Intensive Seminars

Wyobrażasz sobie szereg najwybitniejszych umysłów świata – profesorów akademickich, praktyków biznesu, przedstawicieli zagranicznych rządów – wykładających w Szkole Głównej Handlowej? To nie jest utopijna wizja. To realny plan dla naszej Alma Mater.

Tekst: Jan J. Zygmuntowski
Współpraca: Bogdan Marek

the_magic_of_chemistry_8074314491

fot. Flickr.com

Jeśli chcesz znaleźć ścisłą definicję wyrażenia „intensive seminar”, to niestety cały twój wysiłek pójdzie na marne. Wygląda na to, że rosnący trend w globalnej edukacji wciąż nie doczekał się swojego precyzyjnego opisu, chociaż sami zainteresowani w pewnym sensie wiedzą, co mają na myśli. Warto zatem przybliżyć całą koncepcję, a także wskazać, co uczelnia już robi na rzecz podłączenia nas, studentów, do światowego obiegu informacji. I co mogłaby robić nawet lepiej.

Dwa tygodnie Harvardu

Idea intensywnego seminarium bierze się z doświadczeń w wymianie kadry akademickiej między uczelniami, a także z praktyki niezależnych, prywatnych instytutów naukowych oraz organizacji pozarządowych prowadzących własne seminaria. Globalizacja umożliwiła nam szybki kontakt, loty transkontynentalne dostępne od ręki, ale nie zwiększyła dostępnego pojedynczemu ekspertowi czasu życia. Chociaż większych trudności nie nastręcza organizacja krótkiej wizyty CEO technologicznej potęgi z Kalifornii, to trudno wyobrazić sobie, aby tego formatu gość miał na semestr czy cały rok opuścić swój dom i zajęcia tylko po to, by zamieszkać na Mokotowie i prowadzić 5-6 godzin wykładów w tygodniu. A co chyba jasne, im większa ranga eksperta, tym bardziej rozchwytywany jest przez tysiące ośrodków naukowych, nie gorszych niż nasza Alma Mater.

Takiego rodzaju kursy stają się dobrym rozwiązaniem, gdy wektory dostępnego czasu profesora oraz osiągalnych środków finansowych uczelni (służących do jednoznacznego zachęcenia) spektakularnie się rozmijają. Przedmioty prowadzone na zasadach intensywnego seminarium odbywają się w ciągu tygodnia do trzech tygodni, od pierwszych zajęć do samego zaliczenia, po kilka godzin dziennie z pojedynczymi dniami przerwy. Dzięki temu wymóg godzinowy zostaje spełniony i punkty ECTS mogą być naliczane według standardowej taryfy. Dla uczelni zaś krótki termin ściągnięcia zagranicznego wykładowcy staje się kartą przetargową przy składaniu propozycji.

Z intensywnych seminariów korzysta już w tej chwili szereg instytucji – od koreańskich uczelni oferujących nauczanie matematyki, przez uniwersytety w Petersburgu, po kursy Kolegium Europejskiego z udziałem brukselskich polityków i pracowników administracji.

Czy to się opłaca?

Cóż, nie ma co liczyć na zwrot inwestycji w kwartał – bo nie tak działa system edukacji. Nie trzeba chyba jednak nikogo przekonywać, że takie kursy eksperckie pozwalają choćby na krótki okres dwóch tygodni podnieść poziom nauczania uniwersytetu do ścisłej czołówki światowych rankingów. Oznacza to nie tylko poszerzenie i wzbogacenie oferty dydaktycznej, lecz także bezpośredni kontakt z międzynarodowymi trendami, które do nas trafiają czasem z kilkuletnim opóźnieniem. Ten kontakt to szansa nie tylko dla spragnionych wiedzy studentów, lecz także dla kadry naukowej szukającej nowych kontaktów i poszerzającej bazę potencjalnych współpracowników.

Intensywne seminaria przynoszą także drobną korzyść, jaką jest rozładowanie sesji egzaminacyjnej. Elastycznie planowane w ciągu roku zajęcia mogłyby opierać się na zaliczeniu w formie np. eseju lub regularnych krótszych prac i obecności – w ten sposób studenci podczas sesji mniej by się stresowali.

W długim okresie to narzędzie jest szansą na zmianę profilu całej uczelni. Szkoła Główna Handlowa, kojarzona raczej z nauczaniem biznesowym, przedsiębiorczym, czasem nie bez powodu nazywana kuźnią pracowników korporacji, mogłaby dzięki temu zaoferować specjalne, bardziej wymagające ścieżki dla osób zainteresowanych karierą naukową i pozostaniem na uczelni. Trudno oszacować, jak duży jest to odsetek studentów – potrzebne byłyby dokładniejsze badania – niemniej coraz częściej wśród kadry akademickiej słychać głosy o niedoborze doktorantów „z powołania” i wyludniających się katedrach. Z pewnością warto zaoferować światowy poziom nauczania studentom, którzy już zdecydują się budować SGH. Ostatecznie jest to inwestycja we własne przyszłe kadry!

Świetny wizerunek z zewnątrz…

To, co nie jest specjalnie widoczne dla studentów SGH, to to, że wykładowcy są bardzo aktywni w swoich wyjazdach zagranicznych, z których część przybiera też formę zbliżoną do opisywanej tu szczegółowo. Jak informuje Dział Programów Międzynarodowych, kadra akademicka SGH prowadzi gościnne wykłady na uczelniach zagranicznych tak w krajach europejskich, jak i pozaeuropejskich. W ciągu roku SGH rejestruje ok. 40 takich wyjazdów, nie licząc pojedynczych wykładów wygłaszanych na uczelniach i w instytucjach przy okazji pobytów w celach naukowych lub organizacyjnych. W ostatnim okresie widać wyraźny wzrost zainteresowania wyjazdami w celu poprowadzenia wykładu.

Wyjazdy te są finansowane z różnych źródeł: ze środków programów międzynarodowych koordynowanych przez SGH, takich jak Erasmus+, w ramach projektów dydaktycznych CEMS, ze środków własnych uczelni zagranicznych w ramach programów letnich lub regularnych, na które zaprasza się wykładowców w ramach konkursu, a także dzięki ofertom otwartym ambasad, fundacji, a nawet umów międzyrządowych, bez pośrednictwa ze strony samej uczelni.

Dzięki tym wyjazdom profesorów SGH można spotkać na europejskich uczelniach we Francji, w Niemczech, Portugalii, Hiszpanii, Belgii, na Ukrainie, Litwie, Łotwie, w Rumunii, Szwajcarii, Szwecji i innych (głównie dzięki programowi Erasmus+), ale także w bardziej odległych regionach świata, takich jak Indie, Korea Południowa, Chiny, Tajwan czy Stany Zjednoczone i Kanada. Nawet w momencie, gdy powstawał ten artykuł, prorektor ds. współpracy z zagranicą, profesor Jacek Prokop, był zmuszony odpowiadać na wiadomości magla z indyjskiego Ahmedabadu.

…i nieśmiałe kroki od wewnątrz

Nie będzie jednak trudno z perspektywy studenta SGH zauważyć pewien niedowład uczelni jeśli chodzi o wzbogacanie oferty dydaktycznej pierwiastkiem wykładów wiodących naukowców i myślicieli. Co prawda regularnie odbywają się gościnne wykłady ekonomistów i polityków, możliwe dzięki kontaktom, jakie pracownicy naukowi SGH mają wśród akademików czołowych uniwersytetów czy też ekspertów międzynarodowych think-tanków, ale są to pojedyncze występy otwarte dla wszystkich zainteresowanych, niezależnie od kierunku czy roku studiów.

Dłuższe pobyty i cykliczne projekty, które wpasowałyby się w ideę intensywnego seminarium, są w SGH rzadkością. Pozytywnego przykładu regularnej inicjatywy nie trzeba jednak szukać daleko – Polsko-Niemieckie Forum Akademickie działa u nas już niemal 25 lat. Wsparcie finansowe DAAD oraz Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej pozwala na coroczny przyjazd około dziesięciu wykładowców z uniwersytetów w Mainz i Duisburg-Essen. Nawet najlepszy lektorat z CNJO nie daje tyle fachowej wiedzy i słownictwa, ile tygodniowa, intensywna sesja z wizytującym profesorem z zagranicy. Coraz częściej także niemieckie uniwersytety wysyłają młodszych doktorantów, którzy obserwują, w jaki sposób prowadzić takie zajęcia. Z przyjezdnym wykładowcą o wiele łatwiej nawiązać relację, nie ma oporu wyjść na obiad, a nawet na drinka po zajęciach, jak ze zwykłym akademikiem – mówi Michał Hetmański, absolwent PNFA i współzałożyciel stowarzyszenia alumnów seminarium.

Jeśli chodzi o projekty nastawione bardziej na przyciągnięcie „gwiazd”, to na szczególną uwagę zasługują tegoroczne Seminaria Altmanowskie (Edward Altman Lecture Series), których gościem był sam prof. Altman, autor modelu Altmana (znanego też jako model Z-score) służącego do przewidywania bankructwa firmy na podstawie szeregu wskaźników finansowych. Nie były to jednak klasyczne zajęcia akademickie pozwalające na zaliczenie przedmiotu i zdobycie punktów ECTS.

Tego typu seminaria mają wciąż incydentalny charakter i wynikają najczęściej z dobrych personalnych relacji i indywidualnych kontaktów niż systematycznej pracy uczelni nad pozyskiwaniem naukowych gwiazd. Zdaniem Elżbiety Fonberg-Stokłuskiej, kierownik Działu Programów Międzynarodowych, należy jednak przyznać, że temu obszarowi naszej działalności trzeba będzie poświęcić w obecnej kadencji więcej czasu i energii.

Od czego zacząć?

Można oczywiście wskazywać na problemy techniczne, których jest tutaj bez liku. Uczelnia musi postarać się o pozyskiwanie grantów i innych źródeł dofinansowania, budować relacje zarówno kanałami oficjalnymi, jak i przez aktywnych profesorów podczas wyjazdów na konferencje i warsztaty. Należy też elastyczniej podejść do planu zajęć i zaliczeń, tak, by tego rodzaju eksperymenty były łatwiejsze do prowadzenia. W rzeczywistości jednak te zagadnienia są drugoplanowe, w przypadku woli zmian nasza Alma Mater dysponuje wielkimi, choć uśpionymi możliwościami.

Prawdziwym wyzwaniem wydaje się udowodnienie, że na uczelni rzeczywiście są osoby chętne uczyć się ekonomii i biznesu od światowej klasy naukowców i praktyków. Skoro studenci SGH sami nie wymagają od siebie, by przychodzić na wykłady, nie powinno nas dziwić, że głód wiedzy nie jest widoczny także dla uniwersyteckiej administracji. Chociaż organizowane są setki projektów studenckich, spotkań, seminariów, paneli i konferencji poświęconych pracy poza uczelnią, na próżno dopatrywać się analogicznego wzmożenia chęci pracy naukowej na uczelni.

Zalążkiem zmiany powinni zatem być studenci komunikujący jasno istniejące potrzeby. Można w nieskończoność oglądać się na LSE czy Stanford i narzekać na rankingi akademickie albo po prostu zacząć kopiować najlepsze praktyki i aktywnie gonić czołówkę. I trzeba przyznać, że „intensive seminars” to szansa, by chociaż tymczasowo i lokalnie być Harvardem.