Sukces

Czternaście lat edukacji. Po angielsku mówisz biegle, drugi język znasz na poziomie komunikatywnym. Masz za sobą pierwsze doświadczenia pozaszkolne, olimpiadę przedmiotową, przynależność do parlamentu młodzieży. Matura zdana perfekcyjnie. Sukces.

felietony

Tekst: Tomasz Kotwica

Trzy lata licencjatu. Trafiasz do koła zajmującego się biznesem. Edukacja jest tłem dla tego, co robisz na uczelni. Pomagasz przy projekcie, następny koordynujesz już sam. Wszystko się powiodło. Spędzasz przy tym tyle czasu, że ludzie z organizacji stają się twoimi jedynymi przyjaciółmi. Przed wyborami budujesz blok poparcia, paru osobom coś obiecujesz, a rywala znasz na tyle dobrze, że wiesz, jak wykorzystać jego słabości. Zostajesz przewodniczącym. Sukces.

Dwa lata magisterki – początek korpo. Na studiach jesteś już jedynie gościem, zajęcia układasz pod pracę. Tam zajmujesz się każdym zadaniem z największą gorliwością. W przerwach gadasz o memach jak równy z równym z project managerem, który jest tylko kilka lat starszy od ciebie. Dress code hipnotyzuje, czujesz, że lepiej nie da się trafić. Sukces.

Cztery lata, w ciągu których dostajesz awans za awansem. Do budowania swojej pozycji wykorzystujesz umiejętności wyniesione z organizacji studenckiej. Po pracy wracasz do mieszkania, mijając zapalone latarnie. Napis na smartfonie przypomina ci, że jest lipiec. Sukces.

Masz czterdziestkę i widoki na rychłą spłatę kredytu hipotecznego. Żonę poznałeś w biurze. Nie macie dzieci. Do tej pory byliście trzy razy na wakacjach, all inclusive, od paru lat co zimę odwiedzacie ośrodek narciarski w Alpach. Wrzucasz wspólne zdjęcie na Facebooka, wyglądacie co najmniej parę lat młodziej. Znajomi z pracy lajkują i zostawiają miłe komentarze. Sukces.

Wracasz z żoną z biura, po drodze z Ronda ONZ na Chmielną wstępujecie do przytulnej restauracji. Rozmawiacie o pracy. Kończysz odpisywać CFO, stukacie się kieliszkami. Ty wypijesz tylko jeden, jeszcze kawałek musisz prowadzić. Bierzesz symboliczny łyk, resztą popijesz tabletki. Wysypujesz zawartość samarki na dłoń. Acard i prozac kładziesz na obrusie, wellbutrin wsadzasz z powrotem. Będzie na rano. Sukces.

Jest czternasta, w windzie spotykasz praktykantów. Rozpoznają cię, wyraźnie speszeni mówią ci „dzień dobry”. Przyklejasz uśmiech, klepiesz jednego w ramię i życzysz miłego dnia. Chłopak zastanawia się, czy go zapamiętasz. Dress code go hipnotyzuje. Sukces?

No votes yet.
Please wait...