Szkoda Zachodu

Stało się. Zamachy terrorystyczne w Paryżu i Nicei wystarczyły, by wywołać we Francji kryzys, jakiego nie było od lat 50. Zdążyłem wyjechać na Erasmusa do Tuluzy, a znajomi już szykują mi pogrzeb. „Bombowe” żarty przeplata szczera troska o moje życie w kraju tylu „kebabów”.

felietony

Trudno im się dziwić – media nie pozwalają zapomnieć o kolejnych zabitych w imię wiary i polityki. W imię czego? Jadąc metrem, zastanawiam się, czy spoglądam na zamyślonych czy zastraszonych ludzi.

Z badania instytutu Ipsos Mori przeprowadzonego w 2014 roku (przed atakiem na redakcję „Charlie Hebdo”) wynika, że Francuzi szacują odsetek muzułmanów w swoim kraju na 31 proc. Skoro zawyżyli go wtedy aż o 23 punkty, ciekawe, jakie odpowiedzi padałyby obecnie. Gdy po listopadowych zamachach w Paryżu François Hollande wprowadził stan wyjątkowy, a ilość policji, wojska i ochrony w przestrzeni publicznej zwiększyła się kilkukrotnie, przywrócono kontrolę granic. Nie zapewniło to państwu bezwzględnego bezpieczeństwa, co pokazały lipcowe zamachy w Nicei i kościele w Saint-Étienne. Mijane na ulicach mundury być może pomagają przechodniom wyprężyć dumnie pierś. Szkoda, że za następnym zakrętem zaczynają garbić się jeszcze bardziej. Może gdyby zamiast bunkrować się w granicach własnego kraju rząd w połączeniu z władzami Unii i Sojuszu ogłosił rzeczywistą wojnę z Państwem Islamskim, społeczeństwo poczułoby się mocniejsze? Niestety podjęcie takiej decyzji z pewnością uniemożliwiają liczne przeszkody polityczne. Tymczasem opinia publiczna dostała informację o zagrożeniu wewnętrznym podaną przez samą głowę państwa. Nie każdy obywatel potrafi w takiej sytuacji zachować zimną krew i wykalkulować, że szansa na śmierć z rąk zamachowców jest niemal zerowa. Strach ma wielkie oczy. To jak z lataniem – nie ma szans na katastrofę, ale tragiczne obrazy z mediów wydają się podczas turbulencji jakoś dziwnie realne.

Negatywne nastroje wpływają także na gospodarkę – liczba turystów odwiedzających stolicę spadła o 15 proc. Smutnym przykładem ekonomicznego delirium jest 10-procentowy spadek dochodów Disneylandu – rozrywkowego symbolu Paryża. Największe zagrożenie leży właśnie w odpływie zagranicznego kapitału i inwestorów odstraszonych nie tyle terroryzmem, ile destabilizacją kraju i mniejszą konsumpcją. Dziennie we Francji umiera dwa tysiące ludzi, ale z przyczyn nie na tyle widowiskowych, by mówić o nich w mediach. „Piąty filar” wyrządził tu chyba więcej krzywdy niż Al-Kaida i „Daesh” razem wzięte. Z drugiej strony, kto pamięta tegoroczne zamachy w Lahaurze i Kabulu, w których łącznie zginęły 153 osoby, a ponad pół tysiąca zostało rannych? Sam musiałem wejść na Wikipedię, żeby to sprawdzić. Upewnić się, czy ten „trzeci świat” istnieje naprawdę.

Wszechobecny jest za to strach prowadzący do agresji. W ostatnich latach obserwuje się narastające tendencje szowinistyczne, często wycelowane w muzułmańskich imigrantów. We Francji zeszłym roku w pierwszej turze wyborów regionalnych zwyciężył Front Narodowy. Natomiast w głosowaniu w Niemczech na reprezentantów landów w regionie Saksonii-Anhalt 23 proc. głosów zdobyła nacjonalistyczna Alternative für Deutschland, co w przypadku tego kraju przywołuje tylko tragiczne wspomnienia. Choć podobne ruchy są w większości krajów godne potępienia, zupełnie mnie nie dziwią.

Przybysze z Bliskiego Wschodu i północnej Afryki tworzą diaspory i pobierają zasiłki socjalne, mając jednocześnie stosunkowo niewielki wkład w rozwój intelektualny. Jakby tego było mało – odpowiadają za terroryzm. Czasami jednak zapomina się, że przemoc nie jest rozwiązaniem. Jak Breivik czy jak muzułmanie z Kolonii, którzy sylwestrowej nocy dokonali napaści seksualnej na setkę kobiet. Jak proletariusz, który uderzył w tramwaju profesora UW rozmawiającego po niemiecku. Ten ostatni akt ma wymiar symboliczny. Czy parę lat temu mogłoby do tego dojść? Pewnie tak, ale to w ramach obecnej kampanii „wymiany elit” i „przywrócenia Polski Polakom” radykałowie dostali sygnał od władzy, że kolejna rabacja może ujść płazem. Można obrazić, można opluć, można pobić – przecież to dla dobra ojczyzny. Takie obrazki towarzyszą Europie, która społecznie i gospodarczo chyli się ku stopniowemu upadkowi.

Czy żyjemy w „ciekawych czasach”? Trudno rozstrzygnąć, mając w głowie dwa obrazy: setki Syryjczyków ginących co dzień pod gruzami swoich domów oraz młodych Europejczyków – z dylematem, którą flagę „wstawić sobie na profilowe” po kolejnym zamachu… Kończę myśl, gdy w metrze naprzeciwko mnie siada starszy Arab trzymający pod pachą „Charlie Hebdo”. Zastanawiam się, czy rzucony ukradkiem uśmiech to lokalny zwyczaj, czy po prostu wyczuł, że nie jestem stąd.

No votes yet.
Please wait...