Wiem, że wiem wszystko

W telewizji celebryci wypowiadają się o polityce, w internecie toczą się niekończące dyskusje na każdy temat, doktor Google zastępuje prawdziwego lekarza. Natłok opinii wypiera z życia publicznego głos ekspertów. Jednak czy w czasach Facebooka i Wikipedii wciąż ich potrzebujemy?

RozrzucaniePapierow

Zdjęcia: Dominika Wójcik i Barbara Pudlarz

Włączasz telewizor: w TVP Radosław Majdan wypowiada się na temat sytuacji Iranu po zdjęciu z tego kraju sankcji. Sięgasz do gazety: Doda opowiada o tym, jak należy ułożyć swoją dietę, by żyć zdrowo. Zadajesz pytanie w Google: tysiące internetowych „znawców” dają ci odpowiedzi. Jeśli czegoś nie wiesz, wyjmujesz smartfon i w kilkanaście sekund dowiadujesz się wszystkiego z Wikipedii. Naukowcy biją na alarm: następuje agonia wiedzy, społeczeństwa głupieją. Wnikliwe analizy, z natury zniuansowane, są zastępowane szybkimi, zrozumiałymi dla wszystkich odbiorców newsami. W świecie pełnym magistrów granica między ekspertem a laikiem ulega zatarciu.

Ekspert-amator (niepotrzebne skreślić)

Słownik PWN wyjaśnia, że ekspert to osoba uznawana za autorytet w jakiejś dziedzinie lub specjalista powoływany do wydania orzeczenia lub opinii w sprawach spornych. W przeprowadzonej przez MAGIEL ankiecie padają podobne odpowiedzi: ekspert to osoba, która w danej dziedzinie może pochwalić się wieloletnim doświadczeniem zawodowym lub pracą naukową, co niesie za sobą odpowiedni stopień naukowy czy osoba, która posiada wiedzę i kompetencje w danym zakresie i jest w nim autorytetem. Ankietowani nazywają ekspertami, między innymi, Stevena Hawkinga, Jana Miodka czy Wojciecha Szewko, ale także Gordona Ramsaya czy Magdę Gessler.

W mediach tradycyjnych przeważnie w rolach fachowców występują doktorzy, profesorowie lub pracownicy różnego rodzaju centrów naukowych czy think-tanków. Programy o luźnej tematyce, na przykład śniadaniówki, goszczą celebrytów, blogerów czy youtuberów, którzy chętnie wypowiadają się na dowolny temat. Pasma z udziałem tych prawdziwych znawców danej tematyki pojawiają się w programach telewizyjnych coraz rzadziej.

Uniwersytet Google

Istnieje miejsce, w którym nie trzeba posiadać tytułu naukowego, by poczuć się specjalistą. Na internetowych forach czy w komentarzach pod artykułami toczą się dyskusje na każdy temat. W sieci łatwo poczuć się „kimś”: rozmówca po drugiej stronie monitora nie dowie się, jaki masz poziom wykształcenia, ile książek przeczytałeś albo czy długo zajmujesz się danym tematem. Teoretycznie opinia profesora od lat zgłębiającego jakąś dziedzinę wiedzy jest warta tyle samo, co opinia gimnazjalisty.

Mówi się, że papier przyjmie wszystko. Dziś to samo można stwierdzić o internecie. Informacje zamieszczane w sieci nie są przez nikogo weryfikowane. W świecie uniwersyteckim (czyli w świecie prawdziwych ekspertów) prace naukowe są oceniane przez innych specjalistów: profesorowie są opiekunami doktorów, doktorzy – magistrów. Istnieje więc hierarchia, dzięki której publikowane informacje są weryfikowane. W internecie każdy może opublikować to, co chce, bez nadzoru osoby znającej się na danym temacie. Inni internauci „lajkami” czy subskrybowaniem kanału na YouTubie nadają wartość czyjejś opinii, a danej osobie status internetowego znawcy. Tak więc, na przykład opinia Sexmasterki, gwiazdy YouTube’a prowadzącej kanał na temat seksualności, jest w cyberświecie warta więcej niż opinia dyplomowanego seksuologa.

W internecie rodzą się nie tylko pseudo-eksperci. Powstaje wrażenie, że każdy może poczuwać się do tego miana. Autorzy czy vlogerzy zawsze proszą swoich widzów o opinie, a ci czują się przez to ważni i docenieni. Andrew Keen w książce Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę pisze, że internet staje się dla użytkowników miejscem autopromocji i autokreacji (także we własnych oczach). Użytkownicy dzielą się wszystkim: wspomnieniami, zdjęciami i opiniami. Internauci tworzą grupy dyskusyjne, piszą blogi, tworzą kanały na YouTubie. Gazeta – źródło informacji o świecie, na którym można polegać – zanika z powodu rozprzestrzeniania się bezpłatnych blogów i witryn.(…) Starym mediom grozi wymarcie. Pożegnajmy się z ekspertami i strażnikami bram kulturowych – pisze Keen. Według niego w sieci zaciera się granica pomiędzy czytelnikiem a pisarzem, amatorem a ekspertem, czego przykładem są takie strony jak Wikipedia czy Google. Rezultatem jest obniżenie jakości i wiarygodności zdobywanych informacji. Ponadto autor wskazuje na jeszcze jedno niebezpieczeństwo internetu – „mądrość tłumu” decyduje o tym, co jest widoczne, a co ukryte. Porządek wyświetlania stron czy artykułów zależy od ilości kliknięć, nie ma znaczenia, co polecają eksperci czy redaktorzy. W sieci wszystko skupia się na użytkowniku. Ty, internauto, jesteś najważniejszy, Twoje zdanie się liczy. W 2006 roku tygodnik „Time” przyznał tytuł Człowieka Roku „Tobie”. Było to uhonorowanie światowej społeczności internetowej, ze szczególnym uwzględnieniem projektów: Wikipedii, MySpace oraz YouTube’a.

Z drugiej strony, teksty publikowane w internetowych portalach, także na tych gdzie publikują profesjonalni dziennikarze, coraz częściej są dopasowywane do poziomu mniej wykształconego czytelnika. Bardziej opłaca się napisać tekst, który będzie zrozumiały dla jak najszerszej grupy czytelników – im więcej czytelników, tym więcej kliknięć. A te przekładają się na wysokość wpływu z reklam dla portalu. Im prostsze treści znajdujemy w internecie, tym mądrzejsi się czujemy. Korzyść jest obopólna: portal zarabia, a my się dowartościowujemy. I poczuwamy się do miana eksperta w wielu dziedzinach.

Teksty w internecie mają być łatwe do przeczytania, krótkie oraz mieć przyciągające, kontrowersyjne tytuły. Kto by chciał czytać kilkudziesięciostronicową rozprawę naukową, jeżeli wszystkiego może dowiedzieć się z 15-minutowego filmu na YouTubie? Złożone problemy muszą być upraszczane. Prawdziwą wiedzę zastępuje „popwiedza”, opinie tracą odcienie szarości, stając się czarno-białe. A jeżeli świat jest taki prosty – każdy może być ekspertem.

Papier szczęścia?

Jednym z podstawowych wyznaczników bycia opiniotwórcą jest, w teorii, posiadanie wykształcenia w danej dziedzinie. Jednak czy w dzisiejszych czasach dyplom magistra lub doktora wciąż jest dowodem na posiadanie wiedzy z danego zakresu? Poziom edukacji obniża się z roku na rok, niż demograficzny sprawia, że na studia może się dostać prawie każdy. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w roku akademickim 1990/1991 w Polsce studiowało 390 409 osób. W 2015 roku liczba ta wyniosła 1 405 000. Rekordowym rokiem pod względem liczby studentów był rok akademicki 2004/2005 – studiowało wtedy 1 953 832 osób, czyli pięć razy więcej niż w roku 1990/1991.

Problemem jest nie tylko duża liczba studentów, lecz także uczelni wyższych. W latach 90. na fali wyżu demograficznego zaczęły powstawać szkoły prywatne pozwalające odpłatnie zdobyć wykształcenie tym, którzy nie dostali się na uczelnie państwowe. Reforma edukacji stworzyła nowe zjawisko: student płacący za naukę stał się klientem uniwersytetu. Zaczęła się więc walka o młodych.

Dzisiaj podobna walka prowadzona jest także na uczelniach państwowych: od szczytowego roku 2004/2005 liczba kandydatów na studia regularnie się zmniejsza, uczelnie muszą więc przyjmować osoby, które nie zawsze mają odpowiednią wiedzę czy predyspozycje do studiowania. Ponadto, chcąc utrzymać odpowiednią liczbę studentów, uczelnie coraz rzadziej wyrzucają osoby nie spełniające wymagań. Według prognozy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ciągu 10 lat liczba studentów spadnie o 400 tys. Walka o studentów będzie jeszcze bardziej zażarta, a uczelnie obniżą wymagania do absolutnego minimum. Studia, niegdyś elitarne, stały się bowiem etapem edukacji dostępnym dla każdego. Poziom nauczania jest więc dostosowany do osób radzących sobie najsłabiej. W efekcie absolwenci opuszczają uniwersytety bez niezbędnej wiedzy, ale z przekonaniem, że dyplom magistra daje im prawo do postrzegania siebie jako osoby wykształconej.

Część układu

Tom Nichols, profesor w amerykańskiej Naval War College w swojej książce The Death of Expertise: The Campaign Against Established Knowledge and Why it Matters twierdzi, że nastąpił zmierzch ekspertów. Według profesora źle pojmujemy demokrację: to, że mamy takie same prawa, nie oznacza, że mamy taką samą wiedzę, predyspozycje czy talenty. Takie samo znaczenie opinii każdego obywatela to mit. Niestety, jak pisze Nichols, w dzisiejszych czasach nazywanie siebie ekspertem wywołuje u innych agresję, oskarżenia o dążenia do stania się częścią elity czy nawet hamowanie demokratycznego dialogu. Odwoływanie się do nabytej wiedzy wywołuje u rozmówcy gniew, ponieważ powoływanie się na nią jest pewnego rodzaju uzurpowaniem sobie władzy. Opisane przez Nicholsa zachowania są szczególnie widoczne w amerykańskich mediach: gdy jakiś Amerykanin dowiaduje się, że inni są mają większą wiedzę niż on, zaczyna oskarżać owe osoby o próbę zaliczenia go do grupy obywateli „drugiej kategorii”. Tego typu zjawiska widzimy także w polskim życiu publicznym.

Jednym z przykładów może być akcja wymierzona w szczepienia i specjalistów promujących korzystanie z nich. Lekarze przedstawiani są jako marionetki firm farmaceutycznych, którzy wykorzystują swoje tytuły naukowe do zarabiania poprzez wyrządzanie szkody pacjentom. Eksperci nie tylko uznawani są za snobów czy „inteligencików”- zaczynają być częścią tajemniczego układu, który chce oszukiwać i szkodzić „normalnym” obywatelom. W internecie łatwo znaleźć „alfy i omegi”, które udowadniają, że szczepionki są śmiertelnie niebezpieczne. Na stronach „antyszczepionkowych” mało jest argumentów, najwięcej jest oskarżeń wobec lekarzy, tworzony jest podział „my” i „oni”. Eksperci są przedstawiani jako obcy, którzy szkodzą ogółowi społeczeństwa. Według Toma Nicholsa jest to zjawisko nie tyle niepokojące, co niebezpieczne. Odrzucenie wiedzy eksperckiej, to odrzucenie wszelkich zdobyczy cywilizacji i tworzenie świata, w którym wiedza nie ma już żadnego znaczenia.

Medialny szum

Ważną rolę w kreowaniu pseudoekspertów odgrywają media tradycyjne. Telewizje zapraszają osoby, które mają im służyć za znawców i wielu z gości jest nimi rzeczywiście jest w konkretnych dziedzinach. Jednakże zdarzają się eksperci tylko z nazwy – duża część z nich to politycy lub aspirujący politycy, których atutem nie jest wiedza, lecz pożądany przez telewizje sposób prezentacji, gotowość do wejścia w konflikt z adwersarzem itp. Coraz częściej w roli specjalistów pojawiają się dziennikarze z konkretnych działów, czy też stacji kapitałowo związanych z zapraszającą. Oni komentują dla widzów wydarzenia, tym samym stając się ekspertami, wyroczniami w danym temacie.

Stacje telewizyjne nie podejmują długofalowej współpracy z konkretnymi osobami dysponującymi wiedzą w danym zakresie. Dobieranie gości na zasadzie aktualnej dostępności, niejako z łapanki o,dbija się ma merytorycznej stronie komentarza – mówi doktor Łukasz Przybysz z Zakładu Komunikacji Społecznej i Public Relations Wydziału Dziennikarstwa UW. Zwraca też uwagę, że wielu gości nie kryje się ze swoimi poglądami politycznymi, forsując je na antenie, zamiast skupić się na merytoryce.

Niestety, niejednokrotnie to sami zapraszający i przeprowadzający rozmowę dziennikarze nie rozmawiają z gośćmi właściwie – albo pytają o sprawy poboczne w stosunku do zaplanowanej tematyki, bo te bardziej przyciągają widza, zupełnie zbaczają z tematu lub skupiają się na tym gościu, który lepiej spełnia ich oczekiwania. Pośpiech, słabe przygotowanie i ściganie się ze słupkami oglądalności odbijają się na poziomie wypowiedzi eksperckich w mediach. – dodaje dr Przybysz. Reklamodawcy przenoszą pieniądze do mediów sieciowych, internet zagraża telewizji, której coraz ciężej przyciągnąć widzów. Dlatego musi być dostosowana do poziomu przeciętnego odbiorcy. Telewizja potrzebuje „ekspertów”, którzy w prosty, lekki sposób skomentują wszystko i podczas jednego nagrania wypowiedzą się na temat polityki, zdrowia, sportu i filmu.

Przed takimi działaniami ostrzegał w wywiadzie dla portalu forsal.pl dr hab. Kazimierz Krzysztofek, profesor Katedry Socjologii SWPS: Dziś rządzi popwiedza. Jest poppsychologia, która daje gotowe odpowiedzi na problemy w relacjach międzyludzkich, poppolityka, która oferuje uproszczone komentarze, popsocjologia przekazująca proste prawdy o społeczeństwie. Pop stało się internacjonalistyczne, bo najlepiej się sprzedaje – wyjaśniał. Może więc widzowie nie chcą oglądać ekspertów? , Czy nie jest tak, że jako everyman zazdroszczę tym po drugiej stronie ekranu: ich wiedzy, wykształcenia, pozycji, tego, że są w mediach, a odbiorcy ich oglądają i słuchają? Istnieje przekonanie, że Polacy nie lubią słuchać mądrzejszych od siebie, nie są zbyt zadowoleni, jeśli innym jest lepiej, lepiej się prezentują. A zatem: nie będą ich słuchać. Nasi rodacy znani są z tego, że znają się na wszystkim, zawsze mają coś do powiedzenia, dodania. Czy w takim wypadku będą chętnie słuchać kogoś, kto może mieć odrębne od nich zdanie? Czy nie powiedzą: „A co ty tam wiesz?! Ja znam życie, ja wiem lepiej”?– zastanawia się dr Przybysz.

Wyborcy = eksperci

Koniec eksperckiej analizy najjaskrawiej widać w jednej z najważniejszych dziedzin życia publicznego. Politycy wciąż udowadniają swoim wyborcom, że myślenie analityczne to przeżytek, karmiąc ich sloganami i banałami. Efektem takich działań jest coraz większa sympatia dla populistów. W Stanach Zjednoczonych szokuje Donald Trump, w Wielkiej Brytanii Boris Johnson, w Polsce Janusz Korwin-Mikke.

Eksperci coraz częściej są wypychani z dyskusji politycznych. Przykładem może być kampania, która doprowadziła do Brexitu. Zwolennicy opuszczenia UE nie powoływali się na analizy ekonomiczne, nie chcieli obiektywnie przeanalizować „za” i „przeciw”- odwołali się do uczuć wyborców strasząc ich imigrantami. Publicysta spytałby: Czy gospodarka Wielkiej Brytanii jest w stanie rozwijać się bez napływu imigrantów?. Populista nie zada żadnych pytań, po prostu powie: Imigranci zabierają pracę. Politycy udowadniają, że zdanie specjalistów nie ma znaczenia – opinia wyborców jest najważniejsza bez względu na poziom ich wiedzy.

Tom Nichols, po wielu latach udziału w konferencjach naukowych, wymian naukowych, podróży do ZSRR, potem do Rosji i pracy w instytucjach naukowych był przekonany, że jego opinia na temat rosyjskiej polityki ma większą wagę niż opinia przypadkowego internauty. Pomylił się. Wraz z Johnem R. Schindlerem, również profesorem U.S. Naval War College w Newport, napisał felieton o działaniach Rosji na Bliskim Wschodzie. Po publikacji zostali zasypani wiadomościami od internetów, którzy udowadniali im że nie rozumieją Rosji i, że aby ją zrozumieć powinni porozmawiać z jakimś Rosjaninem w Internecie. Nichols tłumaczy: Twoja opinia na temat polityki ma znaczenie – wpływa na to jak pojmujesz sprawiedliwość czy prawdę. Twoja polityczna analiza, jako laika, ma małą wartość i, prawdopodobnie, nie jest tak trafna, jak ci się wydaje.

Gdzie oni są?

Andrew Keen w Kulcie amatora… przytacza swoją rozmowę z przyjacielem, który powiedział, że amatorzy obalają „dyktaturę kompetencji”. A zatem zamiast dyktatury ekspertów będziemy mieli dyktaturę idiotów – ironizuje. Autor ze smutkiem pisze, że Wikipedia zastąpiła książki, na przykład Mały Słownik Oksfordzki, dwutomowy słownik liczący cztery tysiące stron, nad którym pracował szesnastoosobowy zespół złożony z profesjonalnych redaktorów, leksykografów, wyspecjalizowanych naukowców i doradców. Kto pracował nad Wikipedią? Przecież nie oni.
Możliwe że „dyktatura kompetencji” została już obalona, jednak wciąż istnieją prawdziwi eksperci, którzy nie dają się porwać fali banalizacji. Łączy ich pokora i ciągła praca nad sobą. W gąszczu informacyjnym panującym w XXI wieku powinniśmy nauczyć się odrzucać to, co głupie, infantylne czy powierzchowne, zachowywać zaś to, co mądre. To, że całe społeczeństwa głupieją, nie znaczy, że tak ma się stać z każdym z nas.