Zwolnienie, poproszę

Egzamin za egzaminem, zarwane noce i seriale w przerwach. Ogromne poświęcenie podczas sesji nie przynosi jednak rezultatu i powoli w głowie rodzi się pomysł, czy przedłużyć sobie sesję. O tym, jak Uczelnia chce ułatwić studentom rok akademicki i o wysypie zwolnień lekarskich mówił nam Dziekan Studium Licencjackiego dr hab. Bartosz Witkowski, prof. SGH.

img_2994

fot. Barbara Pudlarz

MAGIEL: Czym jest dla Pana prostudenckość?

Dr. hab. Bartosz Witkowski: To pomaganie tym, którzy potrzebują pomocy.

Studenci rozumieją to nieco inaczej, jako pomoc na masową skalę.

To nie jest prostudenckość, ale ułatwianie życia – także sobie. Byłoby mi dużo prościej podpisywać zgody na wszystkich podaniach, z dokładnością do tego, że ktoś kiedyś pociągnąłby mnie do odpowiedzialności, bo to oznaczałoby naruszanie regulaminu. Bycie dziekanem jest formą balansowania na krawędzi między interesami uczelni, wykładowców a studentów. Jeśli chodzi o wprowadzone przez mój dziekanat posunięcia prostudenckie, to między innymi: postanowiliśmy studentom umożliwić wypisywanie się z przedmiotów między 26 a 28 września, choć wcześniej zapowiedziano, że takiej możliwości już nie będzie. Zmieniliśmy wcześniejszy zwyczaj, zgodnie z którym każdy rok miał swojego prodziekana. Teraz żaden z nich nie jest przyporządkowany do żadnego toku studiów po to, żeby móc zająć się sprawami na bieżąco i żeby w przypadkach pilnych codziennie była możliwość rozmowy z którymś z dziekanów. Okienka dziekanatu są otwarte codziennie – nie ma już dnia, w którym nie można porozmawiać z asystentką toku. Zagwarantowaliśmy, że żadne zajęcia nie zostaną zlikwidowane z siatki zajęć tuż przed – lub już po – rozpoczęciu semestru. Wprawdzie nie wychodzimy z otwartymi ramionami, aby łamać zapisy regulaminu, ale tam, gdzie możemy je interpretować w sposób korzystny, patrzymy tak, aby nikogo nie skrzywdzić. W tym semestrze zgodziliśmy się na zamianę w grupach ćwiczeniowych w ramach przedmiotu o tej samej sygnaturze.

Czy nie lepiej wprowadzić etap giełdy, znany na UW, podczas którego studenci mogą swobodnie wymieniać się zajęciami?

Umożliwianie wypisywania się z zajęć do ostatniej chwili niesie za sobą ryzyko sytuacji, którą zresztą widać: niektórzy w pierwszym etapie deklaracji biorą nawet 90 ECTS, licząc na to, że później – niekiedy już po rozpoczęciu semestru – będą się wypisywać. Ale to oznacza, że ktoś inny na te zajęcia już nie może się dopisać. Co więcej jeśli połowa osób z grupy nagle się wypisze i zostanie mniej niż 10 osób, zostanie ona zamknięta, a przedmiot zniknie. Wykładowca za zajęcia „podlimitowe” nie otrzymuje pełnego pensum, często więc nie zgodzi się w takiej sytuacji na ich prowadzenie. Dlatego nie zlikwidowaliśmy, ale ograniczyliśmy terminowo możliwość wypisywania.

Natomiast giełda nie rozwiązuje problemu niedopasowania indywidualnego planu, bo jej istnienie oznacza, że ci, którzy mają szybsze łącza, zapiszą się na wiele przedmiotów, tym sposobem blokując dostęp tym, którzy mają wolniejsze łącza, po czym później mogą swoje zajęcia odstępować kolegom. Tym sposobem nie każdy ma równe szanse, a do tego odstępowanie zajęć innym studentom nie zawsze ma, niestety, charakter czysto honorowy. Ale nawet jeśli, to w przypadku zajęć, na które dostają się wyłącznie osoby z dobrą średnią, mogę sobie wyobrazić taką sytuację, że student z wysoką średnią zapisuje się na takie zajęcia tylko po to, żeby później przekazać je swojemu koledze z, dla odmiany, niską średnią. W ten sposób inni studenci ze średnią, nazwijmy to, przeciętną, na zajęcia się nie dostają, za to dostaje się student słabszy – tylko dlatego, że ma dobrego kolegę z niezłymi ocenami. Usankcjonowanie giełdy oznaczałoby zgodę na taką sytuację, a my się na nią nie chcemy zgodzić, bo to nie jest w porządku.

Jest jednak możliwość trybu studiów indywidualnych. Często uczelnia wychodzi naprzeciw zainteresowanych nim studentom?

Nie tyle studiów, co realizacji przedmiotu w takim trybie. Tak, takich wykładowców jest wielu. Student ustala z wykładowcą materiał, z którym musi się zapoznać, później odbywa się ustalona wcześniej między nimi forma zaliczenia. Wielu studentów z tego rozwiązania korzysta, a dziekani z reguły zgadzają się na uruchamianie przedmiotów w trybie indywidualnym, o ile dany przedmiot nie jest uruchomiony na przykład przez innego wykładowcę w zwykłym trybie. To dość częste rozwiązanie w przypadku przedmiotów niszowych, a także wtedy, gdy studentowi potrzebny jest do zaliczenia, na przykład określonej specjalizacji, konkretny przedmiot, który nie został uruchomiony podczas ostatniego semestru studiów danej osoby.

A co z antystudenckością? Przykładowo, jeśli wykładowca nie zalicza przedmiotu zdecydowanej większości grupy, nie jest to podejrzane?

A czy podejrzane nie jest, gdy wszyscy dostają piątki? Jeśli poziom jest wysoki, to będę się z tego cieszył, ale przyczyna może być inna. Nie jesteśmy w stanie śledzić każdego z setek protokołów. Z faktu, że 80 proc. studentów oblało lub że niemal wszyscy dostali piątki, niekoniecznie coś wynika. Rolą studentów jest zadbać o swój interes – jeśli uważają, że są przez wykładowców krzywdzeni, trzeba to zgłaszać.

I co wtedy robi Dziekan?

Gdy wpływa do nas jakakolwiek skarga, jest ona rozpoznana i dość łatwo sprawdzić czy i ewentualnie, co się dzieje. Traktujemy takie sprawy bardzo poważnie. Oczekujemy przestrzegania pewnych zasad od studentów, ale również i od wykładowców. Na szczęście tak jednych, jak i drugich mamy co do zasady naprawdę dobrych.

Ale jest Pan świadomy, że niektóre wykłady są prowadzone na niskim poziomie i jest to na rękę studentom?

Gdybym miał taką wiedzę o konkretnych zajęciach, mógłbym podjąć stosowne kroki, żeby coś z tym zrobić. Jedynym racjonalnym podejściem jest zwiększenie presji na koordynatorach przedmiotów, żeby prowadzić hospitacje zajęć, które zresztą mają miejsce. Natomiast jeśli w opinii studentów na jakichś zajęciach dzieje się coś niepokojącego, naprawdę warto to zgłosić dziekanom – jesteśmy także po to, żeby pomagać w tego rodzaju sytuacjach. Oczywistym jest, że zapewniamy dyskrecję.

Odwróćmy sytuację – jaki problem wśród studentów z punktu widzenia dziekana jest obecnie jednym z największych?

Myślę, że jednym z największych problemów od strony etycznej jest kwestia zwolnień lekarskich w czasie sesji, kiedy to zachorowalność jest na poziomie przerażająco wysokim. Obowiązkiem dziekana jest weryfikowanie dokumentów, jakie dostaje, także pod kątem ich prawdziwości. I ta prawdziwość wzbudza od czasu do czasu wątpliwości. Czasem jest ona zupełnie oczywista. Władze uczelni są funkcjonariuszami publicznymi i mam obowiązek zgłaszania podejrzenia popełnienia przestępstwa, jeżeli takowe stwierdzę. Gdybym „nie zauważył” fałszywego zwolnienia, to jeśli można byłoby uznać, że zauważyć był powinienem, to ja odpowiadam z Art. 231 KK [przyp. red. – nadużycie lub niedopełnienie uprawnień przez funkcjonariusza].

Jak wygląda takie zwolnienie?

Pewne rzeczy są oczywiste. Czasem widać, że ktoś przerabiał coś na zwolnieniu. Dostajemy zwolnienia od powtarzających się lekarzy. Czasem wątpliwość wzbudza sama treść – wiem, że lekarz by takiego zwolnienia nie napisał.

Zatem jaka jest skala zjawiska przynoszenia zwolnień lekarskich w czasie sesji?

Trudno mi podać konkretną liczbę, bo takich statystyk nie prowadzimy, ale jest to kilkaset.

A tych fałszywych?

Patrząc na statystyki populacyjne, mogę domyślać się, że to jest duża skala. Patrząc na przypadki, które stwierdziliśmy, to jest mała skala. Ale to nie oznacza, że ona faktycznie jest mała. Dziekani nie są policją i nie mają fizycznie możliwości prześledzenia każdego dokumentu w najdrobniejszym szczególe. Tych, którzy wpadają na bardzo zły pomysł skorzystania z nieuczciwej możliwości, trochę jest, ale nie jest to część dominująca. Nawet jednak gdyby była to jedna osoba, to jest to o jedną osobę za dużo. Nie prowadzimy zmasowanych kontroli, w które angażujemy niewiarygodne siły i środki po to, żeby komuś coś udowodnić, ale sprawdzamy wszystkie te zwolnienia, które wzbudzają wątpliwość, a także niektóre inne zwolnienia losowo. Każdy, kto dostarcza nielegalne zwolnienie, musi mieć świadomość, że na podstawie tego, że zobaczymy jakiś szczegół, który wzbudzi nasz niepokój i go dokładnie sprawdzimy, albo na podstawie tego, że przez przypadek sprawdzimy takie zwolnienie, co też się zdarza, może być złapany na oszustwie.

Pan jest dziekanem dopiero od września, zatem skąd wie Pan o skali problemu?

Problem ze zwolnieniami znam od strony studenckiej oraz wykładowców. Sam nie tak dawno studiowałem i pamiętam, jak kursowały po mieście gotowe bloczki, na których wystarczyło wstawić swoje dane. To jest przykre, ale niektórzy studenci się z tym w ogóle nie kryją. Istnieje cała masa forów, grup, gdzie studenci w sposób otwarty udzielają sobie złotych rad z gatunku: „po co będziesz pisać podanie o warunek, weź sobie zwolnienie, dostaniesz przedłużenie sesji”. Gdyby ktoś chciał być bardzo skrupulatny, można by uznać, że jest to namawianie do popełnienia przestępstwa.

A Pana zdaniem, dlaczego studenci to robią – zwłaszcza ci, którzy mają kilka ważnych egzaminów w krótkim czasie?

Żeby było trochę prościej. Ale właśnie po to mamy dwa terminy sesji, żeby ci, którzy mają kilka trudnych egzaminów w zbliżonym czasie, mogli się do nich spokojniej przygotować. Nikt nie mówi, że wszystkie egzaminy trzeba zdać w pierwszym terminie. W zamierzchłej przeszłości funkcjonowała zasada, że jeśli student nie podszedł do egzaminu w pierwszym terminie, to dostawał tzw. dziekańską dwóję – czyli traktowało się to tak, jakby tego egzaminu nie zdał. Jeśli teraz jest wpisywana, to należy interweniować, zgłaszać, bo wpisywana być nie może, z wyjątkiem jednej sytuacji – gdy student nie zaliczył ćwiczeń i nie jest dopuszczony do egzaminu. Wykładowca powinien wówczas umożliwić studentowi podejście do zaliczenia ćwiczeń tak, aby mógł on podejść do egzaminu w drugim terminie. Jeśli ktoś nie przyjdzie na pierwszy termin egzaminu, wykładowca nie może wstawić mu oceny niedostatecznej z powodu nieobecności, jeśli student zaliczył ćwiczenia. Dziekan ma możliwość anulowania takiej dwói. W konsekwencji jeśli ktoś ma trudny semestr i ma więcej przedmiotów, to najbardziej racjonalnym podejściem będzie ich rozdzielenie na dwie sesje.

Ale wtedy mają oni jeden termin.

To już kwestia wyboru. Przecież do egzaminu student nie szykuje się na dzień przed egzaminem. Teoretycznie uczymy się przez cały semestr, ale pamiętam jak było, gdy sam byłem studentem (śmiech). Studenci są w każdym razie dorośli i wiedzą, że do momentu, kiedy nie naruszają przepisów, robią to, co uważają za stosowne, ale to ma też swoje konsekwencje. Jeżeli ktoś uważa, że cały semestr spędzi na imprezowaniu, bo na danym przedmiocie nie ma żadnych metod weryfikacji zdobytej wiedzy po drodze, po czym planuje uczyć się jedynie na dzień przed egzaminem, to jest jego wola i prawo. Ale musi być świadomy tego, że to on spowodował tę sytuację, a nie uczelnia, i jeśli się nie powiedzie – nie powinien mieć pretensji do wykładowcy czy dziekana.

A jeśli ktoś się nie pojawi zarówno na pierwszym, jak i drugim terminie, to jest uznany za podejrzanego?

A priori nic nie jest uznane za podejrzane. Wierzę, że świat składa się w zdecydowanej większości z ludzi uczciwych. Faktem jest, że nie każdy pod ten schemat podchodzi. Nie jest tak, że jak ktoś przedstawi zwolnienie lekarskie z powodu nieobecności w jednej i drugiej sesji, to automatycznie traktowany jest jak podejrzany.

Taka osoba ma prawo do dwóch terminów?

Z punktu widzenia regulaminu prawo jest usankcjonowane decyzją dziekana. To nie jest tak, co studenci często mylnie interpretują, że jeżeli ktoś przyniesie zwolnienie lekarskie, to automatycznie należy mu się dodatkowy termin egzaminu. My prawie zawsze dajemy na to zgody, bo nie widzimy powodu, żeby tego nie robić. Nie chcemy nikomu utrudniać życia bez powodu. W sytuacjach trudnych staramy się pomagać tak, jak tylko umożliwia nam to regulamin i infrastruktura. Przykładowo – osoby niepełnosprawne przyjmowane są w dziekanacie poza kolejnością oraz mogą zaliczyć przedmiot indywidualnie. Gdyby więc zaistniała sytuacja szczególna, to być może wyrazilibyśmy też zgodę na dwa kolejne dodatkowe podejścia do egzaminu. Nie należy jednak w każdym razie zakładać, że jest to wynikające z regulaminu bezwzględne prawo, bo tak nie jest.

Jakie są konsekwencje przynoszenia fałszywych zwolnień?

Mówiąc wprost – to jest przestępstwo z artykułu 270 KK. Jako funkcjonariusz publiczny, gdy powezmę wiedzę o jego domniemanym popełnieniu, mam obowiązek zgłoszenia tego rektorowi, a on przekazuje pismo albo bezpośrednio do organów ścigania, albo też takie pismo wraca do dziekanatu i zgłoszenia organom ścigania dokonuje dziekan. Podrobienie zwolnienia, dokonywanie zmiany dat, podrobienie podpisu wykładowcy – to są przestępstwa zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 5. Student może pomyśleć, że pewnie skończy się na grzywnie, więc nawet w przypadku wpadki to mu się nadal będzie bardziej opłacało niż np. warunek z danego przedmiotu. Ale to się nigdy nie opłaca, bo taka osoba pojawi się w rejestrze skazanych, a w praktyce to oznacza, że ktoś, kto zrobił głupią rzecz, może mieć problemy ze znalezieniem pracy, zwłaszcza w finansach.

Czy podczas ostatniej sesji przedstawił Pan takie przypadki Rektorowi?

Tak, kilka przypadków, łącznie z Dziekanatów Studium Licencjackiego oraz Magisterskiego. Poza „forami doradczymi” to jest trochę temat tabu, ludzie niechętnie o tym rozmawiają. Myślę, że jesteśmy pierwsi, którzy postanowili sprawę nagłośnić, choć nie pierwsi, którzy złapali podrabiającego zwolnienia studenta – tak na SGH, jak i poza naszą uczelnią. Postanowiliśmy nagłośnić nasze działania przede wszystkim dlatego, że traktujemy je jako element prewencji i mam nadzieję, że wkrótce w czasie sesji „stan zdrowia studentów ulegnie poprawie”.

Po co władze Uczelni to robią?

Ludzie mogą mieć wrażenie, że jeśli ktoś podejmuje takie działania, to jest antystudencki. Wręcz przeciwnie – jakkolwiek kuriozalnie by to nie brzmiało, jest to działanie w stu procentach prostudenckie. Pomijając już element prestiżu, proszę sobie wyobrazić, że do wykładowcy przychodzi 25 osób, z których każda dostała zgodę na przedłużenie sesji. Ale spośród nich myślę, że większość nie gra uczciwie i wykładowca nie wie, kto naprawdę tego terminu potrzebuje. Wie, że poświęci swój czas, za który nie dostanie dodatkowego wynagrodzenia. Gdy staje przede mną człowiek, któremu warto pomóc, to ja ten czas poświęcam. Ale gdy jest to grupa ludzi, co do których mam poważne podejrzenia, że znaczna część z nich nadużywa systemu, to moja chęć do przeprowadzenia rzetelnego egzaminu w terminie, który by jeszcze wszystkim pasował, znacząco spada. Jeśli do wykładowcy przyjdą dwie osoby, które naprawdę tego potrzebują, to jest to zupełnie inna rozmowa. Jeśli skala tego problemu zostanie ograniczona do tych, którzy naprawdę nie mogli podejść do egzaminu i będzie to kilka, kilkanaście procent tego, co jest teraz, to myślę, że żaden wykładowca nie odmówi pomocy. Tak jak wcześniej mówiłem: chciałbym, żeby pomoc trafiała właśnie do tych, którzy jej potrzebują.