Jeszcze raz, z uczuciem

You fell from the sky / Crash landed in a field / Near the river – tymi słowami Nick Cave rozpoczyna swój nowy album studyjny pod szyldem Nick Cave and the Bad Seeds. Czy te wersy faktycznie odwołują się do tragicznej śmierci syna twórcy, czy może jest to kolejny makabryczny zbieg okoliczności w jego życiu?

muzyka12op1-%d0%ba%d0%be%d0%bf%d0%b8%d1%8fNick Cave urodził się w Australii, jednak większość życia spędził w Anglii. Szybko odkrył w sobie artystyczne pragnienia, obierając muzykę jako odpowiednią dla siebie formę ekspresji. Nie do końca przystawał do małomiasteczkowej społeczności, w której się wychowywał. Na znak buntu pił alkohol w dużych ilościach oraz opuszczał szkołę na rzecz hałasowania w piwnicach razem z kolegami. W połowie lat 70. Cave i jego koledzy uformowali zespół The Boys Next Door, który po kilku latach zmienił nazwę na równie sympatyczne The Birthday Party. Na początku 1980 roku polecieli do Wielkiej Brytanii szukać szczęścia i kogoś, kto mógłby wydać ich debiutancki album. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna i przez długi czas mieszkali w pustostanach, bez grosza przy duszy, grając sporadycznie koncerty, na które przychodziło zaledwie kilkadziesiąt osób. Na jednym z występów zauważył ich Ivo Watts-Russell, szef nowo powstałej wytwórni 4AD, i zaproponował młodym muzykom współpracę, czego owocem były płyty Prayers on Fire oraz Junkyard. Oba materiały wkrótce przeszły do legendy jako przesuwające ówczesne granice agresji i hałasu w muzyce, ale po zaledwie kilku latach burzliwej kariery zespół The Birthday Party rozpadł się.

Mordercze ballady

Na jego gruzach Nick Cave razem ze starym przyjacielem Mickiem Harveyem powołali do życia The Bad Seeds. Z założenia miał być niejako rozwinięciem stylu, jaki wypracowali w poprzednim składzie. Chcieli połączyć dźwiękowy hałas i transowe repetycje z pełną grozy poezją Cave’a. Ponadprzeciętna charyzma lidera spajała wszystko w całość, a jego aktorska ekspresja wokalna zmieniała muzykę w mroczne, quasi-teatralne widowisko. W tamtym czasie zespół przemieszczał się między Anglią, Australią i Niemcami, a  swoją studyjną karierę rozpoczął od albumu From Her to Eternity w 1984 roku. Od tamtej pory aż do dziś The Bad Seeds wydają swoje płyty regularnie, balansując pomiędzy różnymi stylami, gatunkami i klimatami, mając jednak za stały punkt odniesienia osobę lidera, jego muzyczne wizje oraz życiowe przemyślenia. Jeśli chodzi o warstwę kompozycyjną, to można mówić o czymś pomiędzy gotyckim post-punkiem a bluesem i country silnie wzbogacanych o staroangielską wrażliwość i tajemniczość. Niemniej ciężko zdefiniować jednoznacznie gatunek, w jakim tworzą The Bad Seeds, ponieważ nie dość, że ich styl zmieniał się nie raz w ciągu całej kariery, to jest on w zasadzie jedyny w swoim rodzaju. Najlepszym sposobem na jego zrozumienie jest bez wątpienia przesłuchanie wybranych albumów z ich dyskografii.

Z kolei teksty Cave’a często przybierają formę rozbudowanych, wielowątkowych opowieści pełnych symboli oraz odniesień do innych twórców. Nierzadko porusza w swoich historiach temat śmierci, apokalipsy lub trudnych relacji miłosnych. Bohaterowie dokonują makabrycznych zbrodni, mordują się nawzajem w imię toksycznego uczucia, krew płynie strumieniami, a trup ściele się naprawdę gęsto. Na płycie Murder Ballads z 1996 roku, będącej paradoksalnie największym sukcesem komercyjnym grupy, wokalista uśmierca w tekstach dziesięciu piosenek łącznie 64 osoby. Każde zabójstwo nosi znamiona dzieła sztuki i jest opisane w tak szczegółowy i wyrafinowany sposób, że ciężko nie zanurzyć się po szyję w tym brutalnym, pełnym bezlitosnych psychopatów świecie. Z kolei w jednym ze starszych utworów, Tupelo, Cave łączy powtórne przyjście Jezusa Chrystusa na świat z narodzinami króla rock and rolla Elvisa Presleya. Natomiast The Mercy Seat opowiada o skazańcu czekającym na śmierć na krześle elektrycznym, porównywanym do boskiego tronu opisanego w Starym Testamencie. Pod koniec lat 90. artysta skierował się na jakiś czas ku bardziej intymnym brzmieniom, nagrywając album The Boatman’s Call wypełniony łagodnymi fortepianowymi balladami, w których zwierzył się ze swoich najgłębszych sekretów. Od tamtego czasu przeplata subtelność i operowanie ciszą z rockową ekspresją i poukładanym chaosem, czego przykładami są późniejsze albumy, chociażby Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus, lub projekt Grinderman, gdzie razem z trzema członkami The Bad Seeds wskrzesza ducha szorstkiego rock and rolla.

Samotny Jezus

Cała historia życia Cave’a jest niezbędna do pełnego zrozumienia kontekstu, w jakim, chcąc nie chcąc, osadza się najnowsze jego dzieło, Skeleton Tree – album naznaczony osobistą tragedią, jakiej nie sposób sobie wyobrazić. W lipcu ubiegłego roku piętnastoletni syn muzyka, Arthur, spadł z wysokiego klifu niedaleko Brighton w Anglii, zażywszy uprzednio LSD. Chłopak zginął na miejscu. Można dojść do wniosku, że cała ta sytuacja sprowadza się do jakiegoś chorego chichotu losu, przewrotnej i makabrycznej ironii, którą ciężko wytłumaczyć w sensowny sposób. Oto artystę przez całe życie bawiącego się konwencją morderstw i cierpienia na różne sposoby, człowieka niejako igrającego ze śmiercią, dosięga ona w sposób nagły i bezpośredni. Po roku milczenia w sieci pojawił się singiel Jesus Alone ilustrowany czarno-białym obrazkiem pokazującym ubranego w ciemny garnitur Cave’a wykonującego w skupieniu utwór razem z zespołem. Z pozoru nie widać żadnej zmiany, ale neurotyczny, transowy klimat podświadomie wywołuje niespokojne emocje i wtedy na twarzy artysty można dostrzec głęboko skrywany smutek. Ten teledysk jest fragmentem wyciętym z filmu One More Time with Feeling pokazywanego w przeddzień premiery płyty w ponad ośmiuset kinach na całym świecie. Sceny, w których zespół gra na żywo nowe utwory, przeplatają się ze szczerymi wypowiedziami Cave’a, z których wynika, że zarówno tym filmem, jak i albumem chce on skonfrontować swoje myśli z rzeczywistością i przekazać w jakiś sposób to, co czuje. Wszystko w stonowanej, niemalże surowej scenerii, w czarno-białej kolorystyce przepełnionej naturalnością. Obrazek skrajnie różny od filmu sprzed dwóch lat – 20 000 dni na Ziemi, w którym Cave niejako pokazał kreację samego siebie na podstawie „dnia z życia” artysty, gdzie całość wyglądała bardzo ładnie, aczkolwiek kompletnie nieprawdziwie.

Pierścienie Saturna

Muzycy zaczęli pracę nad Skeleton Tree w 2014 roku i ukończyli większą część materiału jeszcze przed wypadkiem Arthura. Kilka miesięcy po tym wydarzeniu Cave wrócił do studia, by razem z Warrenem Ellisem, multiinstrumentalistą i długoletnim współpracownikiem, doszlifować całość. Nowy album tylko z pozoru brzmi podobnie do poprzednich produkcji The Bad Seeds, przede wszystkim za sprawą charakterystycznego głosu lidera. Nic bardziej mylnego, ponieważ zarówno warstwa muzyczna, jak i tekstowa kryją w sobie wiele znaczących zmian. Po pierwsze na żadnym dotychczasowym albumie utwory nie były tak rozmyte dźwiękowo jak tutaj – za przykład niech posłuży najbardziej odrealniony Rings of Saturn. Gęste, ambientowe struktury ilustrują izolację i bezradność w obliczu straty doznanej przez wokalistę, a chłodny fortepian (np. w Magneto) dodaje nieco żałobnego tonu. Utwory są tajemnicze i mroczne, ale jednocześnie prowadzone z opanowaniem, zupełnie jakby muzycy starali się powściągnąć swoje emocje i przekazać je zarazem w piękny, ale i zdystansowany sposób. Tym razem Cave porzuca w tekstach rozbudowane opowieści na rzecz operowania niejasnymi plamami słów pełnymi niedokończonych obrazów i symboli. Obnaża się bardziej przed słuchaczem, ponieważ nie ma już przy sobie żadnego bohatera, za którego maską mógłby się schować. Sprawia też wrażenie nieco zagubionego, jakby w jego poukładany dotychczas świat wdarł się jakiś nieznany czynnik, który musi dopiero poznać i zrozumieć. Nie drży mu głos, panuje nad emocjami, ale jednocześnie brzmi najautentyczniej od dobrych kilkunastu lat.

Odległe niebo

Trudno wyczuć, w jakim stopniu tragedia wpłynęła na utwory zawarte w albumie i czy to z powodu osobistych przeżyć artysta zdecydował się niejako napisać swoje dzieło od nowa. Nie można jednoznacznie stwierdzić, na ile teksty odnoszą się bezpośrednio do straty syna, a na ile wszystko to jest dziełem jakiegoś niewytłumaczalnego, makabrycznego przypadku. Jedyne co pozostało słuchaczom, to zatopić się w ten pełen smutku świat i spróbować choć w części poczuć i zrozumieć cierpienie Cave’a po jego stracie. Należy jednak pamiętać, że w końcówce albumu, głównie za sprawą żeńskiego głosu w przedostatnim Distant Sky, w ten mroczny świat wkrada się pełen nadziei promień światła, pokazując, że po każdej, nawet największej tragedii przychodzi spokój i zrozumienie.