Outcasts

Niewielu zespołom udaje się utrzymać stałe grono fanów przez dłuższy czas. Jeszcze trudniejszym zadaniem jest tworzenie muzyki, która ze słuchaczem zostaje. Jak zrobili to członkowie Placebo – jednego z najbardziej dzielących publiczność zespołów ostatnich lat?

graf. Aleksander Łukaszewicz

Placebo to muzyka dla outsiderów, grana przez outsiderów. A koncerty to w gruncie rzeczy konwent wyrzutków, tak uważa Brian Molko – frontman zespołu. Z drugiej strony oponenci glam-rockowych dźwięków powtarzają, że Placebo to muzyka dla nadwrażliwych, emocjonalnych gimnazjalistów. Nie da się jednak podważyć sukcesu, który odnieśli wspomniany wokalista i gitarzysta Stefan Olsdal. W końcu nie każdy zespół po wydaniu debiutanckiej płyty miał szansę supportować koncerty Davida Bowiego.

Lekarstwo, które nie działa

Wszystko zaczęło się od spotkania dwóch wymienionych muzyków. Mimo tego, że uczyli się w jednej szkole w Luksemburgu, poznali się dopiero kilka lat później w metrze w Londynie. Brian szukał gitarzysty, a Stefan po usłyszeniu wokalu Belga stwierdził, że powinni założyć zespół. Tak powstało Ashtray Heart, które wkrótce zostało zmienione na Placebo. Trochę przekornie, wbrew trendowi z lat 90., gdy wiele zespołów przybierało nazwy pochodzące od narkotyków (Motorhead, Codeine).

Jedna rzecz prowadziła do drugiej, Olsdal i Molko zatrudnili perkusistę, wydali album i zaczęli koncertować. Ciekawy jest kontrast, jaki stworzyli dla popularnego w latach 90. britpopu – muzyki facetów wypełnionej testosteronem, „normalnej”, anty-grunge’owej. Muzycy Placebo zaproponowali alternatywę, przez którą zyskali łatkę emo zespołu. Androgeniczny wygląd, pomalowane paznokcie, szminka na ustach mogły wydawać się zabiegiem marketingowym, ale muzycy w kolejnych latach swojej pracy udowodnili, że nie udają. Stosunki między Stefanem a Brianem (pierwszy z nich jest gejem, drugi jest biseksualny) do dziś budzą ciekawość fanów.

Bardzo osobiste teksty często odwołujące się do substancji uzależniających ukazujące wprost świat, w którym obracali się członkowie, to wizytówka zespołu. Nie można zaprzeczyć braku subtelności zarzucanego  emocjonalnym tekstom Placebo. Jednak smutek, depresyjny nastrój i mroczna tematyka podejmowane przez artystów nie mogły być wyrażone inaczej. Brian zawsze próbował być tajemniczy, dwuznaczny, pokręcony, jak sam mówi. A chodzi o pomieszanie płci, transwestytyzm, pociąg go drugorzędnego piękna, gdzie niedoskonałości i rzeczy naprawdę dziwne są bardziej atrakcyjne tak, że ich niebezpieczeństwo jest podniecające.

20 lat

Z początkiem nowego wieku muzycy zmienili kobiecy wygląd na bardziej stonowany, a ich teksty nie były już tak bezpośrednie czy prowokujące. W 2006 roku wydali Meds – ich najlepiej oceniany album, ale jednocześnie najbardziej klaustrofobiczny i depresyjny. Muzyka oddawała to, co przechodzili członkowie zespołu – napięcia, znużenie wspólną pracą. Coraz słabsze koncerty spowodowały zakończenie współpracy z perkusistą, Steve’em Hewittem. Wydawać by się mogło, że to już koniec tej ekscentrycznej przygody, jednak trzy lata później zespół wrócił z zupełnie innym albumem – Battle of the Sun – nawiązującym do jego rockowych korzeni.

Z każdą płytą brzmienie Placebo było trochę odmienne – ciągle jednak rozpoznawalne, jedyne w swoim rodzaju. Ta umiejętność zmiany, przy jednoczesnym pozostaniu wiernym swoim ideałom, przyczyniła się do niesłabnącej popularności wśród fanów. Brian podkreśla, że zwolnił tempo – jego życie znacznie różni się od tego przedstawionego w pierwszych albumach. Niektórych sztandarowych piosenek już „nie czuje”, dlatego od lat nie są one częścią koncertów.

Placebo to nie muzyka dla wszystkich. Jednak trzeba przyznać, że utrzymanie stałej bazy wyrzutków, która jest wciąż w stanie zapełnić cały stadion, to po dwudziestu latach niezłe osiągnięcie.