Na miarę możliwości

W roku 2016 dwa największe i najważniejsze polskie uniwersytety – Warszawski i Jagielloński – znalazły się na szarym końcu tzw. Listy Szanghajskiej, zawierającej pięćset najlepszych uczelni świata. Jest to pierwszy tak drastyczny spadek tych placówek od początku istnienia tego zestawienia, lecz postępująca degradacja polskiego szkolnictwa wyższego – w opinii większości ekspertów – trwa już od dłuższego czasu. Czy istnieje na to recepta?

university

unsplash.com

Tekst: Jakub Wiech

Nowoczesność, innowacyjność i atrakcyjność danego kraju często idą w parze z nowoczesnością, innowacyjnością i atrakcyjnością jego uczelni. Jakimi uniwersytetami powinno więc chwalić się stosunkowo duże państwo Europy Środkowej, aspirujące do miana lokalnej potęgi, będące domem dla trzydziestu ośmiu milionów ludzi? Odpowiedź jest niestety dość smutna, gdyż przerażająca większość polskich uczelni nie jest ani nowoczesna, ani innowacyjna, więc także nieatrakcyjna. Analizując przyczyny tego zjawiska, wskazać można kilka głównych powodów.

Wachlarz możliwości

Przede wszystkim, należy zwrócić uwagę na ilość ośrodków oferujących studia wyższe. Lista publicznych uczelni akademickich znajdujących się pod nadzorem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego zawiera prawie sześćdziesiąt pozycji. Do tego doliczyć trzeba niespełna czterysta instytucji niepublicznych. Jak łatwo policzyć, w Polsce jedna uczelnia przypada na mniej niż sto tysięcy obywateli. Jest to, wbrew pozorom, stan alarmujący. Niski przyrost demograficzny spowodował bowiem, że ośrodki akademickie zaczęły walczyć o studenta, często obniżając wymagania. I tak, o studiach wyższych może myśleć praktycznie każda osoba, która zdała maturę. Zmniejszenie wymagań pociąga za sobą spadek jakości kształcenia. Jest to szczególnie widoczne na kierunkach humanistycznych. Z kolei uczelnie, które cieszą się dobrą opinią, chcą zyskać dla siebie jak największą liczbę studentów. Dochodzi więc do sytuacji, w której uczących się jest zbyt dużo – często ich liczba przekracza nie tylko możliwości dydaktyczne danej instytucji, ale nawet jej możliwości logistyczno-techniczne (przepełnione sale zajęć, szwankujące elektroniczne systemy rejestracji). Nie tylko nie sprzyja to tworzeniu rodzimej naukowej elity, ale wręcz ,,wypycha” wybitniejsze jednostki, które zrażone polskimi standardami szukają dróg rozwoju za granicą.

Dyplom to papierek?

Na krytykę zasługuje również paleta dostępnych kierunków. Wiele uczelni oferuje kandydatom studia, które nie dają choćby minimalnych szans na odnalezienie się na rynku pracy czy w środowisku naukowym. Wszystko sprowadza się jedynie do wydania dyplomu, co poprzedzone jest kilkuletnim okresem zdobywania powierzchownej i niekompletnej wiedzy. Jak podaje tygodnik Wprost, na polskich uczelniach znaleźć można takie kierunki studiów, jak: pakowanie produktu, prognozowanie trendów w obszarze mody czy zarządzanie parafią.

Również czynnik wsparcia państwa dla naukowców nie jest nawet zadowalający. Choć programy typu Diamentowy Grant czy Preludium zapewniają start wielu młodym badaczom, to są raczej wyjątkami, które zresztą trafiają jedynie do promila najlepszych. Niektóre wymagania stawiane kandydatom nie dość, że jeszcze bardziej zawężają grono potencjalnych beneficjentów, to na dodatek dokonują tego z naruszeniem prawa. Świadczy o tym m.in. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który orzekł w marcu 2014 roku, że minister nauki dokonał samowolnego, niemającego oparcia w prawie, ograniczenia kręgu adresatów programu Diamentowy Grant. Taka sytuacja dość jasno obrazuje, jak do młodych naukowców podchodzą organy państwa.

Zastrzyk gotówki

Podobne niezadowolenie pojawia się również w kwestii rozdysponowania środków przeznaczonych na wsparcie dla badaczy. Takim przypadkiem był chociażby Program Kierunków Zamawianych, realizowany w perspektywie finansowej Unii Europejskiej na lata 2007-13. Dzięki temu programowi, uczelnie techniczne mogły zaoferować wysokie stypendia dla najlepszych studentów odpowiednich studiów. Niestety, dobór uczelni partycypujących w tej inicjatywie poprzez nieobiektywny konkurs spowodował, że w niektórych przypadkach najlepsi maturzyści nie korzystali z programu, gdyż uczelnia, która go prowadziła, miała stosunkowo niski poziom.

Nieco lepiej jawi się kwestia dostępu do infrastruktury badawczej. W 2011 roku powstała pierwsza Polska Mapa Drogowa Infrastruktury Badawczej (PMDIB). Znalazły się na niej 33 projekty strategicznej infrastruktury badawczej z różnych dziedzin nauki. Dwa lata później Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, we współpracy z naukowcami, zaczęło aktualizować mapę. Efektem tych prac jest nowa mapa, która zawiera 53 propozycje z wielu dziedzin nauki, tj.: z obszaru nauk fizycznych i matematycznych – 14, nauk technicznych – również 14, nauk o Ziemi i biologicznych – 11, zagadnień interdyscyplinarnych – 6, nauk medycznych i rolniczych – 6, nauk społecznych i humanistycznych – 2. Kolejną aktualizację mapy resort nauki chce ogłosić na przełomie lat 2016 i 2017. Choć tempo prac jest bardzo dynamiczne i liczby te robią wrażenie, pamiętać należy, że są to w większości dopiero tworzone obiekty, które wejdą do użytku dopiero za kilka lat.

Tkwiąc w miejscu

Powyższe problemy są przyczynami największej klęski polskiego systemu edukacji – śmierci idei universitas. Akademickie ,,fabryki magistrów” wpuszczają na rynek dziesiątki tysięcy absolwentów, których większość nie jest zupełnie przygotowana do pracy. Studia przestały być areną ścierania się idei. Wygaszono ogień w kuźniach nowych koncepcji. Postawiono tamę na potoku innowacyjności, który kręcił młynem postępu.

Niestety, dużo wskazuje na to, że obecny stan rzeczy trwać będzie dłużej, głównie ze względu na fakt, iż dla władz wielu uczelni utrzymanie status quo jest po prostu opłacalne. Widać to choćby po tym, że niewiele uniwersytetów sięga po nowatorskie metody nauczania, takie jak chociażby technika kursów intensywnych, znana z nauki języków obcych. Na polu komercyjnym przynosi ona bardzo dobre efekty, czego dowodem jest duże zainteresowanie intensywnymi kursami prowadzonymi przez szkoły językowe głównie w wakacje. W oparciu o ten model stworzyć można seminaria, dzięki którym studenci w relatywnie szybki i efektywny sposób posiąść mogą dodatkową wiedzę. Wprowadzenie takiej metody wymagałoby jednak dodatkowych pieniędzy, często wiązałoby się z zatrudnieniem wykładowcy wyspecjalizowanego w takim sposobie prowadzenia zajęć. Jednak podstawowym wymogiem są chęci – zarówno po stronie władz uczelni, jak i studentów. O ile u tych drugich zaczynają pojawiać się symptomy rosnącego zaniepokojenia i oburzenia całą sytuacją (czego dowodem może być chociażby zawiązanie organizacji Uniwersytet Zaangażowany, będącej odpowiedzią na zmianę zasad studiowania na UW), o tyle rektorzy i dziekani nie śpieszą się do nowatorskich zmian.

Daleko w tyle

Tak krytyczna sytuacja na uczelniach przekłada się na znikomy udział Polaków w światowej nauce. Potwierdzeniem tych słów jest raport firmy EY na temat produktywności naukowej uczelni sprzed czterech lat. Dokument ten pokazuje, że statystyczny polski naukowiec pracujący na etacie w szkole wyższej jest raczej modelowym wykładowcą niż badaczem. Publikuje on o wiele mniej artykułów w czasopismach z tzw. listy filadelfijskiej niż jego kolega z Niemiec czy Włoch. Z kolei prace już opublikowane przez polskich naukowców charakteryzują się bardzo niskim poziomem cytowalności (dwu- lub nawet trzykrotnie niższym niż badacze z zachodniej Europy), która jest jednym z rzeczywistych miernikiów oddziaływania na światową naukę. Dr Joanna Wolszczak-Derlacz oraz dr Aleksandra Parteka, autorki krytycznej analizy przyczyn niskiego zaangażowania pracowników polskich uczelni w globalny rozwój naukowy, stwierdziły, że na uczelniach w Polsce nie opłaca się angażować w pracę naukową.

W mediach sporo mówi się ostatnio o zmianach i innowacjach. Mają one pchnąć kraj na tory szybkiego rozwoju. Tymczasem, jeden z kluczowych filarów państwa – system szkolnictwa wyższego – zapada się pod ciężarem własnej anachroniczności i nieefektywności. Warto zatem wpierw naprawić fundamenty, by móc bez przeszkód piąć całą budowlę wzwyż.