, że ubolewa administracja SGH, nad tym, że zrezygnowano z tego rozwiązania. Przynosiło ono bowiem obopólne korzyści – zarówno przyszłym studentom, jak i pracownikom Uczelni. Wiele spośród pracujących w hufcu osób angażowało się potem w działania Samorządu Studentów i życie Uczelni, a zdobyte doświadczenia procentowały również po studiach. Z biegiem lat uświadomiłam sobie, że wszyscy moi koledzy z hufca odnoszą teraz sukcesy, pracują w międzynarodowych korporacjach i podróżują po świecie – zauważa Gosia. Z kolei Agata podkreśla, że hufiec był dobrym środowiskiem rozwoju dla osób zainteresowanych biznesową ścieżką, ale niekoniecznie dla studentów myślących o karierze naukowej.

Po wycofaniu się Uczelni z rekrutacji do hufca drogi powrotnej już raczej nie ma – przywrócenie tego rozwiązania z pewnością przywołałoby dawne kontrowersje. Jednak czekając w kolejce po odbiór dokumentów na Erasmusa (tylko po to, by stanąć potem w ogonku w sąsiednim budynku i oddać dokumenty innej komórce administracyjnej), trudno uniknąć refleksji, że przydałby się ktoś, kto usprawniłby działanie uczelnianej machiny.