Bad choices make good stories

Od kiedy szeroko rozumiany coaching stał się passé​, uciecha i pokrzepienie zaczęły przeciskać się inną drogą do trawionego depresją społeczeństwa. Wszystko zaczęło się od bluzy, którą zobaczyłam, przechodząc przez centrum handlowe. Na środku widniał duży napis: bad choices make good stories. Pomyślałam wtedy: genialne!

felietony

Ile prawdy może zmieścić się na zwykłym ubraniu. Skoro i tak wszystko w życiu się sypie i nic nie wychodzi, czy pozostaje coś innego, niż zacząć o tym opowiadać? Ludzie przecież tak bardzo lubią wysłuchiwać historii o cudzych niepowodzeniach. Odsuwając nawet dywagacje o tym, czy jest to dla nich krzepiące, warto zwrócić uwagę na to, jak bardzo zmienia się sama rozmowa. Kończy się licytacja na sukcesy, powierzchowne popisywanki czy gadki o niczym. Kiedy wylewa się swoje żale, druga strona automatycznie staje się milsza, wyrozumialsza. Rozmowa się pogłębia – czas na zwierzenia. W ostateczności można się też pośmiać (albo poudawać śmiech) nad rozlanym mlekiem życia.

Wróćmy do nadruków: od momentu bad choices make good stories, zaczęłam się im przyglądać i poszerzać wiedzę na temat stanu psychicznego, mojego i moich rówieśników. Bo jeśli grupą, do której kierowane są te ubrania są tzw. młodzi dorośli oraz zakładając, że owe nadruki są czymś, z czym statystyczny kupujący może się identyfikować, to nie trudno o jednoznaczną diagnozę. Jest nam źle. Na sklepowych półkach leżą podkoszulki mówiące o ulotności ludzkiej egzystencji (everything is temporary), o stanach lękowych i życiowej niemocy (everything you want is in the other side of fear), proszące o czyjąś uwagę (i’m here) czy zupełnie zrezygnowane (save me from my reality). No dobrze, zdarzają się też subtelnie pocieszające (every day brings new choices, no more regrets).

Może wszystkie tego typu napisy powinny wywoływać takie reakcje jak w przypadku bad choices make good stories. Może wszyscy nosiciele nieszczęścia po prostu lubią opowiadać „bad stories”. Albo wcale nie lubią i uważają, że taka koszulka wszystko załatwi? To może taka umowa między sprzedającymi a kupującymi – płaci się za milczenie. Za to, że już nie trzeba się tłumaczyć innym ze swoich emocji, bo przecież wszystko jest jasno napisane. A może to tylko zwykłe koszulki, które ludzie kupują bezwiednie, np. ze względu na fajny kolor. Nikt nie czyta, co jest na nich napisane, albo tak naprawdę nikt ich nie kupuje. Może tylko ja trafiam do takich sklepów.

No votes yet.
Please wait...